Jak każdy ponosił klęski i miewał wzloty. Choć jego twarz doskonale znana jest z telewizyjnego ekranu, droga do popularności, którą przyszło mu przemierzyć, przypomina raczej ponury rewers amerykańskiego snu. Szczerze, bez lukru i fajerwerków o swoim życiu i towarzyszących mu odkryciach na spotkaniu z przeworską młodzieżą opowiadał w Miejskim Ośrodku Kultury aktor Lech Dyblik.
– Moje dzieciństwo nie było usłane różami. Nikt z naszej rodziny nie lubił naszego domu i nie kojarzył go pozytywnie – wrócił wspomnieniami do dawnych czasów Lech Dyblik. – Jako dziecko żałowałem, że nie urodziłem się piętro niżej, u Stefaniaków. Nasz dom to nie był stereotypowy dom patologiczny, rodzice pracowali, niby wszystko było w porządku. Tata był powszechnie lubiany, wesoły, rozrywkowy, z poczuciem humoru. Jednak wewnątrz czterech ścian wyglądało to trochę inaczej. Nie umieliśmy ze sobą rozmawiać. Jako dziecko nie czułem się w domu dobrze, dlatego w wieku 15 lat postanowiłem się wynieść – kontynuował aktor. Tak L. Dyblik znalazł się w technikum budowlanym z internatem, poza rodzinnym Złocieńcem. – Z domu wyniosłem przekonanie, że alkohol jest czymś złym, ale tu byliśmy „dorosłymi ludźmi”, tak więc coraz częściej pojawiał się on w naszym życiu. Nie widzieliśmy w tym nic złego, a życie wydawało się być pasmem sukcesów.
– Marzyło mi się Hollywood i wszystko szło pięknie. Jednak kiedy znalazłem się w Warszawie, nikt specjalnie nie zwracał na mnie uwagi. Piłem nadal, ale to moje picie nie było już wesołe. Piłem sam, od rana, a mój dom zaczął się zmieniać w pijacką melinę. Porozwalane rzeczy, smród psującego się jedzenia. Nie przeszkadzało mi to, nie widziałem powodu, żeby to zmieniać. Okłamywałem się, że mam silną wolę, że kiedy będę chciał, to mogę przestać. Bzdura! Doszedłem do takiego momentu, kiedy chciałem skończyć swoje życie. W ostatniej chwili zdecydowałem się poprosić o pomoc i to mnie uratowało – opowiadał aktor.

Potem przyszły lata terapii, mozolnego układania życia na nowo. Po długiej i trudnej drodze do trzeźwości i normalnego życia zaczęły się pojawiać sukcesy. – Po jednym z nich z radości wypiłem dwa piwa i poszło. 8 lat trzeźwości i pracy nad sobą w mgnieniu oka przestało mieć znaczenie. Zaczęło się picie i bardzo szybko wróciłem do punktu, w którym byłem przed terapią. Sukcesy mi szkodzą – podsumował Lech Dyblik.
Kiedy przestał, życie nadal nie było bajką. Pustkę trzeba było czymś zapełnić, zbudować na nowo. – Z przerażeniem odkryłem, że domu, który zbudowałem, nie lubię ani ja, ani moja żona i dzieci. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, brakuje nam do siebie szacunku, brakuje miłości. Na drodze aktora pojawił się Bóg i napełnił jego życie nową treścią. – Ważne, żebyśmy umieli ze sobą rozmawiać, szczerze i bez udawania. Dziś nie chciałbym już urodzić się u Stefaniaków, nauczyłem się doceniać rzeczywistość i ludzi, jakimi mnie ona otacza. Pogodziłem się z ojcem, wyznałem mu wszystko, powiedziałem mu, że go kocham. Zdążyłem, bo niedługo później umarł – podsumował swoją opowieść o życiu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze