Przemyślanka Klaudia Tadla, uczennica 3 klasy I Liceum Ogólnokształcącego w Przemyślu, na rok zamieniła swoją macierzystą szkołę na Victory Charter School w Nampa w stanie Idaho w Stanach Zjednoczonych. W rozmowie z nami opowiedziała, jak amerykańska szkoła wypada w zderzeniu z polskim systemem edukacji, dlaczego warto spełniać marzenia oraz czy styl życia amerykańskich nastolatków mocno odbiega od tego, co znamy z lokalnego podwórka.
Zawsze marzyłaś o tym, żeby wyjechać do Stanów i konsekwentnie szukałaś sposobu, by spełnić swoje pragnienia. Pomógł Ci w tym program stypendialny FLEX, finansowany przez Departament Stanu USA. Jak dostaje się do grona 38 finalistów z ponad 3 tysięcy młodych ludzi?
– O zwiedzeniu Stanów i możliwości pomieszkania tam myślałam od 12 roku życiu. Kiedy koleżanka mojego brata opowiedziała mi o tym programie, zobaczyłam w tym swoją szansę. Żeby przedostać się przez gęste konkursowe sito, musiałam napisać 6 esejów w języku angielskim i przekonać komisję, że jestem gotowa i otwarta na tego typu wyzwanie.
W Stanach chodziłaś do klasy równoległej do tej, w jakiej uczyłaś się w Polsce?
– Uczyłam się w ostatniej, czyli czwartej klasie. W naszym liceum byłabym w trzeciej. Od września chodzę do trzeciej klasy I LO, czyli rok niżej, niż powinnam. W Stanach poziom nauczania jest niższy niż u nas, a chcę się dobrze przygotować do egzaminów maturalnych, bo moim marzeniem jest dostanie się na[paywall] medycynę i studiowanie jej w Rzymie lub w Warszawie. Wydaje mi się, że indywidualnie nie nadrobiłabym polskiej trzeciej klasy, będąc teraz w czwartej.
Nie miałaś przed wyjazdem momentu zawahania, obaw, że porywasz się na zbyt wiele?
– Tak, był taki moment, już kiedy byłam w samolocie. Tuż przed startem w głowie kołatała mi myśl „co ja robię?”. Uspokajająco działała jednak świadomość, że przez cały pobyt będę miała kontakt z rodzicami i że nie jest to zmiana na zawsze. Poza tym, jeśli bym się na miejscu nie odnalazła, zawsze mogłam wrócić do Polski. Już w trakcie, kiedy miałam gorszy czas, pojawiały się myśli o powrocie, ale prosiłam rodziców, żeby mnie w takich chwilach wspierali i nie pozwolili na podjęcie pochopnej decyzji, której potem będę żałować. I tak było. Choć byli tak daleko, zawsze mogłam na nich liczyć.
Jak postrzegasz szkołę w stanie Idaho, do której trafiłaś w ramach programu?
– Nie była to typowo amerykańska szkoła, która często przypomina moloch, lecz niewielka szkoła czarterowa (szkoły czarterowe są placówkami bezpłatnymi, finansowanymi ze środków publicznych, mającymi większą elastyczność w działalności i zarządzaniu niż tradycyjne szkoły publiczne – przyp. aut.). Uczy się w niej 150 uczniów. Wszyscy się tam znają i tworzą zgraną społeczność. Spodziewałam się czegoś innego, ale summa summarum okazało się, że taka szkoła ma wiele plusów. Bardzo fajnie jest funkcjonować w małym środowisku, gdzie nie jest się anonimowym. W klasie, do której trafiłam, miałam kolegów Amerykanów, ale też z Japonii, Tajlandii, Meksyku, Niemiec czy Hiszpanii. Byliśmy siebie nawzajem bardzo ciekawi.
A jak amerykańska szkoła średnia wypada w zderzeniu z polską? Dostrzegasz w niej więcej plusów czy minusów?
– Chyba jednak plusów. Po szkole miałam czas na wiele różnych aktywności: sport, chór. Dostrzegłam też mniejszą presję na wyniki. W polskiej szkole sprawdzian goni sprawdzian, żeby mieć dobre oceny, trzeba do późna siedzieć nad książkami, niewiele czasu zostaje na zainteresowania. Tam zawsze jest czas na życie poza szkołą. Materiału do przyswojenia było mniej, ale czułam, że o wiele więcej czerpałam z przekazywanej wiedzy. W amerykańskiej szkole uczy się, bardziej angażując logikę, a mniej wkuwając na pamięć. Jest więcej zajęć praktycznych. Nie ma niezapowiedzianych kartkówek i pytania przy tablicy. Do szkoły idzie się bez stresu. Nie słyszałam też, by jakikolwiek uczeń chodził na korepetycje z jakiegoś przedmiotu, tak popularne w Polsce. W szkole po lekcjach organizowane są zajęcia wyrównawcze z nauczycielem. Ogólnie jest takie podejście, że uczeń uczy się dla siebie. Ma też większą swobodę w wyrażaniu siebie, jeśli chodzi o strój oraz czas na zjedzenie lunchu.
Co było dla Ciebie największym pozytywnym zaskoczeniem podczas tej amerykańskiej przygody?
– Pozytywnie zaskoczyli mnie ludzie. Owszem, słyszy się, że Amerykanie na pytanie, co słychać, zawsze odpowiadają pozytywnym „okej”, „w porządku”. Ale to nie tylko utarta formułka. Oni rzeczywiście mają bardzo pozytywny stosunek do życia, do innych ludzi i do tego, co przyniesienie nowy dzień. Ludzie się do siebie często uśmiechają, są bardzo pomocni i otwarci. W zderzeniu z naszą polską mentalnością i narzekaniem na wszystko to było bardzo miłe doświadczenie.
A minusy? Co Ci się nie spodobało?
– Przerażający był dla mnie powszechny dostęp do broni. Nigdy nie wiesz, czy nie zobaczysz na ulicy kogoś, kto będzie chciał jej użyć. W sąsiednimmieście Boise – stolicy stanu Idaho – praktycznie co weekend dochodziło do jakiejś strzelaniny. W szkołach odbywały się ćwiczenia na wypadek strzelaniny czy ataków terrorystycznych. Uczniowie są tam do nich przyzwyczajeni. Dla mnie to nie było miłe doświadczenie.
Przez cały okres pobytu mieszkałaś u amerykańskiej rodziny. Jak wspominasz ten czas?
– O tym, u kogo zamieszkam i gdzie będę chodzić do szkoły, dowiedziałam się tydzień przed wyjazdem. Ze względu na kilka nieprzyjemnych sytuacji podczas pobytu u pierwszej rodziny po miesiącu zmieniłam ją na inną, która okazała się najlepszą na świecie. To byli bardzo mili, otwarci ludzie, którzy co weekend proponowali mi szereg aktywności. Pokazali mi wiele ciekawych miejsc. Zyskałam też dwójkę przyszywanego rodzeństwa: młodszą i starszą siostrę. Wciąż utrzymuję z nimi kontakt, mam też nadzieję, że odwiedzą mnie w Polsce.
Co możesz powiedzieć o amerykańskiej kuchni? Przypadła Ci do gustu?
– Moja rodzina, jak wiele innych w Stanach, często żywiła się poza domem, bo jedzenie w barach jest bardzo tanie. Popularnym i często wybieranym przez Amerykanów daniem jest mac and cheese, czyli makaron z sosem serowym, a także różnego typu fast foody. Kulinarna strona tego wyjazdu nie do końca mi odpowiadała i poskutkowała nadprogramowymi kilogramami, które na szczęście już praktycznie zgubiłam. Udało mi się natomiast parę polskich dań mojej amerykańskiej rodzinie zaserwować. To były: placki ziemniaczane, pączki, faworki, szarlotka i pierogi, które lepiłam, będąc na łączach telefonicznych z mamą. Szczególnie te ostatnie bardzo im posmakowały.
W Stanach spędziłaś też Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie brakowało Ci polskich świąt?
– Brakowało mi tradycyjnej polskiej wigilii, spędzonej przy stole, z bliskimi i należytą oprawą. W Stanach Boże Narodzenie wygląda zupełnie inaczej. Wszyscy członkowie rodziny, w tym ja, dostaliśmy identyczne piżamy w czerwoną kratę i cały dzień oglądaliśmy filmy, a w porze kolacji jedliśmy lody, chipsy, a więc zupełnie zwykłe menu. Wiem też, że niektórzy w Stanach zamawiają w ten dzień pizzę. Za to choinkę sami sobie wybraliśmy, wycięliśmy i przywieźliśmy do domu. To była świetna sprawa. Wielkanoc była dla mnie mniejszym dysonansem.
Pobyt w Stanach i naukę w amerykańskiej szkole uważasz za ciekawe doświadczenie? Powtórzyłabyś je raz jeszcze?
– Zdecydowanie. Dzięki temu wyjazdowi poznałam wiele fantastycznych osób, styl życia przeciętnych amerykańskich nastolatków i zwiedziłam piękne miejsca, w których dotąd nie byłam, jak choćby Kalifornię czy Utah. Wyniosłam też nowe, cenne doświadczenia, zobaczyłam ten kraj z bliska i poznałam jego kulturę. Przede wszystkim poczułam się też pewniejsza siebie, odważniejsza, mam dużo energii do działania. Czuję, że wiele zyskałam i na pewno to wykorzystam.
Dziękuję za rozmowę i życzę Ci kolejnych tak ciekawych wyzwań.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze