Próbuje wielu, ale prawdziwych artystów w tej dziedzinie jest w Polsce ledwie kilkunastu. Ogromną sztuką jest bowiem namalować obraz nie na tkaninie, a tkaniną. Tą wyjątkową umiejętność posiadła Sylwia Ignatowska z Żurawicy. – To moja pasja oraz krok w inną przestrzeń. To duch, który budzi duszę i dodaje mi energii – zapewnia.
Ładny dom w cichym miejscu przy ulicy Kasztanowej w Żurawicy. Ktoś powie, że to dom z duszą. I ma rację. To tam ukryty jest cały świat pani Sylwii. Tam rzeźbi swoją pasję.
Pasję tworzoną ogromną wyobraźnią, wielką cierpliwością, bajecznie kolorowymi tkaninami, setkami rolek z nićmi i igłą. Tam w niesamowitej pracowni tworzy prawdziwe arcydzieła – obrazy szyte wizją i kreatywnością.
Wszystkiego nie da się opowiedzieć. Niemożliwe jest słowami przekazać tę magię i piękno ukryte w głowie i dłoniach pani Sylwii. To trzeba zobaczyć.
Z wykształcenia jest technologiem odzieżowym. Nie ukończyła żadnej szkoły artystycznej, ale wierzy – jak sama mówi – że każdy kto tworzy swoje dzieła, nadając mu niepowtarzalny charakter, jest artystą.
Jak się zaczęło? Od tzw.[paywall] haftu krzyżykowego. Jej pierwszą pracą był portret Wikinga. Ale zachorowała i nie mogła kontynuować tego dzieła. Musiała przerzucić się na coś innego.
– W krzyżykowaniu jest gotowy wzór, który się wyszywa. A moim marzeniem było stworzenie czegoś od podstaw. Danie coś od siebie. Przeglądałam internet i trafiłam na amerykańskie strony, gdzie znalazłam art quiltsy, czyli patchworki artystyczne – opowiada pani Sylwia.
Nie miała żadnych wątpliwości. To było to! Tyle, że to była ledwie inspiracja. Teoria, a od niej do praktyki jest daleka droga.
– Od razu marzenie chciałam przekuć w rzeczywistość. Może to zabrzmieć banalnie, ale znalazłam jakiś obrazek, pooglądałam kilka filmików i spróbowałam. Nieco się złościłam, bo chciałam kupić odpowiednie tkaniny do moich prac, a ich nie było. Musiałam więc farbować. Wycinałam kawałeczki, nakładłam je na siebie i zszyłam na starej maszynie. Potem przepikowałam. Nie wyszło źle. Spodobało się mi, odczułam ulgę. Wiedziałam, że chyba trafiłam w dziesiątkę – wyjaśniła.
Patchwork to sztuka i styl. Klasyczny oparty jest na powtarzających się wzorach, zbudowanych z różnych kształtów tkanin o różnych kolorach. Te są starannie odmierzane i wycinane w podstawowej kształty geometryczne, dzięki czemu łatwo je połączyć, czyli zszyć.
Jest kilka poziomów patchworków. Ten z absolutnego topu nazywa się art quilt, czyli patchwork artystyczny. To jak orkiestra reprezentacyjna w wojsku. Wisienka na torcie.
Pani Sylwia bardzo wysoko zawiesza sobie poprzeczkę. Pierwszym art quiltem były magnolie. 16 lat temu.
Ileż pozytywów trzeba posiadać, aby stać się w tej dziedzinie artystą! Cierpliwość, czas, ogromną wyobraźnię, spokój, zawziętość… Wymieniać może jeszcze wiele. Ale to także znalezienie środka ciężkości między talentem a ciągłą pracą, doskonaleniem swoich umiejętności. To wszystko ma…
– Tak, spełniam się. Można mieć talent, ale jeśli nie będzie się go budować ciężką pracą, nic nam to nie da. To tak jak w sporcie czy nauce. Ktoś jest zdolny i wszystko przychodzi mu z łatwością do pewnego momentu. Każda kolejna praca czegoś mnie uczy. Pamiętam jak zrobiłam prezent mężowi. To były zebry. Spodobało się także znajomym, którzy powiedzieli, że teraz czekają na jeszcze coś lepszego. A presja w tym wypadku nie jest najlepszym doradcą. W głowie mi kołatało, że muszę zrobić coś piękniejszego, coś bardziej wysublimowanego, a wówczas jeszcze mój warsztat był jeszcze dość ograniczony – wspomina Pani Sylwia.
Pomysł rodzi się ze zdjęć. Potem na tablecie robi projekt własnej pracy, inspirowany zdjęciem. Drukuje go, kładzie obok zdjęcie i zaczyna dobierać tkaniny. Jeśli nie ma odpowiedniej, farbuje. Różnymi sposobami. Wybielaczami, śniegiem, rdzą, itp.
Wycina kawałki (jedne mogą mieć kilkanaście milimetrów, jak choćby kropla woda, drugie kilkadziesiąt centymetrów) i zaczyna tworzyć, nakładając kolejne elementy tkanin. Wykonanie jednej pracy trwa kilkanaście godzin, innej kilkanaście dni.
– Wszystko zależy od wybranej techniki. Jak dzisiaj pamiętam obraz zatytułowany Morze. Miesiąc to trwało. Dzień w dzień. Wstawałam rano, szybkie śniadanie, praca, szybki obiad i praca. Każde zdjęcie da się odwzorować tkaniną, ale ja zawsze dokładam coś od siebie. Uwielbiam stawiać na realistyczne obrazy – powiedziała.
To niemożliwe, a jednak... Okazuje się, że przez 10 lat pani Sylwia tworzyła dzieła sama dla siebie. Były zamknięte w czterech ścianach domu przy Kasztanowej.
– Bardzo długo się kamuflowałam. Pewnego razu dostałam zaproszenie do grupy facebookowej Patchwork po polsku. Tam pierwszy raz pokazałam światu swoją pracę. Bardzo się spodobała – zdradziła.
Administrator strony był bardzo zdziwiony, bo nie znalazł w internecie żadnej informacji o pani Sylwii. Nie istniała dla świata art quiltu. Tak wirtualnego, jak i rzeczywistego. To musiało się zmienić i się zmieniło.
– Pokazałam większość swoich prac. Podobały się, naprawdę. Zdecydowałam się brać udział w różnych konkursach. Każdy konkurs rozwija i to był dla mnie bodziec. Do udoskonalania tego, co robię. To było natchnienie, ale i potrzeba wymyślania czegoś nowego. Tak, aby zaskoczyć – zapewnia.
Po raz pierwszy odważyła się pokazać swoje prace w 2018 r. na wystawie „Biało Czerwona”, zorganizowanego przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku. Odbył się także konkurs o tej samej nazwie. Zdobyła pierwszą nagrodę.
Co ciekawe, zwycięskiej pracy nie ma w domu przy Kasztanowej, bo wciąż „jeździ” po różnych wystawach. Ale to nie był pierwszy sukces. Ten przyszedł rok wcześniej w konkursie „Pomarańczowo mi…”, zorganizowanym przez firmę Fiskars. Potem były laury m.in. w: Pradze, Żyrardowie, Brnie czy Birmingham.
– Z jakiej pracy jestem najbardziej dumna? Chyba ta, która wygrała w angielskim Birmingham. Obraz pod nazwą Gaja. Zakochałam się w niej i chciałam, aby do mnie wróciła. Trafiał jednak na wystawę w Londynie i tam znalazł się na nią kupiec. Kupił, ale nie może się z niej cieszyć, bo została skradziona. Podobnie jak druga zwycięska praca artystki z Chin – opowiada pani Sylwia.
– Najtrudniejszą pracą była ta o nazwie Latarnia morska. Muszę przyznać, że tydzień przed finałem, załamałam się. Siedziałam nad nią i płakałam. Nie miałam pojęcia jak ją skończyć. Na szczęście się udało – śmieje się dzisiaj pani Sylwia.
Swoje prace zaczęła sprzedawać, bo popyt był i jest spory.
– Nigdy cena nie będzie odzwierciedlać wkładu pracy. Nigdy nie będzie adekwatna. Gdybym chciała to przeliczyć na pieniądze, nikt by takiej pracy nie kupił – zapewniła.
Jej opowieści przysłuchiwał się mąż, pan Maciej Ignatowski. Jest dobrym duchem pani Sylwii. Motywatorem. Zajmuje się programami komputerowymi, więc stał się jej menadżerem. Ma ogrom wiedzy o patchworku, ale nigdy nie spróbował sam chwycić za maszynę.
– Nie szyję, nie mam z tym nic wspólnego. Nazwali mnie menadżerem i tak już zostało. Każdy artysta poświęca się swoim dziełom, a jego dusza nie pozwala się skupić na innych sprawach. By wspomnieć o zgłoszeniu do konkursu, organizacji transportu, przygotowaniu sal wystawowych i wielu, wielu innych kwestiach. Ludzie kontaktują się ze mną, więc nie mogę w tej kwestii być żółtodziobem. Musiałem wiele rzeczy się nauczyć, o wielu rzeczach dowiedzieć i poczytać. Powiem szczerze, że art quilts wciąż jeszcze raczkuje. Ludzie, widzowie wciąż się dziwią, że coś tak pięknego istnieje. Ale kiedy się już przekonają, dowiedzą się, chcą to mieć u siebie – stwierdził.
Zapytaliśmy na koniec panią Sylwię, czy nie boi się, że kiedyś dojdzie do sytuacji, iż przestanie jej się chcieć?
– Jeszcze o tym nie myślałam. Owszem, miałam okresy, kiedy nic nie szyłam, ale to mijało. Ciągle czegoś szukam. To jest jak narkotyk. Pasja zostaje z tobą na całe życie – podsumowała.
***zdjęcia w galerii zostały wykonane podczas wystawy prac pani Sylwii Ignatowskiej i Sylwii Haluch na Zamku Kazimierzowskim w Przemyślu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze