Przełom XX i XXI wieku, a zwłaszcza pierwsze dekady nowego stulecia, były okresem europejskiej stabilizacji. Politycy nie dostrzegali potrzeby dalszego inwestowania w przemysł, rolnictwo czy naukę. Wydawało się, że możemy „spać spokojnie”. Chińczycy za przysłowiową „miskę ryżu” będą produkować potrzebne nam niemal wszystkie towary przemysłowe, Rosja będzie tanio sprzedawała gaz i ropę, a Stany Zjednoczone, stanowiące trzon NATO, będzie nas bronić.
W Europie i niemal wszystkich państwach Unii Europejskiej panowało poczucie, że stabilizacja i dobrobyt zostały nam dane, i to na zawsze. To udzielało się nawet politykom polskim, kiedy to w 2004 r. – po 10 latach oczekiwania – Polska stała się członkiem Unii Europejskiej.
Owszem, nie brakowało w niektórych krajach państwowego egoizmu, mimo to nawet w Niemczech, mających najbardziej rozwinięty przemysł w Europie, zaczęły powstawać także inwestycje chińskie. Budowa Nord Stream 1, a później 2 miała zapewnić Europie tanią energię, a otwarcie granic dla imigrantów z Afryki i Azji przez Angelę Merkel miało być rezerwuarem taniej siły roboczej, również w zakresie kadry inżynierskiej. Politykom, zwłaszcza francuskim i niemieckim, wydawało się, że istniejącą stabilizację i dobrobyt ugruntuje odejście w UE od zasady jednomyślności na rzecz podejmowania decyzji większością głosów.
Niespodziewanie nastąpił krach. W 2019 r. nie tylko Europę, ale niemal cały świat dotknęła epidemia zakaźna wywołana wirusem SARS-CoV-2. W 2020 r. Unię Europejską opuściła Wielka Brytania. Wreszcie w 2022 r. trwająca od 2014 rosyjska agresja wobec Ukrainy przekształciła się w pełnoskalową wojnę.
Nie jestem całkowicie pewien, czy politycy europejscy naprawdę zrozumieli, że Chińczycy nie będą tanio dla nas produkować potrzebnych towarów, a zwłaszcza elementów niezbędnych do rozwoju elektroniki, Rosja nie będzie nam sprzedawać tanich źródeł energii, a ostatnio nowy prezydent USA Donald Trump stanowczo stwierdził, że NATO nie będzie dłużej finansowane głównie przez Stany Zjednoczone, a więc nie będzie Europy bronić.
Notabene, naiwni są także ci Polacy, którzy sądzą, że 10 tys. żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce, czy nawet – gdyby do tego doszło – tzw. Fort Trump będzie gwarancją naszej niepodległości. Stany Zjednoczone chcą przede wszystkim sprzedawać zalegający w magazynach sprzęt wojskowy, a Rosja – gdyby zechciała zaatakować nasz kraj – to wcześniej doprowadzi do godzącego w Amerykę konfliktu, np. na Pacyfiku, a wówczas stacjonujący w Polsce amerykańscy żołnierze zostaną szybko wycofali na zagrożony odcinek frontu, bo interesy USA nie leżą w Polsce, czy nawet w Europie, ale na Dalekim Wschodzie. My zaś bronić musimy się przede wszystkim sami, we współdziałaniu z europejskimi państwami będącymi członkami NATO. W tej gwarancji polskiej niepodległości znaczącą rolę może odegrać niepodległa Ukraina, bo gdyby została zwasalowana przez Rosję, mielibyśmy z nią taki sam kłopot, jaki mamy dziś z Białorusią.
Patrząc więc z dzisiejszej perspektywy, widać jak na dłoni, że w ostatnich dziesięcioleciach historia dała Europie niebagatelną nauczkę, a właściwie można nawet powiedzieć „pstryczka w nos”. Czy po raz ostatni? To już zależy od tego, czy politycy europejscy, w tym również polscy, zamiast trwać w błogim nastroju, zaczną działać konstruktywnie, w imieniu reprezentowanych narodów, a nie swych partii politycznych.
Stanisław Stępień
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze