Reklama

Jerzy Bonarek: – Do tej pory uważam się za podstarzałego hipisa

19/12/2022 18:58

W 41. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego rozmawialiśmy z Jerzym Bonarkiem (rocznik 1955), przedsiębiorcą, w latach 80. działaczem NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, kolporterem wydawnictw drugiego obiegu.

Gdy sondowałem twoich znajomych, o co Jurka pytać, najpierw padały zdania: cicha legenda, bardzo skromny człowiek. Gość, który nigdy nie wypinał piersi do orderów.

– A teraz wypinam.

Dlaczego?

– Nie wypinałem do pewnego czasu. Nadal nie przyjmuję żadnych blach. Blacha, kawał żelastwa, to wszystko. Ale… zmienił mi się pogląd na pewne rzeczy. Skoro rząd rozdaje miliony złotych na lewo i prawo, to dlaczego, gdybym miał dostać od „Solidarności” Krzyż Wolności, nie miałbym go przyjąć?

Dlaczego do tej pory ci go nie przyznano?

Reklama

– Nie wiem. Z wnioskiem musi wystąpić jakaś organizacja, a ja nie należę ani do żadnej organizacji, ani do stowarzyszenia, związku zawodowego, ani do partii. Gdybym zabiegał o honory, może bym ich w jakimś zakresie dostąpił, ale – tak jak powiedziałem – do tej pory nie zabiegałem.

Bo ty liberał jesteś.

– Jak już, to konserwatywny. Ojciec mojej żony Beaty, Edward Petzel, zakładał ze Stanisławem Czarskim, ojcem Janusza (Janusz Czarski – dyrektor Centrum Kulturalnego w Przemyślu – przyp. red.) Ligę Walki z Bolszewizmem. Ja z rodzinnego domu wyniosłem mocno[paywall] prawicowe poglądy. Mój ojciec, Jan, należał do ultraprawicowych Narodowych Sił Zbrojnych. Jego dwóch braci do dwóch różnych organizacji. Jeden do AK, drugi do BCH. Cała czwórka w pewnym sensie miała wpływ na moją ocenę świata.

Reklama

To ojcu nie spodobało się twoje porzucenie szkoły i hipisowanie w Bieszczadach w połowie lat siedemdziesiątych?

– Nie spodobało. Ale gdy poznał moich znajomych, późniejszych działaczy „Solidarności”, zmienił zdanie i gdy stało się jasne, jak potworną mam dysleksję. Dysleksja utrudniała mi życie. Wypełnianie najprostszych szkolnych poleceń to był dla mnie koszmar. Powiedziałeś o skromności. Ja nie wiem, czy jestem skromny, ale właśnie przez dysleksję nigdy nie pchałem się do pierwszego szeregu, nie wskakiwałem na mównicę, nie pisałem manifestów. Trzymałem się z boku. Co w konspirze paradoksalnie okazało się pomocne.

Reklama

Bardzo kowboiłeś w Bieszczadach? Jak długo?

– Gdzieś od 1974 do 1977. Zakładałem z kolegami: Wieńczysławem Nowackim, Arturem Lignowskim, Józkiem, Józkiem…nie pamiętam nazwiska, wioskę. Pod Połoniną Caryńską, nad strumieniem, w miejscowości Caryńskie. Budowaliśmy wieś od podstaw. Wtedy powstało z pięć nielegalnych budynków. Do tej pory uważam się za podstarzałego hipisa.

Ale kucyka nie masz...

– Bo ja łysy hipis jestem (śmiech). Wielu ludzi się wypiera teraz przynależności do tego ruchu. A ruch hipisowski w Polsce to było coś zupełnie innego niż na Zachodzie. Tam lewicowy, w Polsce – przynajmniej w tych kręgach, w których ja się obracałem – prawicowy. Kontestowaliśmy PRL i komunizm. To w naszej wiosce zaczęliśmy się zaczytywać w nielegalnej literaturze, bibule zwożonej przez ludzi podziemia z całej Polski. Rozpoczęła się historia z kolportażem bibuły.

Reklama

No dobrze, dobrze. Coś się paliło?

– Narkomanem nigdy nie byłem. Skręt jeden czy drugi się przydarzył. To wszystko.

I ty chcesz dostać medal?

– (śmiech) W tej materii cię zaskoczę. Do naszej wioski przyjmowaliśmy kierowanych przez lekarza z Lubiąża, ze szpitala z odziałem dla uzależnionych, młodych ludzi na odwyku. Takich, którzy nie radzili sobie z wolnością, jej brakiem i takich, którzy źle ją pojmowali. Łatwo nie było. Oficjalnie w PRL-u narkomania nie występowała. W naszej wiosce nie było narkotyków, ćpania. Wolność, obowiązki i praca. Robiliśmy to na długo przed Kotańskim. Sporo hipisów odwalało konspiracyjną „czarną robotę” – kolportowało ulotki, było kurierami. Wtedy poznałem Andrzeja (ks. Andrzej Szpak 1944 – 2017, salezjanin, nieformalny duszpasterz hipisów w Polsce – przyp. red).

Reklama

Przejdźmy do kombatanctwa. Jak zaczęła się Twoja przygoda z „Solidarnością”?

– Latem, osiemdziesiątego roku, gadając o polityce, szliśmy z Markiem Kuchcińskim ulicą Kazimierzowską w Przemyślu.

Od kiedy się znałeś z Kuchcińskim?

– Od połowy lat siedemdziesiątych.

Kolegowaliście się, przyjaźnili?

– Można powiedzieć, że na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w mojej ocenie, to była przyjaźń. A ja przyjaźni nie zdradzam, chociaż dzisiaj mamy z Markiem różne poglądy.

No więc z przyszłym marszałkiem Sejmu maszerujecie i…

Reklama

– Zobaczyliśmy idącego ulicą Witka Siwca. Trochę go znałem, chociaż lepiej jego młodszego brata Adama (synowie Ryszarda Siwca – przyp. red). Zagadaliśmy. I tak się zaczęło. Witek bez pracy, bez przydziału do konkretnego przemyskiego zakładu. My z Markiem ogrodnicy. Pewnie stąd rolnicza „Solidarność”.

Co potem?

– Przybijałem jakieś pieczątki na różnych biuletynach w siedzibie Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” na Kamiennym Moście (śmiech). Razem z Witkiem i Adamem Szostkiewiczem. Oni na teleksie, a ja z pieczątką. Wcześniej, w latach siedemdziesiątych, miałem kontakty z ludźmi z KOR-u, więc jakieś doświadczenie było. Powołaliśmy pierwsze na tym terenie koło „Solidarności” wiejskiej, rolniczej. Zebraliśmy głównie ogrodników. Przypominam sobie Malawskiego, Mołonia, Cyprysia. Zebraliśmy wszystkich przemyskich ogrodników. Pierwsze nasze spotkanie odbyło się w siedzibie Klubu PAX na Asnyka w Przemyślu. W następnym uczestniczył Kułaj (Jan Kułaj, 1958 – 2020, jarosławianin; pierwszy przewodniczący NSZZ RI „Solidarność”, internowany; po internowaniu złożył samokrytykę – przyp. red). Podczas tego spotkania ustaliliśmy, że trzeba zakładać koła po wsiach. Wtedy założyliśmy między innymi koła w: Ostrowie, Łętowni, Kuńkowcach, Ujkowicach. Później Marek zajął się niezależną kulturą, a ja – po przeniesieniu siedziby NSZZ RI „Solidarność” do Jarosławia – nadal jeździłem i zakładałem koła. Tam miałem jedyne swoje wystąpienia publiczne, co mnie kosztowało masę zdrowia z powodów, o których już mówiłem (śmiech).

Reklama

To początki lat osiemdziesiątych. Co po stanie wojennym?

– Zajmowałem się działalnością półoficjalną.

Czyli czym?

– Działałem w Duszpasterstwie Rolników w Krasiczynie, które założył i prowadził ksiądz Stanisław Bartmiński. W grudniu minęło 40 lat od powołania Duszpasterstwa i OKOR-u, czyli Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników. W duszpasterstwie oficjalnie zajmowałem się sprzedażą książek, a nieoficjalnie spod stołu kolportowałem książki drugiego obiegu, bibułę, cegiełki pomocowe na rzecz więźniów politycznych, ich rodzin, finansowania pomocy prawnej. Woziłem żywność dla internowanych. Pomagałem, a właściwie nie wychodziłem z podziemi klasztoru Franciszkanów w czasie organizacji Dni Kultury Chrześcijańskiej. Uczestniczyłem w spotkaniach strychowych u Marka. Ale przez moją posturę, długą brodę, wtedy jeszcze pióra, na wielkiego konspiratora się nie nadawałem (śmiech).

Reklama

A druk?

– Drukiem się nie zajmowałem. O drukowaniu więcej mógłby powiedzieć nasz kolega Wojtek Mikuła. Wszyscy mówią o tych wielkich, a ja chciałbym wspomnieć kilku cichych bohaterów. O nich za mało się mówi, a były to osoby całkowicie zakonspirowane. Na przykład świętej pamięci pani doktor Maria Wojciechowska-Podhalicz. Do jej mieszkania w bloku na Glazera (dawniej osiedle Pstrowskiego) przywoziliśmy bibułę. U niej był punkt główny. Rezerwowy u mojego ojca. Kolportażem zajmował się Tadeusz Sopel. Natomiast u Ireny Czernowskiej, na ulicy 3 Maja, był główny punkt kontaktowy dla OKOR-owców.

Reklama

Co wspominasz jako najgorszy moment z tamtego okresu?

– Żyję z dnia na dzień. Nie przejmuję się tym, co było. Dla mnie tamten czas to już historia. Odeszło. Poszło. Nie myślę, co będzie. Żyję chwilą.

Mogłeś wybrać inną drogę, drogę kariery.

– Nie, nie mogłem. Chociażby przez moją dysleksję (śmiech).

A jak patrzysz na dzisiejszą Polskę, coś cię boli?

– Nic mnie nie boli.

A, to jednak dadzą ci ten medal.

– (śmiech) Mamy względną demokrację. Wybrana większość rządzi od wyborów do wyborów. Bierze pełną odpowiedzialność za Polskę. Tyle.

Reklama

Tyle? A marzenie o idealnej Polsce?

– Nie jestem marzycielem. Idealny model państwa to fikcja. Ludzi nie zmienisz. Każdy z nas ma inne potrzeby i na różne sposoby je realizuje. Rządzący powinni o tym pamiętać. To wystarczy.

Rozmawialiśmy w założonej przez ciebie, twoją żonę Beatę, Basię Mikułę i Wojtka Mikułę Księgarni – Kawiarni „Libera”, która w jakimś sensie kontynuuje twoją działalność księgarską, edukacyjną, obywatelską. Nie wykręcisz się. W wolnej Polsce, poza biznesem, nie przestały cię interesować kwestie wolności wyboru.

– Skoro tak uważasz…

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama