W 41. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego rozmawialiśmy z Jerzym Bonarkiem (rocznik 1955), przedsiębiorcą, w latach 80. działaczem NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, kolporterem wydawnictw drugiego obiegu.
Gdy sondowałem twoich znajomych, o co Jurka pytać, najpierw padały zdania: cicha legenda, bardzo skromny człowiek. Gość, który nigdy nie wypinał piersi do orderów.
– A teraz wypinam.
Dlaczego?
– Nie wypinałem do pewnego czasu. Nadal nie przyjmuję żadnych blach. Blacha, kawał żelastwa, to wszystko. Ale… zmienił mi się pogląd na pewne rzeczy. Skoro rząd rozdaje miliony złotych na lewo i prawo, to dlaczego, gdybym miał dostać od „Solidarności” Krzyż Wolności, nie miałbym go przyjąć?
Dlaczego do tej pory ci go nie przyznano?
– Nie wiem. Z wnioskiem musi wystąpić jakaś organizacja, a ja nie należę ani do żadnej organizacji, ani do stowarzyszenia, związku zawodowego, ani do partii. Gdybym zabiegał o honory, może bym ich w jakimś zakresie dostąpił, ale – tak jak powiedziałem – do tej pory nie zabiegałem.
Bo ty liberał jesteś.
– Jak już, to konserwatywny. Ojciec mojej żony Beaty, Edward Petzel, zakładał ze Stanisławem Czarskim, ojcem Janusza (Janusz Czarski – dyrektor Centrum Kulturalnego w Przemyślu – przyp. red.) Ligę Walki z Bolszewizmem. Ja z rodzinnego domu wyniosłem mocno[paywall] prawicowe poglądy. Mój ojciec, Jan, należał do ultraprawicowych Narodowych Sił Zbrojnych. Jego dwóch braci do dwóch różnych organizacji. Jeden do AK, drugi do BCH. Cała czwórka w pewnym sensie miała wpływ na moją ocenę świata.
To ojcu nie spodobało się twoje porzucenie szkoły i hipisowanie w Bieszczadach w połowie lat siedemdziesiątych?
– Nie spodobało. Ale gdy poznał moich znajomych, późniejszych działaczy „Solidarności”, zmienił zdanie i gdy stało się jasne, jak potworną mam dysleksję. Dysleksja utrudniała mi życie. Wypełnianie najprostszych szkolnych poleceń to był dla mnie koszmar. Powiedziałeś o skromności. Ja nie wiem, czy jestem skromny, ale właśnie przez dysleksję nigdy nie pchałem się do pierwszego szeregu, nie wskakiwałem na mównicę, nie pisałem manifestów. Trzymałem się z boku. Co w konspirze paradoksalnie okazało się pomocne.
Bardzo kowboiłeś w Bieszczadach? Jak długo?
– Gdzieś od 1974 do 1977. Zakładałem z kolegami: Wieńczysławem Nowackim, Arturem Lignowskim, Józkiem, Józkiem…nie pamiętam nazwiska, wioskę. Pod Połoniną Caryńską, nad strumieniem, w miejscowości Caryńskie. Budowaliśmy wieś od podstaw. Wtedy powstało z pięć nielegalnych budynków. Do tej pory uważam się za podstarzałego hipisa.
Ale kucyka nie masz...
– Bo ja łysy hipis jestem (śmiech). Wielu ludzi się wypiera teraz przynależności do tego ruchu. A ruch hipisowski w Polsce to było coś zupełnie innego niż na Zachodzie. Tam lewicowy, w Polsce – przynajmniej w tych kręgach, w których ja się obracałem – prawicowy. Kontestowaliśmy PRL i komunizm. To w naszej wiosce zaczęliśmy się zaczytywać w nielegalnej literaturze, bibule zwożonej przez ludzi podziemia z całej Polski. Rozpoczęła się historia z kolportażem bibuły.
No dobrze, dobrze. Coś się paliło?
– Narkomanem nigdy nie byłem. Skręt jeden czy drugi się przydarzył. To wszystko.
I ty chcesz dostać medal?
– (śmiech) W tej materii cię zaskoczę. Do naszej wioski przyjmowaliśmy kierowanych przez lekarza z Lubiąża, ze szpitala z odziałem dla uzależnionych, młodych ludzi na odwyku. Takich, którzy nie radzili sobie z wolnością, jej brakiem i takich, którzy źle ją pojmowali. Łatwo nie było. Oficjalnie w PRL-u narkomania nie występowała. W naszej wiosce nie było narkotyków, ćpania. Wolność, obowiązki i praca. Robiliśmy to na długo przed Kotańskim. Sporo hipisów odwalało konspiracyjną „czarną robotę” – kolportowało ulotki, było kurierami. Wtedy poznałem Andrzeja (ks. Andrzej Szpak 1944 – 2017, salezjanin, nieformalny duszpasterz hipisów w Polsce – przyp. red).
Przejdźmy do kombatanctwa. Jak zaczęła się Twoja przygoda z „Solidarnością”?
– Latem, osiemdziesiątego roku, gadając o polityce, szliśmy z Markiem Kuchcińskim ulicą Kazimierzowską w Przemyślu.
Od kiedy się znałeś z Kuchcińskim?
– Od połowy lat siedemdziesiątych.
Kolegowaliście się, przyjaźnili?
– Można powiedzieć, że na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w mojej ocenie, to była przyjaźń. A ja przyjaźni nie zdradzam, chociaż dzisiaj mamy z Markiem różne poglądy.
No więc z przyszłym marszałkiem Sejmu maszerujecie i…
– Zobaczyliśmy idącego ulicą Witka Siwca. Trochę go znałem, chociaż lepiej jego młodszego brata Adama (synowie Ryszarda Siwca – przyp. red). Zagadaliśmy. I tak się zaczęło. Witek bez pracy, bez przydziału do konkretnego przemyskiego zakładu. My z Markiem ogrodnicy. Pewnie stąd rolnicza „Solidarność”.
Co potem?
– Przybijałem jakieś pieczątki na różnych biuletynach w siedzibie Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” na Kamiennym Moście (śmiech). Razem z Witkiem i Adamem Szostkiewiczem. Oni na teleksie, a ja z pieczątką. Wcześniej, w latach siedemdziesiątych, miałem kontakty z ludźmi z KOR-u, więc jakieś doświadczenie było. Powołaliśmy pierwsze na tym terenie koło „Solidarności” wiejskiej, rolniczej. Zebraliśmy głównie ogrodników. Przypominam sobie Malawskiego, Mołonia, Cyprysia. Zebraliśmy wszystkich przemyskich ogrodników. Pierwsze nasze spotkanie odbyło się w siedzibie Klubu PAX na Asnyka w Przemyślu. W następnym uczestniczył Kułaj (Jan Kułaj, 1958 – 2020, jarosławianin; pierwszy przewodniczący NSZZ RI „Solidarność”, internowany; po internowaniu złożył samokrytykę – przyp. red). Podczas tego spotkania ustaliliśmy, że trzeba zakładać koła po wsiach. Wtedy założyliśmy między innymi koła w: Ostrowie, Łętowni, Kuńkowcach, Ujkowicach. Później Marek zajął się niezależną kulturą, a ja – po przeniesieniu siedziby NSZZ RI „Solidarność” do Jarosławia – nadal jeździłem i zakładałem koła. Tam miałem jedyne swoje wystąpienia publiczne, co mnie kosztowało masę zdrowia z powodów, o których już mówiłem (śmiech).
To początki lat osiemdziesiątych. Co po stanie wojennym?
– Zajmowałem się działalnością półoficjalną.
Czyli czym?
– Działałem w Duszpasterstwie Rolników w Krasiczynie, które założył i prowadził ksiądz Stanisław Bartmiński. W grudniu minęło 40 lat od powołania Duszpasterstwa i OKOR-u, czyli Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników. W duszpasterstwie oficjalnie zajmowałem się sprzedażą książek, a nieoficjalnie spod stołu kolportowałem książki drugiego obiegu, bibułę, cegiełki pomocowe na rzecz więźniów politycznych, ich rodzin, finansowania pomocy prawnej. Woziłem żywność dla internowanych. Pomagałem, a właściwie nie wychodziłem z podziemi klasztoru Franciszkanów w czasie organizacji Dni Kultury Chrześcijańskiej. Uczestniczyłem w spotkaniach strychowych u Marka. Ale przez moją posturę, długą brodę, wtedy jeszcze pióra, na wielkiego konspiratora się nie nadawałem (śmiech).
A druk?
– Drukiem się nie zajmowałem. O drukowaniu więcej mógłby powiedzieć nasz kolega Wojtek Mikuła. Wszyscy mówią o tych wielkich, a ja chciałbym wspomnieć kilku cichych bohaterów. O nich za mało się mówi, a były to osoby całkowicie zakonspirowane. Na przykład świętej pamięci pani doktor Maria Wojciechowska-Podhalicz. Do jej mieszkania w bloku na Glazera (dawniej osiedle Pstrowskiego) przywoziliśmy bibułę. U niej był punkt główny. Rezerwowy u mojego ojca. Kolportażem zajmował się Tadeusz Sopel. Natomiast u Ireny Czernowskiej, na ulicy 3 Maja, był główny punkt kontaktowy dla OKOR-owców.
Co wspominasz jako najgorszy moment z tamtego okresu?
– Żyję z dnia na dzień. Nie przejmuję się tym, co było. Dla mnie tamten czas to już historia. Odeszło. Poszło. Nie myślę, co będzie. Żyję chwilą.
Mogłeś wybrać inną drogę, drogę kariery.
– Nie, nie mogłem. Chociażby przez moją dysleksję (śmiech).
A jak patrzysz na dzisiejszą Polskę, coś cię boli?
– Nic mnie nie boli.
A, to jednak dadzą ci ten medal.
– (śmiech) Mamy względną demokrację. Wybrana większość rządzi od wyborów do wyborów. Bierze pełną odpowiedzialność za Polskę. Tyle.
Tyle? A marzenie o idealnej Polsce?
– Nie jestem marzycielem. Idealny model państwa to fikcja. Ludzi nie zmienisz. Każdy z nas ma inne potrzeby i na różne sposoby je realizuje. Rządzący powinni o tym pamiętać. To wystarczy.
Rozmawialiśmy w założonej przez ciebie, twoją żonę Beatę, Basię Mikułę i Wojtka Mikułę Księgarni – Kawiarni „Libera”, która w jakimś sensie kontynuuje twoją działalność księgarską, edukacyjną, obywatelską. Nie wykręcisz się. W wolnej Polsce, poza biznesem, nie przestały cię interesować kwestie wolności wyboru.
– Skoro tak uważasz…
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze