W ramach obchodów Światowego Dnia Turystyki PTTK oraz Urząd Miejski w Przemyślu zaprosiły mieszkańców do podziemi na pokaz filmu Z Andrusem po Galicji – Przemyśl, prezentację fotografii podróżniczej Karpaty Rumuńskie Jerzego Szlachcica oraz promocję książki Mój wybór – Góry Wysokie himalaisty Krzysztofa Wielickiego.
– Jest w Przemyślu sympatia dla ludzi gór – skomentował przedsięwzięcie autor Mojego wyboru. Krzysztof Wielicki to postać znana na całym świecie – taternik, alpinista, himalaista. Pierwszy zdobył zimą Mount Everest, Kanczendzongi (wspólnie z J. Kukuczką) i Lhotse, dokonał rekordowego wejścia na Broad Peak w 1984 roku, samotnie wyprawił się na Nanga Parbat. Urodził się w Szklarce Przygodzickiej w Wielkopolsce, gdzie najwyższa góra sięga 60 m.
– Budowaliśmy zespoły w klubach, zaczynało się od marzeń, potem się planowało. Dzisiaj, niestety, jest tak, że ludzie widzą się na wyprawie pierwszy raz. Nawet w wypadku dobrych alpinistów to ryzykowne. Lepiej się wspinać z partnerem-przyjacielem, którego zna się od lat, z którym przeszło się wiele. Człowiek reaguje wówczas na gesty, wie, czego może oczekiwać od drugiej osoby – zauważa autor Mojego wyboru.
Klubowicze tworzyli niegdyś hermetyczną grupę, ich rodziny się znały, spotykali się, razem jeździli na narty, wyznawali pokrewną filozofię, podobnie się ubierali, czyli w modne wówczas koszule flanelowe w kratę, sweterki, szaliczki, parzenice góralskie...
Pojechali z Leszkiem Cichym. Najmłodsi uczestnicy, do czarnej roboty. Nikt na nich nie stawiał. Wielicki – trzeci na liście rezerwowej miał na sobie spawalnicze okulary, nie należały mu się inne, poza tym, jak przyznaje, był to swego rodzaju szpan. – Ostatni bywają pierwszymi – śmieje się na wspomnienie 17 lutego 1980. I dodaje: – Cieszyliśmy się jak dzieci. Były ordery, faksy. Tej wyprawie przyświecało motto: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Na Mount Everest pozostawili różaniec od papieża i drewniany krzyżyk, upamiętniający śmierć filmowca Staszka Latałły w czasie wyprawy na Lhotse. Zabrali ze szczytu m.in. śnieg. Okazało się, iż jest równie zanieczyszczony jak w Bombaju, wiatry przynoszą na szczyt ciężkie pierwiastki.

fot.Aleksandra Białoń
Przemyskie Podziemia. Uczestnicy spotkania z Krzysztofem Wielickim i Jerzym Szlachcicem.
– Otrzymaliśmy w świecie ksywę „lodowi wojownicy”. Mieliśmy potrzebę pisania historii – wspomina Wielicki. Do 1979 r. rząd Nepalu nie wydawał zezwoleń na działalność zimą. Wystarał się o nie Andrzej Zawada. W tym wypadku przygotowaniom towarzyszył pośpiech (zezwolenie przyszło późno). Na Mount Everest zabrano wyprodukowane w Legionowie namioty, buty z Krosna, w których nie dało się chodzić, ortalionowe kurtki (nikt nie słyszał wówczas o gore-texie). Polacy wyjechali z kraju, nie wiedząc, co to zima w Himalajach. Wysoko w górach spotkali Japończyków, którzy szli turystycznie, w ranach trekkingu. Przedstawili się: narodowa ekspedycja, pierwsza zimą. Na biwaku nie byli w stanie połączyć stelażu namiotu, choć w zespole mieli dwóch inżynierów. Japończycy zrobili wielkie oczy.... Flanelowe koszule i wadliwe namioty nie przeszkodziły jednak w osiągnięciu celu.
Kolejne szczyty padały zimą. – Paradoks – dzięki destabilizacji, chaosowi w stanie wojennym odnosiliśmy sukcesy. Zwykle jest tak, iż bogate państwa mają sport na wysokim poziomie. A tu, trudne czasy i takie wyniki – relacjonuje Wielecki.
W PRL-u alpiniści pracowali, wykonując usługi na dużych wysokościach, m.in. przy malowaniu kominów fabrycznych. Pokrywali je jedną warstwą farby, byle rdzę zakryć, rozliczali 4 warstwy. Zarobione w ten sposób pieniądze stanowiły własność klubu. Toteż klubowicze kupowali duże ilości sprzętu, nadwyżkę sprzedawali na wyprawie, a księgowej przedstawiali protokoły z zejścia lawiny. W ten sposób zdobywali fundusze na działalność. – Cel uświęca środki. Budowaliśmy wizerunek Polski na świecie. Tak sobie to tłumaczyliśmy – przyznaje Wielicki.
– Wszyscy, którzy idą w góry w stu procentach wierzą, że wrócą, co nie jest prawdą – stwierdza himalaista w nawiązaniu do wydarzeń ze stycznia 1986 roku. Wówczas, podczas wejścia na szczyt Kanczendzonga na wysokości 7300 m zmarł Andrzej Czok. Pochowano go w szczelinie skalnej. Zdjęć z ceremonii pogrzebowej autor nie pokazywał 25 lat, nie miał odwagi. Góry wyzwalają w człowieku skrajne emocje. – Kiedy żegnaliśmy Andrzeja Jurek Kukuczka klęczał nad szczeliną, łzy mu ciekły, rok później, wracając z innej wyprawy, śpiewał „kocham cię życie” – wspomina Wielicki.

Karpaty Rumuńskie w obiektywie Jerzego Szlachcica.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze