Reklama

Jest w Przemyślu sympatia dla ludzi gór

12/10/2015 08:12

W ramach obchodów Światowego Dnia Turystyki PTTK oraz Urząd Miejski w Przemyślu zaprosiły mieszkańców do podziemi na pokaz filmu Z Andrusem po Galicji – Przemyśl, prezentację fotografii podróżniczej Karpaty Rumuńskie Jerzego Szlachcica oraz promocję książki Mój wybór – Góry Wysokie himalaisty Krzysztofa Wielickiego.

– Jest w Przemyślu sympatia dla ludzi gór – skomentował przedsięwzięcie autor Mojego wyboru. Krzysztof Wielicki to postać znana na całym świecie – taternik, alpinista, himalaista. Pierwszy zdobył zimą Mount Everest, Kanczendzongi (wspólnie z J. Kukuczką) i Lhotse, dokonał rekordowego wejścia na Broad Peak w 1984 roku, samotnie wyprawił się na Nanga Parbat. Urodził się w Szklarce Przygodzickiej w Wielkopolsce, gdzie najwyższa góra sięga 60 m.

Kiedyś było łatwiej

– Budowaliśmy zespoły w klubach, zaczynało się od marzeń, potem się planowało. Dzisiaj, niestety, jest tak, że ludzie widzą się na wyprawie pierwszy raz. Nawet w wypadku dobrych alpinistów to ryzykowne. Lepiej się wspinać z partnerem-przyjacielem, którego zna się od lat, z którym przeszło się wiele. Człowiek reaguje wówczas na gesty, wie, czego może oczekiwać od drugiej osoby – zauważa autor Mojego wyboru.

Reklama

Klubowicze tworzyli niegdyś hermetyczną grupę, ich rodziny się znały, spotykali się, razem jeździli na narty, wyznawali pokrewną filozofię, podobnie się ubierali, czyli w modne wówczas koszule flanelowe w kratę, sweterki, szaliczki, parzenice góralskie...

Z rezerwy powołany do wyprawy narodowej na Mount Everest

Pojechali z Leszkiem Cichym. Najmłodsi uczestnicy, do czarnej roboty. Nikt na nich nie stawiał. Wielicki – trzeci na liście rezerwowej miał na sobie spawalnicze okulary, nie należały mu się inne, poza tym, jak przyznaje, był to swego rodzaju szpan. – Ostatni bywają pierwszymi – śmieje się na wspomnienie 17 lutego 1980. I dodaje: – Cieszyliśmy się jak dzieci. Były ordery, faksy. Tej wyprawie przyświecało motto: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Na Mount Everest pozostawili różaniec od papieża i drewniany krzyżyk, upamiętniający śmierć filmowca Staszka Latałły w czasie wyprawy na Lhotse. Zabrali ze szczytu m.in. śnieg. Okazało się, iż jest równie zanieczyszczony jak w Bombaju, wiatry przynoszą na szczyt ciężkie pierwiastki. 

Reklama


fot.Aleksandra Białoń
Przemyskie Podziemia. Uczestnicy spotkania z Krzysztofem Wielickim i Jerzym Szlachcicem.

Polacy chcieli pisać historię światową

– Otrzymaliśmy w świecie ksywę „lodowi wojownicy”. Mieliśmy potrzebę pisania historii – wspomina Wielicki. Do 1979 r. rząd Nepalu nie wydawał zezwoleń na działalność zimą. Wystarał się o nie Andrzej Zawada. W tym wypadku przygotowaniom towarzyszył pośpiech (zezwolenie przyszło późno). Na Mount Everest zabrano wyprodukowane w Legionowie namioty, buty z Krosna, w których nie dało się chodzić, ortalionowe kurtki (nikt nie słyszał wówczas o gore-texie). Polacy wyjechali z kraju, nie wiedząc, co to zima w Himalajach. Wysoko w górach spotkali Japończyków, którzy szli turystycznie, w ranach trekkingu. Przedstawili się: narodowa ekspedycja, pierwsza zimą. Na biwaku nie byli w stanie połączyć stelażu namiotu, choć w zespole mieli dwóch inżynierów. Japończycy zrobili wielkie oczy.... Flanelowe koszule i wadliwe namioty nie przeszkodziły jednak w osiągnięciu celu.

Reklama

Paradoks – sukcesy w stanie wojennym

Kolejne szczyty padały zimą. – Paradoks – dzięki destabilizacji, chaosowi w stanie wojennym odnosiliśmy sukcesy. Zwykle jest tak, iż bogate państwa mają sport na wysokim poziomie. A tu, trudne czasy i takie wyniki – relacjonuje Wielecki.

W PRL-u alpiniści pracowali, wykonując usługi na dużych wysokościach, m.in. przy malowaniu kominów fabrycznych. Pokrywali je jedną warstwą farby, byle rdzę zakryć, rozliczali 4 warstwy. Zarobione w ten sposób pieniądze stanowiły własność klubu. Toteż klubowicze kupowali duże ilości sprzętu, nadwyżkę sprzedawali na wyprawie, a księgowej przedstawiali protokoły z zejścia lawiny. W ten sposób zdobywali fundusze na działalność. – Cel uświęca środki. Budowaliśmy wizerunek Polski na świecie. Tak sobie to tłumaczyliśmy – przyznaje Wielicki.

Reklama

Góry nie zabijają, to człowiek popełnia błąd

– Wszyscy, którzy idą w góry w stu procentach wierzą, że wrócą, co nie jest prawdą – stwierdza himalaista w nawiązaniu do wydarzeń ze stycznia 1986 roku. Wówczas, podczas wejścia na szczyt Kanczendzonga na wysokości 7300 m zmarł Andrzej Czok. Pochowano go w szczelinie skalnej. Zdjęć z ceremonii pogrzebowej autor nie pokazywał 25 lat, nie miał odwagi. Góry wyzwalają w człowieku skrajne emocje. – Kiedy żegnaliśmy Andrzeja Jurek Kukuczka klęczał nad szczeliną, łzy mu ciekły, rok później, wracając z innej wyprawy, śpiewał „kocham cię życie” – wspomina Wielicki. 


Karpaty Rumuńskie w obiektywie Jerzego Szlachcica.


AB
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości