– Jedna dziewczynka była tak wystraszona, że nie chciała wejść do karetki. Bała się, że się przewrócimy – opowiada pan Rafał, ratownik medyczny. – Ludzie nie panikowali, jedynie prosili, aby ich nie rozłączać – relacjonuje pani Agata, strażak ochotnik.
Historia w pewien sposób zatoczyła koło. Dokładnie 27 lat od pamiętnego wypadku ukraińskiego autokaru, znów w tym samym miejscu doszło do tragedii z udziałem ukraińskich turystów. Zarówno przy tamtym, jak i przy tym wypadku pracował kierowca karetki Stanisław Kasprzyk. Rannych ratował też strażak ochotnik[paywall] – ojciec Agaty Lalik. Teraz ona – również strażaczka – pomagała poszkodowanym.
Piątek, 17 sierpnia, godz. 22. W stronę Leszczawy Dolnej zjeżdża autokar z 54 osobami na pokładzie – dwóch kierowców, pilotka wycieczki i pasażerowie w wieku 8 – 55 lat. Jadą ze Lwowa do Wiednia. Mieli przekroczyć granicę w Korczowej, ale była tam duża kolejka, więc udali się do Medyki. Tam jednak też był tłok. Biuro, które organizowało wyjazd poleciło jechać do Krościenka. Tak twierdził później kierowca, 42-letni Mykoła Ł.
Pasażerowie twierdzą, że wszystko odbywało się w pośpiechu. Kierowca jechał szybko, nawet postój na stacji benzynowej był krótki. Prawdopodobnie śpieszono się, żeby jak najszybciej dojechać do autostrady A4 i nadrobić stracony czas. Być może na określoną godzinę były już umówione wizyty, posiłki i inne punkty programu.

Wiele wskazuje na to, że w najgorszym stanie byli ci pasażerowie, którzy spali. Ich ciała bezwładnie latały po autobusie jak lalki. Kto był świadomy, złapał się fotela i zdołał ochronić przed poważniejszymi obrażeniami. Żaden z pasażerów nie miał zapiętych pasów bezpieczeństwa. Policja nie potwierdziła, czy pojazd był w nie wyposażony, natomiast niektórzy ratownicy zapewniają, że tak.
Jedną dziewczynkę wstępnie uznano za zaginioną. Zakładano, że w szoku oddaliła się z miejsca zdarzenia albo – co gorsze – została przygnieciona wrakiem autokaru. Możliwy też był trzeci scenariusz: nastąpił błąd w liczeniu i dziewczynka została zabrana do szpitala. Na szczęście to właśnie ta wersja się potwierdziła. – Osoby, które były pasażerami autobusu, zostały w pewnym momencie prawidłowo przeliczone i okazało się, że nikt nie zaginął. Pomyłka w liczeniu wynikała z przebiegu akcji i bardzo dużej liczby poszkodowanych. Lekarz, który wystawiał priorytety podczas segregacji, nie zastanawiał się kto jedzie do którego szpitala – powiedział nam mł. bryg. Grzegorz Latusek, rzecznik prasowy Komendanta Miejskiego Państwowej Straży Pożarnej w Przemyślu.
W tym miejscu zaznaczyć trzeba, że akcja przebiegała wyjątkowo sprawnie. W działaniach służb nie było chaosu, wszystko zostało dobrze zorganizowane, a cała sytuacja – mimo ogromu tragedii – była pod kontrolą. Bardzo szybko ściągnięto miejscowego rolnika z ciągnikiem, a samochodem terenowym dojechał właściciel pobliskiej stadniny. Oba pojazdy oświetlały miejsce zdarzenia.
– Gdy przyjechałam na miejsce, akcja już trwała i moje działania w porównaniu z innymi to kropla w morzu – mówi Agata Lalik, strażak z OSP Bircza. – Zobaczyłam jak przeprowadzają kolejne osoby na pobocze, a pani doktor segreguje rannych według ich stanu. Co istotne, ludzie nie panikowali, jedynie prosili, aby ich nie rozłączać – opowiada.
– Wiele osób było bez butów albo tylko w jednym. Byli przestraszeni, kilka dziewczyn płakało. Czekali w grupie, siedzieli nad rowem. Była tam babcia Władysława, która nie chciała, żeby wnuki się rozpraszały. Stale ich pilnowała. Nawet przewóz do szkoły musieliśmy robić wspólnie, czy to rodzinami, czy znajomymi. Trzymali się za ręce. Była też kobieta z dziećmi, ciężej ranna. Lekarz zaproponował jej transport, jednak w tym momencie rozległ się pisk dzieci, które prosiły, żeby ich nie rozdzielać. Nie pomogły nawet tłumaczenia doktora, który mówił biegle po ukraińsku. Strach przez rozłąką był większy – relacjonuje.

– 51 osób zostało przewiezionych do szpitali, z tego 32 osoby trafiły do Przemyśla, 1 do Brzozowa, 3 do Jarosławia, 5 do Ustrzyk Dolnych, 3 do Leska i 7 do Sanoka. Siedem osób wyszło z wypadku bez szwanku, w tym kierowca i jego zmiennik. Osoby, które opuszczają szpital są umieszczane w jednym z przemyskich hoteli – powiedział nam konsul honorowy Ukrainy w Przemyślu Aleksander Baczyk.
Spośród poszkodowanych, 11 to dzieci, jednak stan ich życia nie jest zagrożony. Kilka osób dorosłych jest w stanie ciężkim. Ich obrażenia dotyczą narządów wewnętrznych, kręgosłupa i potłuczeń. Jedna z najciężej rannych kobiet ze złamaniem kręgosłupa trafiła do szpitala w Sanoku, a stamtąd do Mielca.
– W dalszym ciągu w szpitalu wojewódzkim w Przemyślu pozostaje 17 osób, 9 wyjechało na Ukrainę, a 5 zostało zakwaterowanych w jednym z hoteli w Przemyślu. Osoby przebywające na leczeniu w sąsiednich powiatach w ciągu najbliższych dni również sukcesywnie będą opuszczały placówki zdrowia – poinformowała w poniedziałek mł. asp. Marta Fac, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Przemyślu.
Ofiary śmiertelne to dwie kobiety w wieku 30 i 55 lat oraz 31-letni mężczyzna.
Kierowcą autobusu był 42-letni Mykoła Ł. Miał zmiennika, ale to on prowadził pojazd od początku, czyli godz. 15.30 czasu polskiego (16.30 ukraińskiego). Zdaniem śledczych zmęczenie raczej nie było przyczyną wypadku. Mężczyznę zatrzymano w sobotę o 5.28. W niedzielę został przesłuchany i usłyszał zarzut umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, w której zginęło 3 osoby, a wiele doznało ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Według wstępnej opinii biegłego, poruszał się z prędkością 70 – 80 km/h, a w miejscu tym jest ograniczenie do 30 km/h. Grozi mu od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Mężczyzna nie przyznał się do winy. – Podał, że nie zauważył znaku, który ograniczał prędkość do 30 km/h – mówi zastępca prokuratora okręgowego w Przemyślu Barbara Starzecka-Skrzypiec. Mykoła Ł. twierdzi, że jechał ok. 50 – 60 km/h, a w krytycznym momencie próbował zapobiec tragedii, ale zawiodły hamulce. Nie znał tej trasy, kierował się wskazaniami nawigacji samochodowej. – Podejrzany wyraził żal i skruchę – podaje B. Starzecka-Skrzypiec. Na wniosek prokuratury, sąd zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu na 3 miesiące.

Miejsce, w którym doszło do tragedii od lat nazywane jest „zakrętem śmierci”. Nie bez przyczyny. Regularnie dochodzi tam do wypadków. Jeden z najbardziej tragicznych miał miejsce 23 sierpnia 1991 r. Około godz. 4 nad ranem autobus marki Ikarus wypadł z drogi i stoczył się z wysokiej skarpy. Na miejscu zginęło siedem osób, a jedna zmarła w szpitalu. 21 zostało rannych. „Powracający z wycieczki po Polsce radzieccy turyści pochodzący z Chersonia koło Odessy zostali cofnięci z czechosłowackiej granicy i zdecydowali się na przekroczenie granicy w Medyce. Miejsce wypadku – stroma skarpa na przestrzeni kilkunastu metrów pokryta odłamkami szyb, rozprutymi plecakami, torbami, wszędzie pełno krwi” – pisało o tym zdarzeniu Życie Przemyskie.
Poszkodowanym pomagał wtedy kierowca karetki Stanisław Kasprzyk. Nocny dyżur w karetce POZ pełnił także w miniony piątek. Najpierw przewoził rannych do szkoły w Leszczawie Dolnej, a później do szpitala w Przemyślu. – W 1991 roku było dużo gorzej, było więcej ofiar i były gorsze warunki – wspomina. – Teraz jest lepszy sprzęt, ale też lepsze wyszkolenie. O ile w obliczu takiej tragedii, można tak powiedzieć, organizacja akcji ratowniczej bardzo mi się podobała – przyznaje.
– Przy tamtym wypadku był mój tato. Z opowieści wiem, że sceny były podobne. Pamiętam jak opowiadał o poszkodowanej kobiecie, która krzyczała z bólu, aby ją dobić. W tamtym czasie nie było tak rozwiniętego systemu powiadamiania o zdarzeniach, mało osób miało pojęcie o pierwszej pomocy i zachowaniach w sytuacjach zagrożenia życia w tak rozległych zdarzeniach – mówi A. Lalik.
Inna tragedia z udziałem autobusu wydarzyła się w tym miejscu 20 maja 1970 r. Jelcz wiozący na wycieczkę 35 osób z Włodawy (woj. lubelskie) spadł ze skarpy, przeleciał w powietrzu ok. 28 metrów i uderzył z ogromną siłą o ziemię. „Obrażenia odnoszą wszystkie osoby znajdujące się w autobusie, jedna ginie na miejscu, dwie kolejne umierają w szpitalu” – czytamy w kronice przemyskiego pogotowia ratunkowego.
Oprócz tego było wiele zdarzeń z udziałem aut osobowych i ciężarowych. Po tragedii w 1991 r. ustawiono przy zakręcie duży drewniany krzyż. W piątek został on ścięty przez autobus.
Jako pierwsi na miejsce przyjechał zespół pogotowia z Birczy: Dariusz Skotnicki i Rafał Wertepny. – Już jadąc na miejsce, wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z ogromem tragedii, bo ponad 50 osób brało udział w wypadku. Gdy dojechaliśmy, część osób opuściła już wrak i wyszła na ulicę – relacjonuje D. Skotnicki.
– Najpierw spotkaliśmy na drodze 5 osób, ale usłyszeliśmy od nich, żeby jechać na górę, bo tam są ciężej ranni. Wyglądało to tragicznie: autobus do góry kołami i tłum ludzi potrzebujących pomocy. Byli zakrwawieni, płakali. W takiej sytuacji myśli się tylko o tym, żeby jak najwięcej ludzi uratować – mówi R. Wertepny.
– Nasze działania polegały na wstępnej selekcji oraz znalezieniu najbardziej poszkodowanych i zabezpieczeniu ich. Tym, którzy mogli chodzić, kazaliśmy przejść bliżej drogi. Zaraz za nami dojechała jednostka OSP Bircza, potem kolejne – opisuje pan Dariusz. – Pracuję w pogotowiu od ponad 30 lat, brałem udział w różnych zdarzeniach, w których uczestniczyło kilkanaście osób, ale takiego rozmiaru wypadku nie pamiętam – dodaje.
– Jedna dziewczynka była tak wystraszona, że nie chciała wejść do karetki. Bała się, że się przewrócimy i na każdym zakręcie wpadała w histerię, dlatego jechaliśmy bardzo powoli. Pocieszała ją mama i siostra – opowiada pan Rafał.
Rafał Kijanka, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu:
Gdy usłyszałem, co się stało, aż mnie zmroziło, ale na miejscu odetchnąłem, bo zobaczyłem, że wszystkie służby bardzo sprawnie działają. Interesowało mnie przede wszystkim, jak pracują moi ludzie i byłem pod wrażeniem. Widziałem, że wszystko jest pod kontrolą. Jestem pełen podziwu dla pani doktor, która koordynowała akcją od strony medycznej, bo ona musiała organizować wyjazdy wszystkich karetek, decydować, którzy pacjenci jadą pierwsi i być na bieżąco ze stanem pozostałych. Całą sytuację opanowała wzorowo. Również dyspozytorzy mieli poważne wyzwanie, ponieważ musieli zorganizować karetki dla ponad 50 pacjentów, wezwać zespoły z sąsiednich powiatów oraz przyjmować telefony od innych pacjentów. Z tego powodu zadysponowałem trzeciego dyspozytora do pomocy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.O co chodzi? Kierowca podjeżdża do Korczowej. Kolejka. Jedzie do Medyki. Kolejka. Po co dalej jedzie do Krościenka? Żeby w nocy z powrotem jechać do Przemyśla tą nędzną drogą? Przecież z tej góry tak znosi a w dodatku uszy puchną z ciśnienia. Maks 20 km do zakrętu śmierci.
Jechałem wczoraj - dwie duże tablice (około 4m/2m) informujące kierowców o wypadku,pierwsza 600m i druga 150m przed zakrętem .Kierowca dociskał gaz bo wycieczka spędziła prawie cały dzień na granicy a według rozpiski powinni już dojeżdżać do Bratysławy. "Po co dalej jedzie do Krościenka? Żeby w nocy z powrotem jechać do Przemyśla tą nędzną drogą?" Jechał bo kolejki to po pierwsze a wracał dlatego bo chciał się "wbić" na autostradę i nadrobić to co stracił.Plan ambitny a wykonanie niestety tragiczne w skutkach.
całe szczęście w tej tragedii, że się nie zapalił bo ofiar byłoby o wiele więcej, a nadmierna prędkość naprawdę zabija, ale to się tak tylko mówi...
Jaki piękny nekrolog! A jaka była naprawdę przyczyna tego krążenia?
O co chodzi? Kierowca podjeżdża do Korczowej. Kolejka. Jedzie do Medyki. Kolejka. Po co dalej jedzie do Krościenka? Żeby w nocy z powrotem jechać do Przemyśla tą nędzną drogą? Przecież z tej góry tak znosi a w dodatku uszy puchną z ciśnienia. Maks 20 km do zakrętu śmierci.
Jechałem wczoraj - dwie duże tablice (około 4m/2m) informujące kierowców o wypadku,pierwsza 600m i druga 150m przed zakrętem .Kierowca dociskał gaz bo wycieczka spędziła prawie cały dzień na granicy a według rozpiski powinni już dojeżdżać do Bratysławy. "Po co dalej jedzie do Krościenka? Żeby w nocy z powrotem jechać do Przemyśla tą nędzną drogą?" Jechał bo kolejki to po pierwsze a wracał dlatego bo chciał się "wbić" na autostradę i nadrobić to co stracił.Plan ambitny a wykonanie niestety tragiczne w skutkach.
całe szczęście w tej tragedii, że się nie zapalił bo ofiar byłoby o wiele więcej, a nadmierna prędkość naprawdę zabija, ale to się tak tylko mówi...