Największym problemem nie jest sam fakt wielkiego pożaru, który wybuchł na składowisku śmieci w Dużych Grzybowicach pod Lwowem, a to, że pod wysypiskiem znajduje się toksyczne bagno, utworzone z różnych kwasów i paliwa rakietowego. Obecnie nikt nie jest w stanie powiedzieć, jakie odpady tam kiedyś wywożono. Jeśli ogień dotarłby do najniższych podkładów, to toksyczna chmura mogłaby zagrozić nie tylko Przemyślowi, ale całemu Podkarpaciu.
Co prawda – jak zapewniają specjaliści – nie ma co kreślić apokaliptycznych wizji, twierdzić iż to, co dzieje się pod Lwowem, to „drugi Czarnobyl”, ale nie ulega kwestii, że wzmożona czujność polskich służb musi być obowiązkiem, podobnie jak informowanie społeczeństwa o ewentualnych zagrożeniach. Choć jest połowa czerwca br., sprawa wielkiego pożaru wysypiska śmieci pod Lwowem nie zagościła do tej pory na czołówkach gazet czy telewizyjnych informacji.
Pożar na byłym poligonie wojskowym, a obecnie wysypisku w Dużych Grzybowicach pod Lwowem wybuchł[paywall] w sobotę, 28 maja br. Udało się go ugasić dopiero po dwóch dniach. Ale tylko na chwilę. W czasie akcji gaśniczej 30 maja br. zeszła potężna śmieciowa lawina, która zasypała trzech strażaków z Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych i miejscowego ekologa. Zaginął jeden z pracowników służb komunalnych. Pożar wybuchał raz po raz. Co pewien czas strażacy informowali, że opanowali sytuację, po czym ogień rozprzestrzeniał się ponownie. Miejsca, w których się pojawił, były bardzo niebezpieczne – Nie możemy całkowicie ugasić pożaru, ponieważ ogień pojawił się w miejscach trudno dostępnych, zagrożonych kolejnym osunięciem się sterty odpadów. Dlatego na tym etapie naszym zadaniem jest nie dopuścić, aby ogień rozszerzał swoją powierzchnię. Gdzie można gasić pożar, tam walczymy z ogniem. Jednak są bardzo niebezpieczne miejsca i tam nie ryzykujemy z wchodzeniem – wyjaśnił jeden ze strażaków Serhij Dmytrowski. Dodał, że pomiary wskazują, iż temperatura wewnątrz składowiska wynosi ok. 360 stopni Celsjusza.
Problemy z opanowaniem pożaru nie są jedynymi, z którymi muszą się uporać władze. W jego wyniku Lwów tonie w śmieciach, ponieważ nie ma ich gdzie wywozić. Co więcej w związku z zapaleniem się śmieci wydzielają się niebezpieczne gazy. Nad miastem unosi się gęsty dym. W ukraińskich mediach społecznościowych pojawia się coraz więcej wezwań i apeli do opuszczenia miasta. Jak twierdzą niektórzy, sytuacja jest olbrzymim zagrożeniem ekologicznym, nie tylko dla Lwowa i Ukrainy, istnieje bowiem zagrożenie, że toksyczna chmura może dotrzeć nad Polskę. Nadal też nie wiadomo, co było przyczyną pożaru. Mówi się, że nie było to zwykłe niedbalstwo, ale celowe podpalenie.
Największym zmartwieniem jest fakt, że wysypisko powstało na terenie sztucznego jeziora, do którego przed laty zrzucano różne kwasy i paliwa rakietowe. Jeśli ogień dotarłby do najgłębszych warstw wysypiska, mogłaby powstać niebezpieczna radioaktywna chmura dymu, na której wędrówkę wpływ miałby tylko i wyłącznie wiatr... Niektórzy mieszkańcy Lwowa zaczynają panikować, w internecie wzywają do ewakuacji miasta. Nie ulega wątpliwości, że powietrze nad Lwowem zostało już zatrute dymem z wysypiska, nie wiadomo tylko w jakim stopniu.
Mer Lwowa Andrij Sadowyj zwrócił się z apelem do prezydenta i premiera Ukrainy o uznanie 700-tysięcznego miasta, znajdującego się ok. 70 km od granicy z Polską i kilku okolicznych wsi za obszar nadzwyczajnej sytuacji ekologicznej.
3 czerwca br. pobierane zostały próbki powietrza atmosferycznego w miejscowościach położonych w strefie możliwego wpływu składowiska odpadów w miejscowościach: Zbyranka, Grzybowice Wielkie, Malechów oraz Lwów. „(...) Zgodnie z wynikami badań przekroczeń dopuszczalnych stężeń fenolu, formaldehydu, dwutlenku azotu, siarki, dwutlenku węgla i innych szkodliwych substancji nie stwierdzono” – można przeczytać w opublikowanym komunikacie Lwowskiego Regionalnego Centrum Sanepidu. Nie wiadomo, co wodami gruntowymi. Rzeczki i kanały z tych okolic zasilają górny Bug, który płynie w kierunku Polski. Niektórzy mieszkańcy twierdzili, że w rejonie Malechowa w wodzie pojawiły się martwe ryby.
Zarówno w Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska w Rzeszowie, jak i przemyskim magistracie o poważnym problemie 70 km od polskiej granicy niewiele wiedziano. Rzecznik prasowy WIOŚ w Rzeszowie Katarzyna Piskur: – Słyszałam coś o tym pożarze, ale do tej pory nie dotarły do nas żadne interwencje ani sygnały. Słyszałam także o nazywaniu tego pożaru drugim Czarnobylem, ale nie przesadzajmy, nie piszmy apokaliptycznych scenariuszy. Cały czas badamy stan powietrza na Podkarpaciu i wszystko jest w porządku. Jeśli coś groźnego by się działo, to z całą pewnością otrzymalibyśmy stosowny komunikat ze strony ukraińskiej czy straży granicznej. Tak jak to było w przypadku pożaru torfowisk za wschodnią granicą w 2015 roku. Oczywiście, jesteśmy czujni.
Podobnie wypowiada się rzecznik prasowy przemyskiego magistratu Witold Wołczyk. – Do naszego Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego nie wpłynęły do tej pory żadne sygnały o istniejącym lub zbliżającym się zagrożeniu. Trzymamy rękę na pulsie. Codziennie mamy wyniki stanu jakości powietrza w mieście. Jeśli pojawi się jakakolwiek niepokojąca informacja, od razu poinformujemy o tym mieszkańców miasta – zapewnił.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.To wszystko dzieje się już od ponad dwóch tygodni a w tv ani słowa o tym.
DOŚĆ ZE KOLEJKI PO 10 GODZIN TRZEBA STAĆ TO JESZCZE KWAŚNE DESZCZE BĘDĄ
Slava Ukrainum, hue hue hue, nikt tak pięknie nie zatruwa środowiska jak szoszoły.
No pięknie, jeszcze tego brakowało
To wszystko dzieje się już od ponad dwóch tygodni a w tv ani słowa o tym.
DOŚĆ ZE KOLEJKI PO 10 GODZIN TRZEBA STAĆ TO JESZCZE KWAŚNE DESZCZE BĘDĄ