Reklama

Koszmar, który się śni po nocach

13/02/2016 17:00

Stoimy na rampie w Bakończycach, gdzie odbywa się zapalenie zniczy wywiezionym. – Dokładnie z tego miejsca, z tej rampy nas wywieźli – opowiada Bronisław Leonard Klepacki, rocznik 1933.

– Mieszkaliśmy między Łuczycami a Rożubowicami, gdzie ojciec od księżnej Lubomirskiej kupił duże gospodarstwo. Oprócz rodziców w domu było siedmioro dzieci, w tym pięcioro ojca z pierwszego małżeństwa. To było dziesiątego lutego czterdziestego roku. Miałem wtedy osiem lat i wszystko pamiętam. Straszny łomot do drzwi. Ojciec pyta: – Kto tam? – To ja. Wysyl. To był znajomy Ukrainiec, Wysyl, któremu ojciec często pomagał. Ojciec zdążył tylko przekręcić klucz i drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że poleciał na ścianę. To byli enkawudziści. Postawili ojca pod ścianą, jeden wyciągnął[paywall] papier i czyta, że z rozkazu wodza Stalina jesteście deportowani do innej miejscowości. Sanie już stoją. Macie pół godziny na zabranie swoich rzeczy. Na pytanie, dokąd nas zabierają, odpowiedzieli, że dowiemy się później. Wtedy się zaczęło pakowanie. Dobrze, że rodzice nie wpadli w panikę, bo zabrać mogliśmy niewiele. Tylko co trzeba w ostatniej chwili zabrać z dużego gospodarstwa? Co będzie potrzebne do przeżycia takiej dużej rodziny, gdzieś tam w nieznanym miejscu. Później, już będąc dorosłym, nieraz się zastanawiałem, co ja bym wziął w takiej sytuacji. Na przykład wzięliśmy młynek do kawy. Rzecz niby zbędną, ale już na Syberii młynek nas uratował, bo posłużył do mielenia zboża. Mama ponakładała na nas najcieplejsze rzeczy. Chciałem wziąć jakąś zabawkę, ale mama nie pozwoliła, bo już nie było miejsca. Jeszcze nie skończyliśmy się pakować, a Wasyl już szabrował w naszym domu.

W transporcie– Zawieźli nas na rampę w Bakończycach. Tam już stały wagony towarowe. W każdym były piętrowe prycze, na środku stał piecyk zwany kozą, a w podłodze była wyrąbana dziura, która służyła za toaletę. Było też wiadro zamarzniętej wody. W wagonie upchali pięćdziesiąt osób. W tych warunkach spędziliśmy pięć tygodni, bo tyle trwała podróż. W czasie postojów enkawudziści z eskorty wydawali nam kipiatok, czyli gorącą wodę z tendra lokomotywy, po misce czegoś, co trudno nazwać zupą. Wtedy też z wagonów wyrzucali na śnieg ciała zmarłych. Do dziś nie wiadomo, czy ktoś ich pochował i gdzie. W czasie tej podróży zmarła moja dwuletnia siostra i ją też zostawili przy torach. Powoli życie w wagonie zaczęło się organizować. Ojciec miał siekierę, to zbudował zasłonę, żeby odgrodzić dziurę służącą za toaletę. Ludzie dzielili się zapasami żywności, które były wydzielane w niewielkich porcjach, bo nie wiadomo było, jak długo będziemy jechali. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, co wtedy przeżywaliśmy. Kiedy mijaliśmy granicę Polski, w całym transporcie rozległ się niesamowity płacz, bo już wiedzieliśmy, że wiozą nas w głąb Rosji. Tak sobie dzisiaj myślę, że wtedy ratowała nas modlitwa.

Reklama

W tajdze

– Wreszcie pociąg się zatrzymał.  Przeładowali nas na samochody i wywozili w tajgę, dotąd, aż była droga. Na następny dzień przyjechały maleńkie sanie. Nie wszystko dało się na nie załadować, a śnieg był po pas i trudno było coś nieść. Po całym dniu dotarliśmy do niewielkiego „pasiołka” i tam ulokowali nas w barakach, w których kiedyś mieszkali jacyś zesłańcy. Potem przydzieli taki dom, że nasza stodoła była w o wiele lepszym stanie. Pamiętam, że pierwszej nocy zaatakowały nas chmary pluskiew i nim trochę ich się pozbyliśmy, wszyscy byli w czerwonych cętkach po ukąszeniach. Zaczęliśmy sobie organizować życie. Wszyscy musieli pracować przy wyrębie drzewa, nawet dzieci, które zbierały gałęzie. Mieliśmy wyznaczone normy i jeżeli ktoś ich nie wyrobił, nie dostawał jedzenia. Powoli zużywaliśmy swoją odzież. Wtedy nauczyłem się robić łapcie z łyka. Jedynym urozmaiceniem i przyjemnością była bania, do której chodziliśmy całymi rodzinami raz w tygodniu. Bania była w wykopanej ziemiance, gdzie na rozgrzane kamienie lało się wodę. Taki pobyt w bani zabijał wszy, które dosłownie nas oblepiały. Nie wolno nam było się kontaktować z miejscową ludnością, ale mama po kryjomu szła całą noc do sąsiedniego „pasiołka” i wymieniała tam jakieś rzeczy na żywność. Ciężka praca, brak pożywienia i straszne mrozy sprawiały, że ludzie umierali. Ojciec zachorował, nie mógł pracować, a lekarza nie było i po dwóch tygodniach umarł. Matka chciała go pochować. Dostaliśmy skrzynię, która zastąpiła trumnę i poszliśmy parę kilometrów na cmentarz. Dzieci szły przodem i deptały śnieg, żeby sanki mogły dojechać. Na miejscu okazało się, że ziemia była zamarznięta i nie można wykopać grobu. Wtedy grabarz zaproponował, żeby rozkopać grób, w którym przed dwoma dniami kogoś pochowano i tam dokwaterowaliśmy ojca.

Tułaczki ciąg dalszy

W 1942 roku sowieckie władze zezwoliły zesłańcom na osiedlanie się w innych miejscowościach, w których mogli znaleźć pracę. Po porozumieniu z rządem radzieckim zaczęła się formować armia Andersa. Rodzina Klepackich przeniosła się do innej miejscowości, a starszy brat Bronisława zaciągnął się do polskiego wojska. Ponieważ rodziny mogły się ewakuować z armią, Klepaccy dojechali do Kazachstanu, gdzie stacjonowało polskie wojsko. Stamtąd pojechali do Krasnogorska, a następnie statkiem, przez morze Kaspijskie, do Iranu, do Pahlavi. Bronisław popłynął w pierwszym rzucie z sierocińcem. Podczas rejsu towarowym statkiem zmarło bardzo wiele dzieci, których zwłoki po prostu wyrzucano za burtę. Potem dotarła do niego matka z resztą rodziny. Tam zmarł starszy brat, który był w wojsku. Potem była Palestyna, Afryka, Włochy, Austria i w 1947 roku przetrzebiona przez los rodzina Klepackich wróciła do Polski, ale w ich domu mieszkali już inni ludzie. Niestety rygory tygodnika nie pozwalają na szczegółowe opisanie siedmioletniej tułaczki Klepackich, którzy doświadczyli tego, co dziesiątki tysięcy zesłańców, bo żeby to opowiedzieć, potrzebna by była pokaźna książka.

To mi się śni

Kiedy w niedzielę rozmawialiśmy na rampie, Klepacki, patrząc na tory, którymi wywieziono zesłańców, powiedział: – Tego się nie da zapomnieć. Jeszcze czasem śni mi się ta rampa, wagony i cały ten koszmar. Następnie, jak co roku, zapalił znicz i postawił go na rampie, obok innych.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama