„Napis” – francuska komedia Géralda Sibleyrasa z 2003 to historia kłótni między trzema małżeństwami. Pretekstem zamieszania staje się wulgarny napis w windzie. „Napis” – to też opowieść o pozornych związkach, pozornych relacjach, o życiu zakrapianym alkoholem i plotką.
Na dziedzińcu Zamku w Krasiczynie aktorzy Krakowskiej Sceny Klasycznej wcielili się w trzy małżeństwa. Dwa jeszcze młode: przed czterdziestką. Jedno starsze, około sześćdziesiątki.
Akcja komedii rozgrywa się w Paryżu, w wielorodzinnej kamienicy. Bohaterowie nie są krezusami, ale i nie biedakami. Klasa średnia. Pewnego dnia do kamienicy sprowadza się starsze małżeństwo Lebrunów. Odkupili mieszkanie od małżeństwa Holendrów, którzy nieoczekiwanie dla pozostałych lokatorów zdecydowali się na zmianę lokum.
Zaledwie po dwóch tygodniach Lebrun w windzie widzi wyryty napis: Lebrun równa się chuj. Od tego zdarzenia zawiązuje się akcja komedii.
Lebrun rozpoczyna[paywall] prywatne śledztwo. Nie może zrozumieć, dlaczego po tak krótkim czasie ktoś nazywa go tak, jak nazywa. Być może odpowiedź przynosi jedna z pierwszych scen sztuki. Pan Cholley, najmłodszy w zestawieniu małżonek, odziany w hinduistyczne pumpy, obwiązany zwiewnymi szalikami, z burzą dredów na głowie, przy wschodniej muzyce próbuje medytować.
Niestety zza ściany dochodzą odgłosy wiertarki. Po kilku próbach z medytacji nic nie wyszło. Na domiar złego państwu Cholley’om (małżonka również odziana na wschodnią modłę) nie udał się romantyczny wieczór. W chwili, gdy mieli się mocno ku sobie, rozległ się dzwonek u drzwi.
Na scenę wkroczył pan Lebrun z pękiem narzędzi budowlanych u pasa, niczym kowboj z koltami. Mimo ledwo skrywanej niechęci Cholley’ów rozpoczął dopytywać o napis w windzie. Rozmowa ma bardziej charakter przesłuchania niż przyjacielskiej pogawędki.
Panią Lebrun (starsza pani, ubrana elegancko, klasycznie) poznajemy w scenie, gdy w tajemnicy przed mężem prosi panią Cholley, aby jej mąż zamazał albo nazwisko, albo brzydkie słowo. W odpowiedzi pada credo komedii: – My dlatego dobrze żyjemy ze wszystkimi, bo się nigdy nie mieszamy w sprawy innych – odpowiada pani Cholley. Przed końcem rozmowy pani Lebrun z zastanawiającym lękiem ponawia prośbę, aby o tej rozmowie nie wspominać jej mężowi.
Małżeństwo Bouvierów poznajmy, gdy z Cholley’ami obgadują niemiłosiernie Lebruna. Bouvier, pewny siebie czterdziestolatek. Ubrany w kowbojską jaskrawą koszulę, z dużymi kołnierzykami, dżinsy z wyrazistymi szwami w miejscach newralgicznych. Ona – prosto z salonu piękności. Obgadują bliźniego, aż miło.
Wszystko mocno zakrapiane winem, a w zaciszu domowych pieleszy doprawione wódką. Zachowany jest parytet: ostro piją zarówno panowie, jak i panie. Po równo. Na finał: wszyscy spotykają się na proszonym przyjęciu u Lebrunów. Lebrun ubrany w elegancki garnitur zachowywał spokój tak długo, jak długo pozwalał mu na to temperament. Czyli niedługo. Dochodzi do słownej konfrontacji po pytaniu wprost: kto z was wyrył napis?
Kulturalna, kurtuazyjna wymiana zdań szybko zamienia się w ordynarną pyskówkę. Młodzi zostają nazwani głupkami, a pan Lebrun faszystą.
Odmieniane przez wszystkie przypadki: równość, wolność, braterstwo, tolerancja dla młodych małżonków to nic nieznaczące, fasadowe slogany. Chociaż szermują nimi przy byle okazji, bo: są postępowi, nie wypadli z obiegu, sprawnie poruszają się na portalach społecznościowych. Są cool i koniecznie antyklerykalni. Nie przeszkadza im własna powierzchowność wiedzy czerpanej z nagłówków internetowych.
Z kolei kostyczne przywiązanie do tego, co było, zasadniczość, drobiazgowość, dociekliwość pana Lebruna w konsekwencji sprowadza się do emocjonalnego sadyzmu. Na co dzień doświadcza go pani Lebrun. Przyjęcie się nie udało. Autora brzydkiego napisu nie poznajemy.
U Gombrowicza scena zakończyłaby się oczyszczającym mordobiciem. U Géralda Sibleyrasa tolerancyjni z pozoru małżonkowie wychodzą na święto dzielnicy, przy okazji niszcząc małżeństwo Lebrenów. – Jeżeli pójdziesz z nimi, odejdę od ciebie – mówi pan Lebrun.
– Przecież to tylko święto dzielnicy, radosne święto chleba – broni się pani Lebrun. – Czy wiesz, że to oni w pewnym sensie zabili małżeństwo Holendrów. Nie wytrzymali presji dopasowania się do takich Cholley’ów i Bouvierów – broni się pan Lebrun. Żona wychodzi.
Śmiać się nie chce
„Napis” Sibleyrasa z definicji to komedia. Sporo w niej humoru słownego, ale po finale śmiać się nie chce. Dramat trzech małżeństw w znacznym stopniu rozgrywa się na poziomie słów: konwencjonalnych, pustych, powierzchownych, małpowanych z internetu. Konwenans ma ukryć smutną prawdę o ich życiu, braku szczerości w relacjach z sobą i innymi. Wszyscy zapijają swoje pozorne szczęście alkoholem.
Lewicowość Cholley’ów i Bouvierów i konserwatyzm Lebruna są karykaturalne. Śmieszne. Nie ma pozytywnego bohatera. Młodzi małżonkowie są niestety głupkami, a pan Lebrun ma wszelkie zadatki na faszystę. W najlepszym razie na fanatycznego doktrynera.
Scenografia ascetyczna, stół, krzesła. Taka gra aktorów, skoncentrowana na słowie. Kapitalne nagłośnienie. Kapitalny klimat Zamku w Krasiczynie, świetlne iluminacje i rozgwieżdżone, sierpniowe niebo dopełniły całości.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz
pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz pasmiz