Ma niespożytą energię i wewnętrzne przekonanie, że porażka to konieczny etap w drodze do sukcesu, wyzwalajęcy jeszcze większą chęć do działania. Z krasiczynianką Zofią Zwolińską, stojącą za sukcesem „Tęczowych Przedszkoli”, rozmawiamy o blaskach i cieniach prowadzenia placówek stworzonych z myślą o maluchach, spełnieniu, jakie daje praca z dziećmi i dla dzieci oraz o tym, dlaczego warto znaleźć w swoim życiu przestrzeń na pomaganie drugiemu człowiekowi.

Ile lat stoi Pani za sterami „Tęczowych Przedszkoli” w regionie i ile już ich jest?
– Wszystko zaczęło się od „Tęczowego Przedszkola” w Przemyślu, które stworzyłyśmy i nadal tworzymy z moją wspólniczką. Ma już 25 lat i jest pierwszym prywatnym przedszkolem, jakie powstało na mapie miasta. Dodatkowo prowadzę także „Tęczowe Przedszkola” w Dubiecku, Krasiczynie i Harcie w gminie Dynów. W pierwszym dwóch miejscowościach, oprócz przedszkoli, również żłobki. Pod opieką mam więc sporą gromadkę maluchów.
Mały człowiek to chyba wymagający klient, jego rodzic zapewne też. Pani nie przestraszyła się wyzwania...
– Nie, tym bardziej że swoją działalność prywatną zaczęłam już w latach 90. Wówczas jeszcze nikt nie miał bladego pojęcia o tym, co to jest szkolnictwo niepubliczne. Można powiedzieć, że przecierałam szlaki.
Skąd pomysł na działalność adresowaną do dzieci i pracę z dziećmi? To było marzenie młodej dziewczyny czy może kontynuacja jakiejś rodzinnej tradycji?
– Odkąd pamiętam, zawsze chodziłam z dziennikiem pod pachą, za który służył mi zeszyt czy skoroszyt mojego taty. Już jako małe dziecko uwielbiałam się bawić w szkołę. Od zawsze marzyłam o tym, by zostać nauczycielką. Już na etapie ogólniaka, a kończyłam I Liceum Ogólnokształcące w Przemyślu, zdradzałam cechy przywódcze. Uwielbiałam działać na własną rękę i tak mi zostało do dziś. Jako że skończyłam edukację wczesnoszkolną i z wykształcenia jestem pedagogiem, otarłam się o pracę w szkole i w przedszkolu. Ale czegoś mi tam brakowało. Szkolnictwo wymuszało na mnie wejście w pewne utarte schematy, a ja chciałam poza nie wyjść. Razem z koleżanką zdecydowałam się więc założyć prywatną zerówkę przy przemyskiej „szestnastce”. Od niej się zaczęło. Potem prowadziłyśmy prywatną szkołę podstawową imienia J. Korczaka, zmieniając po drodze jej siedzibę. Niesprzyjające okoliczności sprawiły, że w którymś momencie musiałyśmy jednak podjąć decyzję o likwidacji placówki.
I wtedy narodził się pomysł otwarcia prywatnego przedszkola na Kmieciach... Nie zraziła się Pani niepowodzeniem, tylko od razu podjęła nowe wyzwanie. Nie bała się Pani konkurencji? Przedszkola w mieście przecież już były...
– Mnie każde niepowodzenie jeszcze bardziej motywuje do działania. Zawsze sobie powtarzam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Padł pomysł na prywatne przedszkole i okazał się strzałem w dziesiątkę. Na samym początku mięliśmy pod opieką około 150 dzieci. Najwyraźniej nasza oferta była odpowiedzią na społeczne oczekiwania. Nasze przedszkole miało być dla dzieciaków drugim domem, w którym się dobrze czują. I takie miejsce udało się stworzyć. A konkurencja zawsze jest dla mnie mobilizująca.
Miejsca tworzą ludzie. Za ich sukcesem stoją konkretne osoby. Czym się Pani kieruje, dobierając personel do swoich placówek?
– Jakoś tak się dzieje, że przyciągam fantastycznych ludzi. Udaje mi się trafiać na osoby o wielkich sercach, które chcą współtworzyć te miejsca, działać i które przede wszystkim kochają dzieci. Zawsze wychodzę też z założenia, że otwierając nową placówkę, powinnam zatrudnić ludzi z jej terenu. I tak robię. Oni najlepiej znają lokalne potrzeby, a ja staram się znajdować na nie odpowiedź.
Czy musiała Pani podporządkować swoje życie prywatne wyzwaniom zawodowym?
– Wybrałam w życiu całkowitą wolność. Tak się chyba miało stać, bo zawsze czułam, że mam coś do zrobienia dla innych i w tej roli doskonale się odnajduję. Nie mam własnych dzieci, ale oddałam się całym sercem moim przedszkolnym dzieciom i to, co robię, robię z sercem i miłością. Zresztą moi dorośli już wychowankowie przyprowadzają teraz do przedszkola swoje dzieci, co jest dla mnie szalenie miłe i jest jednocześnie informacją, że było im tutaj dobrze.
A wyobraża Pani sobie prowadzenie zupełnie innego biznesu?
– Nie, tego sobie akurat nie wyobrażam. Chcę robić to, co kocham. To daje mi ogromną radość i spełnienie. Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia.
Praca w środowisku najmłodszych zapewne wymaga codziennej świeżej energii, uśmiechu... Skąd się je czerpie?
– Mam zasadę, że jeśli coś mnie trapi, zostawiam to w domu. Do dzieci, do moich dziewczyn staram się zawsze wychodzić z uśmiechem, dobrym humorem. To ułatwia wiele rzeczy.
Co było, czy może nadal jest, dla Pani – jako kobiety – najtrudniejsze w zarządzaniu ludźmi i prowadzeniu biznesu? A może kobietom odnalezienie się na takiej ścieżce, jaką Pani sobie wybrała, przychodzi łatwiej, bo są bardziej empatyczne niż mężczyźni?
– Jeśli chodzi o stosunki zawodowe, obracam się niemal głównie w damskim gronie, bo w edukacji przedszkolnej faktycznie pracują przeważnie kobiety. O „panach przedszkolankach” słyszałam, ale u siebie żadnego jeszcze nie miałam, choć aktualnie jest u mnie jeden praktykant, który kształci się w zawodzie opiekuna dziecięcego. Także wszystko przede mną. Natomiast w środowisku kobiecym czuję się bardzo dobrze. Często z moją załogą rozumiemy się bez słów. Tworzymy jedną drużynę i oczekuję, że wszystkie będziemy strzelały do jednej bramki.
Mówi się, że dzieci wyczuwają emocje, które dla dorosłych bywają nie do wykrycia. Że są najlepszym testerem na autentyczność drugiego człowieka. Zgodzi się z tym Pani?
– Jak najbardziej. Dziecko doskonale wyczuwa emocje dorosłych. Dlatego zawsze powtarzam swojej załodze, że w pracy trzeba być naładowanym pozytywną energią. Złe emocje, stres, który w sobie nosimy, momentalnie przekłada się na dzieci i ich zachowania.
Jest Pani bardzo zajętą osobą, a mimo to znajduje w swoim życiu przestrzeń na działalność pomocową, chętnie włączając się w różne charytatywne inicjatywy. Co to Pani daje?
– Zaczęło się od Milenki z Tarnawiec, która czekała na przeszczep płuc. Postanowiłam razem z moimi dziewczynami wesprzeć jej rodziców w zbiórce pieniędzy. Potem wspierałyśmy jej brata, który cierpiał na nowotwór. To była, niestety, przegrana walka. Kolejna była nasza wychowanka, Lenka, która walczy z mukowiscydozą. Dla niej też co roku robimy jakąś akcję pomocową. Świetnie nam się układa w tym względzie współpraca z Przemyskimi Sercami. To panowie z wielkimi serduchami. W tym roku smażyliśmy pączki dla Oli z Przemyśla, wymagającej operacji stóp. Sukcesy związane z tą działalnością są dają mi niesamowitą radość. Zresztą bardzo lubię takie działania. Od zawsze byłam wyczulona na ludzką krzywdę, a jeśli ta krzywda dzieje się dziecku, to nie sposób przejść obok niej obojętnie. To mobilizuje człowieka do działania.
Nie ma Pani nigdy myśli typu: jestem zmęczona, mam za dużo na głowie?
– Szczerze, nie. Zresztą nie umiem za długo siedzieć w miejscu i sama szukam sobie aktywności. Adrenalina musi być u mnie cały czas na określonym poziomie. Tak już mam i tak najlepiej funkcjonuję. Oczywiście staram się też robić coś dla siebie. Zaczęłam jakiś czas temu treningi, by nie zaniedbać aktywności fizycznej, czasem poczytam dobrą książkę. A kiedy robię sobie przerwę od pracy, na przykład wyjeżdżając gdzieś, już na wyjeździe myślę o tym, jak będzie fajnie, kiedy wrócę i rzucę się w wir obowiązków. Chyba włączył mi się pracoholizm (śmiech). Praca jest moim życiem i przeniknęła też moją sferę osobistą.
Czy prowadzenie przedszkoli to ciężki kawałek chleba?
– To może być piękna przygoda, jeśli kochamy pracę z dziećmi. Natomiast samo stworzenie takiego miejsca to spore wyzwanie. Potrzeba na to funduszy i dużej cierpliwości, która się przydaje w kontaktach z urzędami i załatwianiu spraw papierkowych.
Co by Pani doradziła młodym osobom, które planują biznes związany z edukacją i dziećmi? Czy można na naszym lokalnym poletku znaleźć jeszcze przestrzeń dla siebie?
– Według mnie każdy młody człowiek powinien się oddać rozwijaniu swoich pasji. Zwykle czuje się, do czego jest się powołanym. Warto zmierzać w tym kierunku. Jeśli jest to edukacja, pięknie. Wciąż chyba jest jeszcze w Przemyślu przestrzeń do stworzenia fajnej niepublicznej szkoły artystycznej.
Jak Pani myśli, co mogłoby zatrzymać młodych w mieście? Bo trendy są niestety odwrotne, młodzi nie widzą tu dla siebie perspektyw i uciekają do większych ośrodków.
– Myślę, że każde miejsce jest dobre do rozwoju, pod warunkiem, że tego chcemy. Wyjechać za granicę i pracować u kogoś zawsze możemy. Ale uważam, że mamy wielu fantastycznych młodych ludzi, którzy mogliby zrobić wiele dobrego dla siebie i lokalnej społeczności, gdyby tylko zechcieli tu zostać. Mogliby być naprawdę szczęśliwi. Bo tak naprawdę największą radość mamy wtedy, kiedy robimy coś u siebie, na lokalnym podwórku. Wtedy czujemy się jak w domu. Mnie się to sprawdziło, choć był czas, że miałam ochotę wyjechać do Stanów. Zostałam, tu rozwinęłam skrzydła i absolutnie tego nie żałuję.
Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze