Dzisiaj zacznę od historii, a konkretnie od Lwowa z lat trzydziestych. Ponoć właśnie tam funkcjonowała najsłynniejsza w Europie szkoła kieszonkowców, zwanych w złodziejskim slangu doliniarzami.
Legendy mówią, że aby zostać mistrzem, trzeba było zdać egzamin przed komisją złożoną ze złodziejskiej starszyzny. Adept musiał się stawić w nienagannym stroju i wykazać manierami obowiązującymi na salonach, ale to jeszcze nic. Żeby wykazać się kunsztem, musiał wyciągnąć portfel z wewnętrznej kieszeni marynarki, w którą ubrany był krawiecki manekin, obwieszony dzwonkami i dzwoneczkami. Przewodniczący komisji zakładał cwikier i uważnie patrzył, a pozostali członkowie nasłuchiwali. Nic dziwnego, że ten, kto zdał egzamin, mógł jechać do Paryża, żeby rosyjskim hrabiankom kraść diamentowe kolie. No i komu to przeszkadzało? Wreszcie przed świętami wielkanocnymi Janusz zaproponował młodemu wspólną robotę. Mieli trochę się pokręcić po ruskim bazarze. Młody miał się sprawdzić w roli krawca, czyli miał okradać jeleni (w gwarze kieszonkowców szyć), a Janusz miał od niego odbierać fanty. Przedświąteczny rozgardiasz sprzyjał takiej robocie, ale widocznie czegoś nie dograli. Uczeń trochę na bezczelnego sięgnął do torby jakiejś Ukrainki i wyciągnął saszetkę. Wiedział, że miał jak najszybciej oddać łup Januszowi, ale ten zapodział się gdzieś w tłumie. Tymczasem okradziona kobieta podniosła larum i znaleźli się świadkowie, którzy widzieli, że młody kręcił się koło niej. Akurat w momencie, kiedy młody znalazł Janusza i przekazał mu saszetkę, ktoś go rozpoznał i obaj zostali zatrzymani przez kilku mężczyzn. Potem przyjechała policja i prawdopodobnie Janusz na tym zakończył rolę mistrza.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze