Niewielu wie, że w centrum Jarosławia, w uliczce prowadzącej do opactwa benedyktynek działa jedna z najstarszych winnic w mieście. Od blisko 20 lat wraz z rodziną prowadzi ją Jerzy Stecki. Jego opowieść o tym, jak elektronik sprzedający oprogramowanie stał się winiarzem, jest pełna pasji, słuchało jej się wybornie.

fot.Bartłomiej Pacek
Historia winnicy Jerzego Steckiego urzeka... o tym, czy równie urzekający jest smak jego win, można się przekonać w sklepiku na Benedyktyńskiej.

fot.Winnica Rodziny Steckich
Burgundia? Nadrenia? Nie to podpruchnicka uprawa rodziny Steckich.
Winiarnia Rodziny Steckich swoje miejsce na mapie Jarosławia formalnie zajmuje przy ulicy Pełkińskiej, ale sklepik, w którym można zakupić jej przednie produkty, ma wejście od Benedyktyńskiej. Pomieszczenie jest skromne, ale już od progu emanuje specyficzną atmosferą innego świata. Świata rządzonego cyklem pogody, dającą ukojenie, a także wiele satysfakcji z pasji i ciężkiej pracy, która spina wszystkie elementy powstawania wina. W podróż po nim zabiera nas właściciel Jerzy Stecki, który w pewnym momencie rzucił dotychczasowe życie, kupił poletko pod Pruchnikiem i poświecił się uprawie i przetwarzaniu winorośli.
Jak zostaje się winiarzem?
– Ja jestem z wykształcenie elektronikiem. Miałem firmę informatyczną sprzedającą oprogramowanie. Miałem przedstawicieli w całej Polsce . Ale ta praca mnie wykańczała. Lekarz powiedział: „chłopie albo siądziesz na czterech literach i się uspokoisz albo…”. Poszukałem więc czegoś innego. Pierwsze krzewy zasadziłem w okolicach Rynku. Jeszcze jako chłopak zajmowałem się produkcją wina (śmiech). Każdy z jakichś owoców próbował... ale później poczytałem, skosztowałem i spotkałem się z ludźmi, którzy robili to profesjonalnie. Wsiadłem do tego pociągu[paywall]. Były programy pomocowe z urzędu marszałkowskiego, cykl szkoleń, w ramach których wyjeżdżaliśmy na szkolenia, na zagraniczne wizyty, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście powinno wyglądać.
Znajomi nie pukali się w głowę, pytając „w co ty się pakujesz”?
– Znajomi to bajka. Rolnicy, jak przyjechałem sadzić pierwsze krzewy na polu pod Pruchnikiem, patrzyli z niedowierzaniem. No przyjechał z miasta gość, który nie zna się na niczym i coś tam usiłuje udowodnić, sadzi jakieś patyki, sadzonki, ale co z tego ma wyrosnąć, to już nie wiedział nikt. Potem się śmiali, przychodzili „doglądać”. Później było zaciekawienie: „O! coś z tego jest”. Jeszcze później przeżyłem okres kradzieży, niszczenia tego. Ludzie wyrywali sadzonki, bo też chcieli mieć, ale już chyba bez pomysłu „po co”, bez świadomości „jak”. Było zresztą sporo takich zabawnych sytuacji, ale mam swoje klapki na oczach i od 2002 robię swoje.
Wspomniał Pan o lekarskim nakazie przystopowania. Prowadzenie winnicy to praca, która uspokaja?
– Zawsze jest obawa, że zbiory nie wyjdą. Jest powiedzenie, że rolnik śpi, a w polu mu rośnie. To nie jest prawda. Pogoda weryfikuje wszystkie plany, jeśli jest wszystko na czas zrobione, dopilnowane, to jest i spokój. Pewien. Bo zaraz człowiek myśli, co będzie, jak tej pogody nie będzie. Zajmuję się tym już 18. rok i nigdy nie było takiego samego roku pod względem pogody. Zawsze jest coś nowego, a my się cały czas uczymy i jeszcze nie jesteśmy dobrze przygotowani na wszystkie tego typu niespodzianki.
A skąd Pan wiedział jak się do tego wszystkiego zabrać?
– Od samego początku działam w stowarzyszeniu Winiarze Podkarpacia i jako grupa jeździliśmy po winnicach zagranicznych. W Boguchwale organizowaliśmy też szkolenia, gdzie zapraszaliśmy znanych, cenionych winiarzy z całej Europy. Oni przekazywali nam sporo wiedzy. Do tego dochodzi praktyka i ciągłe doskonalenie, szukanie czegoś nowego, w internecie, czasopismach, książkach. Cały czas człowiek czegoś się uczy.
Pańskie ściany zdobi cała galeria dyplomów, certyfikatów, Pańskie wina zdobywały laury w wielu konkursach – to jest wyznacznik sukcesu?
–Produkuje konkretny produkt i ocenę zostawiam konsumentom. Oni weryfikują, czy coś jest dobrze, czy źle. Dla mnie najcenniejsze jest, gdy ktoś do mnie wraca bo wino, które u mnie dostał i mu smakowało. Widzi tu pan na ścianach trochę tych dyplomów czy certyfikatów, ale to jest rzecz kontrolna. Fachowcy, sommelierzy, degustatorzy kosztują wina i jeśli je nagradzają, to jest to potwierdzenie, że w tym roku to wino jest dobre. I to mi wystarcza… że wino jest dobre.
Gdzieś wyczytałem, że sam tworzy Pan etykiety swoich win.
– Dawniej tworzyłem, teraz już tylko projektuję, a wykonawstwo jest profesjonalne.
Poprzednie pytanie było tak naprawdę wstępem do tego właściwego, bo to projektowanie etykiet zdradza pańskie artystyczne ciągoty… Zapytam więc, winiarstwo to rzemiosło czy sztuka?
– Jest i tym i tym. Jesteśmy artystami, bo tworzymy z owoców coś co jest produktem trwałym, zdrowym i cieszącym ludzi. Z drugiej strony jest proces technologiczny, w który trzeba utrzymać pewien reżim. Nie ma takiej możliwości, by zrobić takie samo wino rok po roku z tej samej odmiany winogron. Na to wpływa pogoda, cykle technologiczne, jakość zebranych owoców, nawet jakieś nieobecności w pracy, że coś się przeciągnie, coś zrobi się nie na czas i już jest inne wino. Nawet przy tych samych odmianach, pochodzących z sąsiadujących ze sobą działek, wina od dwóch różnych winiarzy wychodzą zupełnie różne. Dlatego winiarstwo jest tak fascynującym zajęciem.

Proces tworzenia dobrego wina to ścisłe trzymanie się receptury czy może raczej konieczna jest nuta szaleństwa, jakiejś odwagi odkrywcy i eksperymentatora?
– Receptura to rzecz umowna. Nie ma czegoś takiego jak receptura na gotowy wyrób. Wszystko jest właściwie w rękach i w głowie winiarza. Czasem jest tak, że z jednej odmiany wychodzi bardzo dobre wino, a czasami jest tak, że to wino trzeba zmieszać z dwoma trzema czy czterema odmianami czyli skupażować i to się odbywa na zasadzie prób i błędów. Winiarz bierze wino, miesza w określonej proporcji z innym i to on ocenia, czy w efekcie powstanie takie wino, jakie by chciał, żeby ono było, czy coś innego.
Podkarpacie to dobre miejsce do produkcji wina?
– Podkarpacie jest porównywane do górskich rejonów Styrii w Austrii i jest potencjał bardziej na wina białe niż czerwone, aczkolwiek i u nas powstają wspaniałe wina czerwone. Potencjał jest, ale wszystko, powtórzę raz jeszcze, zależy od roku. Najważniejsze jest rozpoczęcie wegetacji i jej koniec. Rozpoczęcie wiąże się z zimnymi ogrodnikami. Pierwsze pędy winorośl wypuszcza jeszcze przed zimnymi ogrodnikami i jeżeli trafi na zimnych ogrodników to ta wegetacja jest o dwa tygodnie opóźniona. Drugą datą jest koniec wegetacji. Czasem jesień jest szybko zimna, a czasem długo ciepła i słoneczna. Im dłuższy jest okres pomiędzy tymi dwoma punktami, tym większa szansa na uzyskanie dobrego winogrona, a później dobrego wina. Gleby są różne, ale z przewagą gleb gliniastych. Nie jest ona najlepsza dla winorośli, ale jeżeli się o nią dba, dobrze nawozi to i tu ma się ona dobrze. Winorośl potrafi rosnąć nawet na glebach skalistych.
Jak wygląda codzienna działalność Winnicy Rodziny Steckich?
– Oferuję jeden produkt: wino gronowe. Jest to cały przekrój i palet roczników. W sumie mam 12 – 13 rodzajów różnych odmian. Są to wina przede wszystkim wytrawne i półwytrawne, ze względu na klimat słodkich win nie robimy. Dosładzać, „uszlachetniać” nam ich nie wolno. Oczywiście oferujemy też usługi entoturystyki. Można w winnicy zorganizować degustacje, połączyć z lokalnym jedzeniem typu pieczywo, sery lokalne, co bardzo dobrze się komponuje z degustacją wina. Choć oczywiście nasi turyści mogą zamówić sobie gorący kociołek czy nawet tradycyjny grill. Takie grupy przyjmujemy po uprzednim umówieniu telefonicznym. Ponadto uczestniczymy w Szlaku Karpackich Winnic oraz istniejemy w Szlaku Historycznych Receptur.
Jeden z najbardziej doświadczonych jarosławskich winiarzy ma marzenia?
– Nie liczę, że moje pokolenie będzie tym pokoleniem winiarskim, ale mam nadzieję, że pokolenie moich dzieci będzie już na wyższym poziomie edukacyjnym. Byłem kiedyś świadkiem w Niemczech przekazania przez starego winiarza jego synowi wszystkiego tego, czego się dorobił. Miał potężną winiarnię, domową, rodzinną. Nie jakiś zakład przemysłowy z lśniącymi kadziami, ale przedsiębiorstwo z duszą, z sercem. Ten jego syn miał wątpliwości, jakieś inne wykształcenie, jakieś swoje plany. Trzeciego dnia naszego pobytu tam syn powiedział: „tak tato, biorę to od ciebie”, a ten stary winiarz się cały rozpłynął, zastawił stół tym co miał najlepszego, Niemiec w stylu „ordnung muss sein” ugościł nas ze słowiańską fantazją. I mając ten obrazek w sercu, chciałbym, żeby to następne pokolenie pociągnęło winiarnię gdzieś dalej...Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze