– Jak to jest z tym stanem wyjątkowym? – zagadnął mnie pewien jegomość. Ponieważ nie darzę go zbytnią sympatią, poradziłem, żeby pooglądał telewizję. Pod koniec sierpnia świat usłyszał o Usnarzu Górnym, wiosce w gminie Szudziałowo, w której mieszka niecałe 100 osób. Tam od ponad trzech tygodni, tuż przy zewnętrznej granicy Unii, koczuje kilkudziesięciu imigrantów z Iraku i Afganistanu, których Łukaszenko próbował podrzucić nam w ramach „wojny hybrydowej”.
Nieszczęśnicy utknęli w krzakach i nie mogą ruszyć się ani w tę stronę, ani w tamtą.
Na początku pilnowały tego służby graniczne obu państw, ale na miejsce szybko dotarli aktywiści różnych organizacji i politycy. Wtedy się zaczęło.
Obrońcy praw człowieka próbowali dostarczyć imigrantom żywność, ale uniemożliwiała im to Straż Graniczna, powołując się na przepis zabraniający przekraczania granicy. Kiedy aktywiści próbowali się skontaktować z koczującymi w krzakach za pomocą megafonów, funkcjonariusze zagłuszali te próby, odpalając silniki i włączając syreny.
Potem przybyli politycy opozycji. Jeden, biegnąc slalomem, próbował nawet przechytrzyć funkcjonariuszy. Wtedy na pomoc pogranicznikom przyjechało wojsko i policja. Zaczęto stawiać płot z drutu żyletkowego, którego sama nazwa działa mrożąco. To nie mogło ujść uwagi mediów i aparaty oraz kamery rejestrowały wszystko, co się działo. Wtedy służby zasłoniły widok ustawionymi gęsto pojazdami służbowymi. W odpowiedzi fotoreporterzy założyli jeszcze dłuższe obiektywy, a świat patrzył.
W końcu wyczerpała się cierpliwość rządu i na terenie przygranicznym wprowadzono stan wyjątkowy. Niby zabrzmiało poważnie, ale o tym fakcie poinformował jedynie rzecznik prezydenta RP, bo głowa państwa była wtedy zajęta oglądaniem meczu piłkarskiego. Również wicepremier ds. bezpieczeństwa opuścił sejmowe obrady dotyczące stanu wyjątkowego (widocznie też uznał, że to nic ważnego).
Zatem o co w tym wszystkim chodzi?
Podejrzewam, że rządzącym najbardziej zależało, żeby świat się nie dowiedział o ich bezradności i braku pomysłu na rozwiązanie konfliktu. Dlatego w przepisach stanu wyjątkowego znalazł się zakaz utrwalania za pomocą środków technicznych wyglądu lub innych cech określonych miejsc, obiektów lub obszarów na terenie objętym stanem wyjątkowym.
Teraz już żaden dziennikarz nie pokaże, co tam się dzieje. Po prostu – oczy nie widzą, serce nie boli.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze