Na zboczu wzgórza, które wznosi się nad Gruszową, tam gdzie do szosy dochodzi papieski szlak, stoi stara, ale świeżo wybielona kapliczka. Obok wiekowa lipa, jak ta rosnąca w pobliżu domu Jana Kochanowskiego, zaprasza pod swe dające cień liście pielgrzymów i turystów, którzy chętnie wybierają to miejsce na odpoczynek. Stąd rozciąga się rozległy widok na wioskę w dolinie i dalej, aż po horyzont, na którym lśnią wieże klasztoru w Kalwarii. Przez cały maj, każdego dnia, wczesnym popołudniem pod kapliczką spotkać można było panią Adelę.

fot.Jacek Szwic
– Od zawsze czytam „Życie” – mówi pani Adela.
– Chociaż już nie mam zdrowia, przychodzę tu codziennie się pomodlić do Matki Boskiej. Ja stąd jestem. O tam widać bocianie gniazdo, a trochę dalej jest mój dom – pokazuje na wioskę ukrytą wśród zieleni. – Niedaleko mam, jak jest sucho, to idę przez łąkę, a kiedy pada, to muszę gościńcem. Wstąpcie do mnie – zaprasza.
Adela mieszka samotnie w małym murowanym domku. Chwali się, że postawiła go sama.
– Rodzina daleko, trochę w Przemyślu, trochę na Śląsku, a ja tu sama. Tylko czasem przychodził do mnie znajomy z domu opieki w Huwnikach, ale ostatnio nie przychodzi, bo gdzieś wyjechał. Jedenastego lipca kończę osiemdziesiąt pięć lat, ale jeszcze czytam bez okularów – i żeby to udowodnić, rozkłada na stole ostatni numer „Życia Podkarpackiego” i zaczyna głośno czytać wybrany fragment tekstu.
– „Życie” mogę czytać, bo ma duży druk, ale do „Angory” to już muszę zakładać okulary. Bardzo lubię czytać, choć skończyłam tylko dwie klasy. Wtedy były ciężkie czasy, siedmioro rodzeństwa nas było, a ja najstarsza. Musiałam się domem zajmować i nie było czasu na naukę.

fot.Jacek Szwic
Urokliwa kapliczka niedaleko Gruszowej.
– Potem wypadek miałam. Pięćdziesiąt lat temu pracowałam w spółdzielni rolniczej w Koniuszej. Robiłam przy maszynie i na chwilę weszłam na przyczepę, żeby słomę poukładać. Traktorzysta nie zauważył tego i ruszył, a ja spadłam na głowę i uszkodziłam sobie kręgi szyjne. Co ja się nachorowałam... Operacje, miesiącami leżałam na wyciągu, potem miesiącami w gipsie. Dzisiaj, dzięki Bogu, jakoś mogę się ruszać, ale cały czas muszę nosić kołnierz ortopedyczny. W domu wszystko sama zrobię, tylko do żadnej cięższej pracy się nie nadaję. Do kościoła w Kalwarii podwożą mnie znajomi, a jeszcze parę lat temu sama na odpusty chodziłam – mówi pani Adela.
Widząc, że zainteresowałem się tytułem gazety, wyjaśnia, że „Życie Podkarpackie” czyta od zawsze.
– Mam dużo wolnego czasu, to wsiadam w autobus i jadę do Przemyśla. Zawsze jakieś zakupy zrobię, a „Życie” kupuję w jednym kiosku niedaleko apteki. Czytam wszystko, bo wszystko mnie ciekawi, tylko krzyżówek nie czytam i o sporcie, bo tym się nie interesuję. Czasem, gdy wracam, to już w autobusie zaczynam czytać. Tego numeru jeszcze do końca nie doczytałam, bo zostawiłam sobie trochę na później – kończy i składa gazetę.
P.S
Mając możliwość, życzymy pani Adeli stu lat w dotychczasowej kondycji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.przeciez kiedys bylo zycie przemyskie a nie podkarpackie....
Tam gdzie wrony i bociany zawracają też życie dociera dobry przekaz
Kobieta pracowita, znam osobiście ????????????????
Dobra kobieta i dobrze, że ktoś się zainteresował. Mieszka we wspaniałej Gruszowej na Pogórzu Przemyskim i jest jedną z ostatnich "starszych" z tej okolicy.
podkarpackie czy przemyskie ? bo to nie to samo .,
podkarpackie dla partii, a przemyskie dla nas. tyle i tylko tyle. amen.
Nie chcę w żadnym wypadku umniejszać tej Pani, ale tego typu czytelnicy po 2 klasach podstawówki, z peryferii powiatu przemyskiego to od kilku lat wasz jedyny target redakcjo ŻP.
"niestety" jesteś denny , po ilu klasach?
A człowiek po 2 klasach, to nie człowiek? Takie były czasy!
przeciez kiedys bylo zycie przemyskie a nie podkarpackie....
Tam gdzie wrony i bociany zawracają też życie dociera dobry przekaz
Kobieta pracowita, znam osobiście ????????????????