Zespoły śpiewacze w gminie Zarzecze to fenomen – jest ich 4, choć w sąsiednich gminach nie wszędzie udaje się sformować choć jeden. Napędza ich muzyczna pasja, są też strażnikami lokalnej kultury – być może ostatnimi, bo następców na horyzoncie brak. Z zespołami z Rożniatowa, Maćkówki i Kisielowa rozmawiamy o przeworskim folklorze, codzienności zespołów śpiewaczych i lokalnych tradycjach.
Z piątką członków zespołów śpiewaczych z trenu gminy Zarzecze spotykam się w pałacu i niemal natychmiast za sprawą ich muzycznej pasji przenoszę się w niezwykły świat ludowej tradycji. Snują opowieść przeplataną przywołanymi na gorąco ludowymi przyśpiewkami, sporami o ich melodię, brzmienie słów, rozważaniami o ich źródle. I na początek te źródła interesują mnie najbardziej. Jak się okazuje, największym zasobem jest pamięć. Przypominają sobie piosenki dzieciństwa śpiewane przez rodziców, dalszych krewnych, sąsiadów. Przypominają sobie po linijce, po zwrotce, czasem jedna osoba zaintonuje melodię – urwie – druga dokończy. Są w ich pamięci ludzie instytucje. – Był taki Szklarz, szewcem był. On tak pięknie śpiewał – wspomina Janina Łowicka, kierownik Zespołu Śpiewaczego w Kisielowie. – Jak słyszałam, że on coś śpiewa, to podchodziłam i słuchałam, a że nigdy mi dużo nie trzeba było, to zaraz gdzie indziej tę piosenkę powtarzałam – dodaje. Z prawdziwym podziwem wspominają też Helenę Kasperską, śpiewaczkę z Zespołu w Rożniatowie. – Ileż to ona pieśni nam wyśpiewała, piosenek ludowych i pastorałek. Zwłaszcza te pastorałki tak pięknie śpiewać umiała – opowiada Anna Stęc z Zespołu Śpiewaczego w Rożniatowie. – Pamięć miała niesamowitą, w ogóle po niej lat nie było widać, a na festiwalu w Kazimierzu, na którym zdobyła I miejsce, zaśpiewała pastorałkę, co miała 27 zwrotek – dodaje Bolesław Bluczak, kierownik tegoż zespołu. Innym źródeł są kantyczki. Kiedy pytam, co to, wyjaśniają, że to książeczki zawierające słowa pieśni zwykle religijnych. I to największa ich bolączka, bo do wielu z nich nie ma nut i tam, gdzie pamięci nie staje, najpiękniejsze nawet utwory muszą pozostać martwe[paywall] .
Kiedy pytam o codzienność zespołu śpiewaczego, odkrywam kolejny ze smaczków tego spotkania. – Wie pan, czasem ludzie mówią, że stare babki coś tam pieją, ale to wcale nie takie łatwe – mówi Anna Niemczak, instruktor w Centrum Kultury, sprawująca opiekę nad zespołami śpiewaczymi. – Jak się śpiewa tak jak my, bez akompaniamentu, to każdy jeden oddech słychać – mówi Maria Granda, kierownik Zespołu Śpiewaczego w Maćkówce. Zbierają się zatem dwa razy w tygodniu i wspólnie śpiewają. By doskonalić technikę, nagrywają się, a potem odtwarzają, omawiają, nieraz przy tym solidnie się pokłócą, a potem poprawiają niedoskonałości. Kiedy pytam o to, czy te nagrania ktoś archiwizuje, odpowiadają z pewną konsternacją, że nie. A szkoda, bo kiedy ich zabraknie, zabraknie też melodii, nut, zapewne rozmyją się słowa. Zresztą tego profesjonalnego opracowania trochę im brakuje, z rozrzewnieniem mówią, że przydałby się im ktoś, kto zagrałby podczas występu na przykład na akordeonie, ktoś, kto spisałby melodię przypomnianą podczas jednej z nierzadkich w ich wieku bezsennych nocy.
Dochodzimy wreszcie do świąt Bożego Narodzenia. Wzruszają ramionami, kiedy pytam o ich świąteczne zwyczaje, twierdzą, że świętują jak każdy. Dopiero kiedy dopytuję o szczegóły, okazuje się, że ich święta mają swój wyjątkowy rys. – U mnie w domu po wieczerzy każdy dostaje rozpiskę i do późna śpiewamy kolędy – opowiada Anna Zamorska z Zespołu Śpiewaczego w Maćkówce. Potwierdzają to pozostali. – Kiedyś właśnie tak było, zadzieliliśmy się opłatkiem, a potem do pasterki tylko śpiew i śpiew – dodaje Maria Granda. Z tego wątku rodzi się kolejny, o tym, że każda ze wsi ma swoje świąteczne melodie. Inny organista, inny głos przewodni i pieśń, której słowa znają wszyscy, zyskuje wyjątkowy charakter, niepowtarzalny charakter „stąd”. – Są też kolędy czy pastorałki, które są ogólnie znane, ale pod wpływem okoliczności tworzone są inne słowa – dodaje Anna Niemczyk. – Na przykład w czasie wojny ludzie pisali inny tekst, tak jest na przykład z kolędą Wśród nocnej ciszy, którą na modłę wojskową ma w repertuarze zespół z Maćkówki – wyjaśnia.
Jeszcze inna opowieść dotyczy kolędników – dziś tradycji coraz bardziej zanikającej, a w formule, jaką pamiętają członkowie zespołów, praktycznie wcale nieznanej. Po wsiach chodzili wówczas mężczyźni, we wspomnieniach moich rozmówców jest to barwny korowód przebierańców. – Tworzone były takie teatrzyki, każdy miał swoje role, rymowanki i scenki związane z postaciami, które odgrywał – wspomina Anna Zamorska. Przypominają sobie, kto był Herodem, a kto we wsi miał największe podczepiane aniele skrzydła. Mówią o Diable, Śmierci i Surze w cygańskim stroju. – Węgrzyn miał taką szopkę, w której poruszały się kukiełki, jak „chodziła” z kolędnikami to dwaj chłopcy napędzali ją sami. W domu u Węgrzyna natomiast wisiała ta szopka na ścianie i można ją było podłączyć do prądu – wspomina pani Maria. – Chodzili z turoniem, to było wielkie ustrojstwo i kłapało drewnianymi szczękami, dzieci się tego bardzo bały – dołącza do opowieści Anna Niemczyk. Każdy wpuszczał ich do domów, kolędnicy zarobili czasem trochę pieniędzy, częściej swojskiego wina, wódki, bimbru, kęs jedzenia. – Jak przeszli te 10, 20 domów, to często tej klapy turonia nie byli w stanie otworzyć – dodaje pani Anna. Wszyscy są zgodni, że to była piękna tradycja.
Niestety w opowieści o folklorze przeworskim i zespołach śpiewaczych gminy Zarzecze coraz częściej pojawia się czas przeszły. Był, była, było. Zespołów jest wprawdzie cztery, ich członków kilkudziesięciu, może 40, może mniej. Było ich więcej, z każdym rokiem głosów jednak ubywa. Wykruszają się z powodu codziennych obowiązków, życiowych sytuacji, jeszcze inni odchodzą śpiewać na tamten świat. Barbara Szczygieł, dyrektorka zarzeckiego Centrum Kultury, dzięki której uprzejmości udało mi się porozmawiać z tą niezwykłą grupą ludzi, mówi o wsparciu władz gminy, o pracy, jaką wykonuje Centrum Kultury, ale w jej słowach, jak i w słowach moich rozmówców, często pojawia się przekonanie, że tradycje zaciera współczesny świat. – Takich, co mogliby kontynuować, jest trochę, ale nie chcą – słyszę, pytając o przyszłość zarzeckich śpiewaków. – Wśród pokolenia 30-latków nie ma takich ludzi wcale. W Łapajówce jest zespół szkolny, ale dzieci pojawiają się w nim i po skończeniu szkoły odchodzą – dodaje pani Barbara z CK. Śpiewacze zespoły coraz częściej stają się samotnymi wyspami, pojedynczymi enklawami, gdzie dziedzictwo przodków wciąż się tli. Na ile tego starczy, nie zgadnie jednak nikt.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze