Kiedy zapisywała się do bazy potencjalnych dawców szpiku, nie spodziewała się, że przyjdzie dzień, kiedy zadzwoni telefon z informacją, że gdzieś w Polsce jest ktoś, komu może bardzo pomóc. – To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu, cieszę się, że ją podjęłam – mówi Paulina Kozyrska, ubiegłoroczna absolwentka Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego w Oleszycach.
Takie historie, jak ta, są dowodem na to, że cuda się zdarzają. Bo choć szanse na znalezienie tzw. bliźniaka genetycznego dla osoby chorującej na nowotwór krwi są bardzo niskie, bywa i tak, że poszukiwania kończą się szczęśliwym finałem. Jak pokazuje historia Pauliny Kozyrskiej, nadziei nigdy nie można przekreślać. Los chciał, że to właśnie ona doświadczyła wyjątkowego momentu, w którym mogła zupełnie odmienić czyjeś życie.
Początek tej historii miał miejsce w Zespole Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego w Oleszycach, do której uczęszczała do maja zeszłego roku. Wówczas pomagała w organizacji sztandarowej akcji Fundacji DKMS pod hasłem „Komórkomania”, której częścią jest rejestracja chętnych osób w bazie potencjalnych dawców szpiku. Paulina zdecydowała się na taki krok.
– Uznałam, że warto się tam znaleźć. Jestem też honorowym dawcą krwi, więc niejako to był naturalny odruch – opowiada w rozmowie z nami.
Pobranie wymazu z jamy ustnej i złożenie deklaracji było standardową procedurą. Po niej Paulina wróciła do swoich codziennych spraw. Minął niemal rok, aż przyszedł moment, w którym dziewczyna odebrała telefon z informacją, że gdzieś w Polsce jest chora osoba, której może pomóc, oddając swój szpik. – Zadzwonił nieznany numer. Najpierw podejrzewałam, że może to ktoś z ofertą fotowoltaiki – śmieje się.
– To było niemałe zaskoczenie, kiedy głos w słuchawce poinformował mnie, że telefonuje z DKMS. Rejestrując się w bazie, wiedziałam wprawdzie, że ten telefon może zadzwonić, ale jednocześnie miałam też świadomość, że wielu zdeklarowanych dawców czeka na niego latami albo ta chwila nigdy nie następuje. Deklarację dalszych kroków, zmierzających do pobrania szpiku, złożyłam bez zastanowienia – mówi Paulina.
Potem przyszedł czas na kolejne etapy. Pierwszym było pobranie od Pauliny krwi do badań. W tym celu została skierowana do szpitala w Lubaczowie. Po sprawdzeniu zgodności naszą rozmówczynię zaproszono do specjalistycznego szpitala w Krakowie (jest tylko kilka w Polsce, z którymi Fundacja DKMS współpracuje). Miała też zagwarantowany darmowy nocleg w hotelu. Do pobrania szpiku doszło w styczniu br.
– Wcześniej mój organizm musiał się do tego odpowiednio przygotować, co wymagało przyjmowania zastrzyków stymulujących produkcję komórek macierzystych. Robił mi je mój chłopak. Trwało to 4 dni, a...
Przeczytałeś tylko fragment tekstu. Chcesz przeczytać całość i inne artykuły premium? Nieograniczony dostęp do pełnych tekstów od 19 groszy dziennie! Masz już wykupiony dostęp? Zaloguj się
Pozostało 44% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze