Halina Dobrowolska w 1939 roku miała szesnaście lat i w swoich wspomnieniach tak opisała pierwsze dni wojny: „"Mieszkaliśmy na Winnej Górze. Kiedy już było wiadomo, że jest wojna i Niemcy szybko posuwają się na Wschód, w mieście zapanowało wielkie poruszenie. Ludzie mówili, że nasi zorganizują na Sanie obronę...”.
”(...) ojciec zdecydował, żebyśmy się przeprowadzili na drugą stronę Sanu, tłumaczył, że tam będzie bezpieczniej. 4 września spakowaliśmy do walizek trochę rzeczy i zamieszkaliśmy przy ulicy Dworskiego, u znajomych rodziców. Wtedy mówiło się, że tylko na kilka dni, aż nasi odeprą Niemców” – wspomina kobieta. „Chciałam zgłosić się do szpitala, żeby pomagać przy opatrywaniu naszych rannych żołnierzy, ale mnie nie przyjęli, bo byłam za młoda. Ulicami w jedną i w drugą stronę[paywall] maszerowali żołnierze, przejeżdżały wozy i auta z armatami. Starsi zbierali się w mieszkaniach i słuchali radia, a ja ze znajomymi z gimnazjum chodziliśmy aż za Winną Górę patrzeć, jak kopią okopy i stanowiska dla armat. W takiej gorączce minął tydzień i zaczęły się naloty”.
„Pierwsza bomba uderzyła w kamienicę przy Mickiewicza, zaraz za kościołem Reformatów. Pobiegłam, żeby to zobaczyć. Kurz był taki, że do połowy ulicy nic nie było widać. Dopiero, jak opadł, zobaczyłam rozbitą kamienicę, w której nie było frontowej ściany i widać było meble w mieszkaniach. Ludzie mówili, że zginął jakiś mężczyzna. Nigdy nie widziałam zabitego i chciałam go zobaczyć, ale przybiegł mój ojciec i bardzo na mnie nakrzyczał, że się narażam. Podczas kolejnych nalotów siedzieliśmy w piwnicy i modliliśmy się. Dopiero kiedy przestali bombardować, poszliśmy zobaczyć, jak pali się duży budynek przed dworcem, gdzie był hotel i restauracja (Pasaż Gansa – przyp. J.S). Inna bomba trafiła w szkołę na Konarskiego i tam podobno zginęło dużo ludzi. Siedząc w ciemnej piwnicy, nasłuchiwaliśmy kolejnych alarmów. Kiedy nadlatywały samoloty, słychać było terkotanie karabinów maszynowych i wtedy chyba pierwszy raz naprawdę się bałam, że nas trafi i wszyscy zginiemy. Wtedy ojciec żałował, że przeprowadziliśmy się tutaj, bo Niemcy celowali w dworzec i bomby spadały w najbliższej okolicy, a na Winnej Górze nie było takich bombardowań”.

fot.ze zbiorów autora
Spalony pasaż Gansa (dzisiejszy plac Legionów).
„(...) Po paru dniach skończyło się bombardowanie, ale od strony Żurawicy i Ostrowa zaczęły bić armaty i znowu musieliśmy siedzieć w piwnicy. Ulicą Mickiewicza w stronę Lwowa jechały wozy z rannymi żołnierzami. W mieście było bardzo dużo ludzi, którzy uciekali przed Niemcami i bardzo trudno było kupić coś do jedzenia. Nie mogliśmy wrócić do domu, bo nasi saperzy wysadzili most i na drugi brzeg można było dostać się tylko łódką albo przez most kolejowy. Coraz więcej wojska wyjeżdżało z miasta, wyjechał szpital i urzędnicy z magistratu. Ludzie mówili, że Niemcy są już w Żurawicy i Niżankowicach i lada moment wejdą do Przemyśla. 14 września nie spaliśmy całą noc, bo wszędzie strzelali i wysadzali mosty. Kiedy następnego dnia przed południem wyszliśmy, zobaczyliśmy Niemców. Na placu Na Bramie stał motocykl, małe auto pancerne, a koło niego kilku niemieckich żołnierzy z karabinem maszynowym, wycelowanym w ulicę Słowackiego. Machali na nas rękami i krzyczeli, żebyśmy się nie zatrzymywali. Dwa dni później wróciliśmy do domu na Winnej Górze. Drzwi rozbite, wszystkie okna były powybijane, a za drogą, w ogródku, wykopany rów i dużo łusek po nabojach”.
Do końca wojny Halina wraz z rodziną mieszkała w Krzemienicy koło Łańcuta, a potem w Poznaniu. Zmarła w 2001 roku.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Apropo 16latki z Przemyśla, Zapewne chodzi o Renię Spiegel:https://www.youtube.com/watch?v=lDrLg9mfbj4&t=3s
Apropo 16latki z Przemyśla, Zapewne chodzi o Renię Spiegel:https://www.youtube.com/watch?v=lDrLg9mfbj4&t=3s