Kontynuując cykl „wspomnień czar”, przybliżę czytelnikom rejon miasta o nazwie Plac Rybi, leżący w sercu starego Przemyśla. Plac będący centrum przedwojennej, żydowskiej dzielnicy miasta. Położony pomiędzy ulicą Ratuszową, Wodną i Jagiellońską. Obecnie, w roku 2026, z tętniącego niegdyś życiem miejsca pozostało mgliste wspomnienie. Dziś Plac Rybi śmiało można nazwać placem samochodowym. Miejsce straganów, jatek zajął parking, a dawny zapach ryb, mięsa, warzyw, owoców współcześni zamienili na zapach spalin.
Tak jak plac przy ul. Franciszkańskiej można nazwać placem dwóch Karoli (był pomnik K. Świerczewskiego, a jest K. Wojtyły), tak przedwojenny Plac Rybi można nazwać placem dwóch synagog. Stara Synagoga z końca XVI w. stała w centrum dzielnicy żydowskiej, we wschodniej części placu – pod adresem Jagiellońska 33. Uczęszczali do niej ortodoksyjni Żydzi. Synagoga ta była centrum duchowym i edukacyjnym społeczności żydowskiej przez około 350 lat. Nieopodal niej, przy ul. Jagiellońskiej 45, wybudowano w r. 1890 drugą synagogę o nazwie Tempel. Charakterystyczną, bo z nieotynkowanej czerwonej cegły. Obecnie w tym miejscu są przystanki autobusowe. W niej modlili się wyznawcy judaizmu nurtu radykalnego. Synagoga ta była jedyną w mieście, w której modlono się po polsku.

Stara Synagoga z XVI w. i miejsce, w którym stała – widok współczesny.

Róg ul. Jagiellońskiej i Wałowej.
A oto fragmenty opisu Placu Rybiego, zawarty w gazecie „Ziemia Przemyska” z 1926 r., nr 32: „(…) Tu obrały sobie siedlisko przeważnie przekupki żydowskie z jajami, kurkami, grzybkami i innemi żywemi i martwemi produktami. Między nie wlazły również i przekupki chrześcijańskie i w zgodzie i harmonii razem kupczą i szachrują (…). Czego dusza tylko zapragnie, dostaniesz na tych straganach od igieł i nici począwszy, a skończywszy na porcelanie. Są tam zapałki, koziki, lusterka, wstążki, koronki, garnki, garnuszki – szwarc, mydło, powidło i wszelkie inne delikatesy (…). Największy ruch i gwar panuje tutaj w dni targowe. Za to w sobotę i żydowskie święta cisza i pusta”.
Kres temu światu synagog przyniosła II wojny światowa. Większość z 20 tysięcy przemyskich Żydów wywieziono do niemieckich obozów, w tym do Bełżca. Zniszczone synagogi przetrwały do połowy lat 50. XX wieku. Jednak pozostał po nich plac… c.d. historia powojenna placu.

Plac Rybi, okres międzywojenny. Stragany przed wejściem do Starej Synagogi.

Plac Rybi – lata 70/80. XX w. Wówczas nosił nazwę Placu Wielkiego Proletariatu. W centrum pomnik wdzięczności.
W czasopiśmie „Nasz Przemyśl” nr 5/2013 odnajdziemy relację p. Andrzeja K., mieszkańca ulicy Wodnej. Pan Andrzej wspomina: „Około roku 1955-56 zielony rynek ze staromiejskiego Rynku przeniesiono w rejon dawnego żydowskiego miasta na tzw. Rybi Plac. Ustawiono tam 4 – 5 rzędów zadaszonych kramów. Wokół przy ulicy Ratuszowej znajdowały się jatki ze sprzedawanym na wagę rąbanym mięsem oraz różnymi podrobami. (…) Na targu kupowało się nie tylko jarzyny i owoce ale masło, sery, jaja drób. Sprzedażą zajmowały się tzw. przekupki. (…) Pełno tam było też świecidełek i innych praktycznych drobiazgów. Kupcy zachwalali swoje towary wołając: ten grzebień się wygina jak ciotka Regina. Za zielonym rynkiem w miejscu obecnego placu Berka Joselewicza i siedziby muzeum był teren po zniszczonej dawnej zabudowie, na który zajeżdżał cyrk. (…) Tutaj też lokowało się wesołe miasteczko z karuzelami i strzelnicami. (…) W latach powojennych w rejon dawnego żydowskiego miasta zawijały dla nas tajemnicze i egzotyczne tabory cygańskie (…). Wokół było jeszcze wiele ruin, pozostałości wojny. Resztki domów, piwnic znajdowały się przy dolnym odcinku ul. Wodnej, vis a vis szpitala położniczego, dalej wzdłuż ul. Jagiellońskiej, Ratuszowej i przy ul. Wałowej. Do połowy lat 50-tych sterczały mury zabytkowej XVI wiecznej synagogi. (…) Jako uczeń liceum, brałem udział w odgruzowywaniu terenu przy ulicy Wałowej. Oczyszczone cegły, układaliśmy w pryzmy. Były gromadzone i następnie przewożone do Warszawy w ramach akcji cała Polska odbudowuje swoją stolicę” (pisownia oryginalna).
Inna mieszkanka ulicy Wodnej, pani Lidia dodaje: „Z latami młodości kojarzy mi się melodia pt. Mały kwiatek. Piosenka ta słyszana była wieczorami na ul. Ratuszowej i w Rynku. Grali ją na dancingach w klubie „Niedźwiadek” przy pomniku Sobieskiego. Z dzieciństwa pamiętam też zapach pieczywa z piekarni Wiktora Kiby przy ul. Ratuszowej. Kolejki ustawiały się wieczorem około godz. 21 po tzw. wodne bułeczki po 50 groszy sztuka. Pan Kiba miał rude włosy i złamany nos. Rano idąc do szkoły na ulicę Kopernika, mijałam Rybi Plac. Był tam duży zielony rynek i skupy warzyw. Na plac zajeżdżały furmanki ze wsi z warzywami i owocami. Skupy brały towar od chłopów i sprzedawały drożej. My, dzieci, korzystałyśmy z tego jedząc owoce za darmo. Jeszcze na początku lat 60-tych było kilka sklepów żydowskich. Przy ul. Ratuszowej, tu gdzie delikatesy spożywcze. Żyd był właścicielem sklepu z nabiałem. Na ladzie stało pudło z masłem i misa z serem zgliwiałym przykryta gazą. Właściciel nosił czarny fartuch i zachwalał towar po polsku. W roku 1963/64 funkcjonował także żydowski sklep obuwniczy przy ul. Jagiellońskiej, tam dziś jest zegarmistrz. Jako nastolatka kupiłam w nim buty za 240 zł. Obok placu na ulicy Wodnej stały dorożki. Zaś na jej końcu był budynek Straży Pożarnej i Pogotowie Ratunkowe. Strażacy często urządzali ćwiczenia na skwerze koło Jagiellońskiej, na miejscu po synagodze Tempel. Jako dzieci bawiliśmy się tam, wchodząc do schronów obok dzisiejszych przystanków autobusowych” (pisownia oryginalna).
À propos sprawdziłam – melodia i słowa jazzowego szlagieru „Mały kwiatek” są urocze i polecam odsłuchanie.
„Od roku 1960 mieszkałem obok Rybiego Placu przy ulicy Ratuszowej. Stały tam budki mięsne i można było kupić mięso z uboju gospodarczego. Wzdłuż Ratuszowej były też stragany prywatne i państwowe z warzywami, owocami. Bliżej obecnego budynku muzeum w krytych budkach sprzedawano nabiał, masło. Na plac od strony mostu i Jagiellońskiej zajeżdżały furmanki ze wsi z warzywami. Chłopi sprzedawali towar i zaopatrywali przekupki. Przed świętami handlowano rybami. Furmanki miały postój obok obecnych szaletów miejskich. W miejscu, gdzie stoi muzeum, były resztki ruin dawnych zabudowań, które rozebrano i powstał pusty plac. Potem pojawił się skwer z gazonami i fontanną przedstawiająca krąg dzieci trzymających się za ręce. Tam też lubili przesiadywać przemyscy Cyganie. Pamiętam, że w piwnicy jednej z kamienic przy Ratuszowej składowano lód w blokach, potrzebny do mrożenia mięs, nabiału, ryb. W ziemi była metalowa klapa tzw. szufryga, a pod nią piwnica. Do niej, prosto z wozów zrzucano bryły lodu. Przy Wodnej stały też dorożki, przeniesione potem w okolice dworca PKP, obok kładki kolejowej. Na Wodnej był też szpital położniczy, tam urodziła się moja córka. Jeszcze w latach pięćdziesiątych, po przyjeździe do Przemyśla, poznałem dwie osoby pochodzenia żydowskiego. Był to ojciec i syn o nazwisku Rubin. Z synem zaprzyjaźniłem się. On prowadził zakład szewski przy ulicy Mickiewicza. Obaj panowie wyjechali później do Włoch, jednak syn po jakimś czasie wrócił ”.
W mojej, dziecięcej pamięci Plac Rybi przetrwał jako kilka warzywnych straganów stojących wzdłuż ul. Ratuszowej. Mijałam je codziennie, idąc do szkoły podstawowej nr 3. Na dużej przerwie większość uczniów i ja biegliśmy do piekarni pana Kiby po ciepłe sztangle. Chrupane potem smakowicie z gorącym mlekiem, nalewanym za darmo w szkole. W tym czasie na placu „królował” obelisk z czerwoną gwiazdą (pomnik wdzięczności), a plac nosił nazwę Placu Wielkiego Proletariatu.
Ciekawe, jak zapamiętają to miejsce następne pokolenia? Bo istniejący parking samochodowy nie jest atrakcyjną, tylko śmierdzącą spalinami rzeczywistością.
dr Beata Świętojańska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze