Po 25 latach służby w Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej major Elżbieta Pikor podjęła decyzję, że żegna się z mundurem. Będąc rzecznikiem prasowym, miała stały kontakt z mediami, w tym również z redakcją ŻP.

fot.Jacek Szwic
Elżbieta Pikor, pierwszy raz w gazecie nie w mundurze.
Po tylu latach współpracy polegającej na pomaganiu nam, dziennikarzom, w zdobywaniu informacji dotyczących wszystkiego, co się dzieje na granicy, poprosiłem Elżbietę Pikor o rozmowę. Po raz pierwszy miała to być rozmowa na tematy prywatne, a nie – jak zwykle – służbowe. Jednak nie udało się pominąć pewnych historii z życia Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej.
Opowiedz, jak trafiłaś do SG?
– W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku byłam po studiach prawniczych i po aplikacji. Za rok miałam podejść do egzaminu sędziowskiego, który przełożyłam. Postanowiłam, że zaaplikuję do Straży Granicznej, a rok wykorzystam na przygotowanie się do egzaminu. Niestety, wejście w tryby służbowe… było totalnym oderwaniem się od wkuwania przepisów, paragrafów i rozwiązywania kazusów. Wybrałam służbę!
W tamtym czasie postępowanie kwalifikacyjne do Straży Granicznej było[paywall] równie wymagające. Przeszłam testy psychologiczne, badanie na wariografie, egzaminy sprawnościowe i zostałam przyjęta. To był mój pierwszy kontakt z mundurem, gdyż nikt z rodziny nie był mundurowym. Na początku jako prawnik pracowałam w –wydziale dochodzeniowo-śledczym. To była trudna i wymagająca służba. Zdarzało się, że całymi dniami nie było mnie w domu.
Po paru latach zwolnił się etat rzecznika prasowego oddziału i zapytano mnie, czy zaaplikuję. Złożyłam podanie i przez jakiś czas, oprócz etatu w wydziale śledczym, pełniłam obowiązki rzecznika prasowego. „Wkręcając” się w temat, stwierdziłam, że warto się doszkolić. Zaczęłam studiować. Skończyłam na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie podyplomowe dziennikarstwo i public relations.
Już jako rzecznik zobaczyłam, jak bardzo teoria, której mnie uczono, rozmija się z praktyką. Na początku było ciężko. Ktoś mi wtedy powiedział, że rzecznikowanie jest balansowaniem na linie, a szczególnie w formacji mundurowej, gdyż trzeba udzielić dziennikarzom informacji, nie naruszając wymogów służby.
Na szczęście dziennikarze, z którymi współpracowałam, byli bardzo życzliwi i wiele się od nich mogłam nauczyć. Na przykład pozbyłam się nieśmiałości, która towarzyszyła mi prawie od zawsze. Choć może nie do końca, bo dzisiaj jeszcze, po tylu latach czuję tremę, stając przed kamerami.
Początki twojego rzecznikowania przypadły na lata, kiedy wiele się działo w Unii Europejskiej w związku z granicami. Pewnie nie było łatwo?
– Działo się. To były jakby kamienie milowe. Pierwszy to rok dwa tysiące czwarty. Wejście do Unii Europejskiej. Odtąd mamy strzec granicy zewnętrznej Unii, więc na Podkarpacie zjechali się dziennikarze z całego świata, żeby mieć aktualny materiał, bo wszyscy byli ciekawi, jak Polska podoła członkostwu w Unii.
Pamiętam, niektórzy z nich byli rozczarowani, bo wyobrażali sobie, że polskie pogranicze to zupełna dzicz, której pilnuje wojsko z długą bronią. Tak sobie wyobrażali Wschód. Kolejnym kamieniem milowym na granicy było wejście do państw układu z Schengen, potem uczestnictwo w mistrzostwach Euro 2012. Wiązała się z tym rozbudowa infrastruktury przejść granicznych, ćwiczenia z sytuacji kryzysowych, a także nowe rozwiązania mające usprawnić ruch graniczny.
Wszystko to również było interesujące dla mediów i znowu przyjechały setki dziennikarzy polujących na najciekawsze informacje. Były też inne, ciekawe wydarzenia, które przyciągały dziennikarzy. Discovery kręciło u nas odcinek cyklu „Złapać komandosa” o tym, jak to amerykański komandos, profesjonalista w każdym calu, ucieka, a nasi funkcjonariusze mieli go zatrzymać. Oczywiście, zatrzymali go w dość krótkim czasie. Przy kręceniu pracowała ekipa z Los Angeles na kilkadziesiąt kamer telewizyjnych. W trakcie nagrań musiałam dbać o to, aby były zachowane realia naszej służby.
Innym razem przyjechali do nas Indianie z pogranicza amerykańsko-meksykańskiego. Tropiciele z plemienia Siuksów. Uczyli naszych funkcjonariuszy sztuki tropienia. Oczywiście dziennikarze też chcieli to zobaczyć.
Były też wydarzenia tragiczne. W listopadzie dwa tysiące siódmego roku Czeczenka Kamisa podczas nielegalnego przekraczania zielonej granicy w Bieszczadach straciła trójkę dzieci, które w górach zmarły z wyziębienia. Wszyscy pytali mnie o szczegóły tej tragedii. Wtedy sama miałam małe dzieci i było to dla mnie bardzo trudne do relacjonowania.
Po tylu latach rzecznikowania masz ogromne doświadczenie, więc jakich rad udzieliłabyś rzecznikom, którzy dopiero zaczynają?
– Uniwersalna rada jest taka, że praca powinna być pasją. Cieszyć i inspirować. W pracy rzecznika ważny jest oczywiście profesjonalizm, ale też sympatia, jaką okazuje się innym. Ważne by umieć się przyznać do błędu i przeprosić. To również rola rzecznika.
Nie należy się bać nowych wyzwań. Trzeba wchodzić w różne projekty, które stanowią novum i do tej pory nie były realizowane. Być otwartym na nowe formy przekazu informacji. Aktualnie na przykład kontakty z youtuberami. My w Straży Granicznej to robimy.
Jeszcze jedno pytanie. Mundur nie został wymyślony dla kobiet, więc jak Ty sobie z tym radziłaś?
– (Śmiech) Ja polubiłam mundur. Choćby z tego powodu, że nie muszę rano myśleć, w co mam się ubrać. Kiedy dostałam mundur, oczywiście nie obyło się bez wizyty w zakładzie krawieckim, bo mundur, zwłaszcza galowy, musi być dopasowany do figury. Polubiłam też polowy, tak zwane moro. Nawet ten mój z przydziału wzięłam do domu i będę z niego korzystać… na przykład w czasie wycieczek.
Dziękuję za rozmowę i życzę ciekawych projektów realizowanych już poza służbą w Straży Granicznej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze