Reklama

Po covidzie byłam jak mała dziewczynka. Asystentka to taki mój anioł stróż

Luki w pamięci, zagubienie, chorowitość, depresja, poczucie bezradności. U 49-letniej mieszkanki Przemyśla Katarzyny Rosteckiej Covid-19 zrobił takie spustoszenie w organizmie, że musiała budować swoje życie zupełnie od nowa. Z pomocą asystentki rodziny z opieki społecznej, którą nazywa aniołem stróżem, oraz najbliższych powoli staje na nogi. Kiedy znalazła się w podbramkowej sytuacji, to właśnie asystentka zachowała zimną krew, przybiegła do jej mieszkania i wezwała pogotowie.

Kiedy odwiedzamy panią Katarzynę w domu, jest świeżo po wyjściu ze szpitala. Kolejny raz trafiła tam w wyniku choroby. Od pół roku funkcjonuje z pomocą asystenta rodziny przydzielonego z MOPS.

O tego rodzaju pomoc poprosiła sama. Jej kłopoty zaczęły się niespełna 2 lata temu, po przechorowaniu Covid-19. Całkowicie straciła grunt pod nogami.

– Musiałam się uczyć wszystkiego od początku. Problem sprawiały mi podstawowe czynności, jak gotowanie, pranie, posprzątanie mieszkania. Po chorobie, mimo długiej rekonwalescencji, zupełnie nie miałam siły, nie pamiętałam, jak mam się zabrać za poszczególne proste, domowe czynności. A wcześniej, przed zachorowaniem, byłam aktywna zawodowo, dorabiałam sobie, sprzątając szkoły, domy, by móc utrzymać siebie i dzieci. Biegałam pomiędzy pracą, domem i szkołą i nie sposób było mnie zatrzymać – mówi.

Po covidzie u pani Katarzyny zaczęły się też problemy z krtanią. Niemal przestała mówić. Konieczne były[paywall] specjalne zabiegi. Pojawił się niedowład ręki. – Bolały mnie okropnie mięśnie i stawy, musiałam od nowa uczyć się chodzić i mówić, bo zaczęłam się jąkać. Problemem na początku było nawet przejście z łóżka do toalety... – wylicza.

Asystentka przybiegła zaraz po moim telefonie

Wychodzenie na prostą jest ciężką, mozolną pracą. Pani Katarzyna powoli ogarnia sprawy domowe. Pracy nie jest na razie w stanie podjąć.

– Ukojenie przynosi mi rękodzieło. Zaczęłam też malować, to daje mi wewnętrzny spokój. Kiedyś też lubiłam takie rzeczy, ale dzieci były małe i nie miałam na to czasu – mówi.

Odskocznią są też dla niej działka i zwierzęta. Pierwsza pozwala na pobycie na łonie przyrody, bo większość czasu spędza w domu, a zwierzaki koją nerwy i dostarczają pozytywnej energii.

Reklama

K. Rostecka ma pięcioro dzieci. Dwoje mieszka już na swoim, trójka pozostaje pod jej opieką. Najmłodsza córka rozpoczęła niedawno przygodę ze szkołą podstawową. Jest się więc kim zajmować. Tyle że to ogarnianie codziennych spraw nadal nie idzie pani Katarzynie tak, jak przed chorobą.

– Po covidzie stałam się jak mała dziewczynka – mówi. Doskonale wie o tym jej asystentka z MOPS, którą nazywa aniołem stróżem. Tego dnia, kiedy źle się poczuła, też najwidoczniej nad nią czuwała. – Pamiętam, że dużo się wtedy działo, to był normalny dzień w tygodniu. Przyszły wnuki, bo córka miała cesarkę i cieszyliśmy się wspólnie z powiększenia rodziny. Potem, kiedy pojawiła się najstarsza córka, wyszłam do MOPS-u, bo miałam donieść dokumenty. Będąc tam, poczułam pustkę w głowie. Zaczęło wykręcać mi twarz. Wyglądało to jak początek udaru. Słyszałam, że coś się do mnie mówi, ale czułam się jak za szybą, jakbym była zupełnie gdzie indziej. Zadzwoniłam po zięcia, żeby odwiózł mnie do domu. Kiedy dotarłam na miejsce, położyłam się. Czułam się coraz gorzej i zadzwoniłam do mojej asystentki, informując ją, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Mówiłam już bardzo niewyraźnie. Słysząc w słuchawce, że mam problem z mówieniem, szybko przybiegła do mnie do domu. Zadecydowała, że nie ma na co czekać i zadzwoniła po pogotowie. To przewiozło mnie do szpitala – relacjonuje pani Katarzyna.

Na miejscu po badaniach lekarze wykluczyli udar i pani Katarzyna trafiła z powrotem do domu. Na drugi dzień sytuacja się powtórzyła. Kolejny raz trafiła na oddział z podejrzeniem udaru. I znów został wykluczony.

Znaleziono za to problemy z sercem. Na wyjściu otrzymała długą listę specjalistów, których powinna odwiedzić w celu konsultacji stanu zdrowia.

Odzyskać kontrolę nad życiem

Pani Katarzyna bardzo chwali asystentkę, dzięki której na nowo może ogarniać swoje sprawy. Ze względu na pocovidowe luki w pamięci potrzebna jest jej na przykład pomoc w załatwianiu formalności w urzędach.

– Motywuje mnie do działania, odwiedza w domu, pomaga w rozwiązywaniu problemów. Zawszę słyszę „jestem po to, żeby pomóc, żeby nie czuła pani, że jest z tym sama”. Bo codzienne sprawy stały się dla mnie megatrudne. Musiałam na nowo odnajdywać się w wielu rzeczach. Czułam się, jakbym nie była sobą, lecz zupełnie kimś innym. Jak bym w życiu nie piekła, nie gotowała, nie zajmowała się dziećmi. Musiałam szukać w głowie słów, by nazwać przedmioty w moim otoczeniu, bo zwyczajnie ich nie pamiętałam. To było straszne – opowiada pani Katarzyna, nie kryjąc łez.

– Pomoc asystentki, za którą jestem bardzo wdzięczna, daje mi swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Jest oczywiście rodzina, ale mają przecież swoje obowiązki, swoje sprawy. Nie mogę ich stale obciążać. To moje stawanie na nogi trwa już prawie 2 lata. Czy wrócę do tego, co było? Nie wiem – konstatuje.


ug
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama