Wyłącznie dla czytelników o mocnych nerwach
Zabiegi chirurgiczne w tym dawnym szpitalu zazwyczaj wiązały się z wysłaniem pacjenta do grobu szybciej, niż zrobiłaby to choroba. Otwarcie jamy brzusznej odbywało się niemal na „żywca” i kończyło powolną śmiercią, bo znieczulanie tabletkami opium działało krótko.
Chirurg nie mył rąk i nie dezynfekował narzędzia. Uważano, że infekcje wywołuje cuchnąca „miazma” w powietrzu, dlatego nie zmieniano opatrunków. Powstawało zakażenie bakteryjne – rany ropiały i śmierdziały, dochodziło do[paywall] gorączki połogowej, sepsy itp. Smród unosił się od chorych i brudnej pościeli, bo brakowało wody do częstego prania i pełnej kąpieli (czerpano ją ze studni).
Przy ul. Władcze istniał szpital (1779 – 1906). Potem dobudowano (1871 – 1877) do budynku jedno piętro i postawiono murowany pawilon wolno stojący dla zakaźnych (20 łóżek). Dysponowano tam 160 łóżkami, w zimie dodatkowo kładziono 40 sienników na podłogę.
W 1879 roku placówka zatrudniała: zarządcę, 2 lekarzy, 4 dozorców, 3 dozorczynie, kucharza i stróża. Pacjenci zarażeni chorobą weneryczną zajmowali zwykle od 30 do 50 łóżek. Obiekt posiadał też kuchnię, pralnię, salkę operacyjną i przyjęć, kaplicę, magazynek, ambulatorium oraz mieszkanie dla zakonnic. Pod koniec lat 40. XIX w. do narkozy stosowano już eter i chloroform. Zabiegi przeprowadzano przy lampie naftowej.
W przemyskim szpitalu chorzy leżeli na zbutwiałych i twardych siennikach (sieczka słomiana), na poduszkach wypchanych słomą, nakryci lekkimi derkami. Po ciężkich operacjach długo gorączkowali i męczyli się nieruchomo na niewygodnych łóżkach. Taki los spotykał pacjentów biednych, bo bogaci leczyli się we Lwowie, Wiedniu lub Krakowie. Pacjenci w salach narzekali w zimie na niską temperaturę (ok. 10o C). Dodatkowo głód i przepełnienie zbierały śmiertelne żniwo. Gdy ktoś umierał, trup leżał na sali wiele godzin. Kiedy zaś przywożono chorego, wtedy z łóżka wynoszono nieboszczyka, brudną pościel trzepano, by natychmiast ją użyć ponownie.
Podły wikt dla pacjentów nie nadawał się do konsumpcji, mimo że dawano posiłki w ilościach aptekarskich. Na śniadanie i kolację dwa razy dostawali chorzy kawę zbożową i wodniste mleko (to ostanie dla ciężko chorych) oraz nieświeży chleb, smalec, ser lub marmoladę. Obiad: rosół do rosołu niepodobny, stęchła gruba kasza, zupka niby to ryżowa lub fasolowa – zwykła lura, ziemniaki, słonina, czasem mięso. Kiedy lekarz bardziej chorym zapisywał nieraz dwa gotowane jajka, siostra miłosierdzia dawała jedno, tłumacząc to biedą. Nieraz głodni pacjenci uciekali ze szpitala.
W 1899 r. w szpitalu przyjmowano – zamiast 160 chorych – około 100 pacjentów ponad stan. Z biegiem lat lecznica, ogrodzona od ulicy murem, popadała w ruinę. Potężny odór wyziewów (nie karbolu) uderzał tam zmysł powonienia. Miotła na całym obiekcie zaś niezbyt często szła w ruch, bo nierzadko brakowało wody, którą noszono ze studni. W obskurnych salach słupy podpierały stropy. W 3 separatkach przebywali odpłatnie chorzy, bo tam chcieli umierać. Dostawali za to lepszy wikt i częściej odwiedzały ich siostry zakonne serafitki, które od 1903 r. rządziły w szpitalu. W wychodkach – bez oddzielnych segmentów – załatwiano potrzeby fizjologiczne.
Na zapleczu szpitala chowano świnie dla potrzeb szpitala. Karmiono je resztkami kuchennymi. Stamtąd smród niemiłosierny rozchodził się po całym szpitalu, szczególnie w porze letniej. Jakby tego było mało, tam też istniała stajnia dla dwóch koni, a opodal stała furmanka, służąca do wożenia żywności, medykamentów oraz bezdomnych nieboszczyków na cmentarz. Istniało też poletko warzywne.
W suterenie mieściły się pralnia i zakątek – niby łazienka, wychodek oraz „stajnia”, tj. nora dla zarażonych syfilisem kobiet – prawdziwy postrach w szpitalu. Przeważnie jeden lekarz pracował za dnia. Chorymi kobietami zajmowała się oficjalnie stara weteranka – wieloletnia przemyska burdelmama, która na dobre zadomowiła się w szpitalu za marną pensję. Prostytutki w ciepłe dni wychodziły do ogródka, gdzie zabawiały się z parobkiem, który znienacka zdzierał z nich zgrzebne koszule. Nagość powodowała zgorszenie wśród zakonnic, a zarazem śmiech gawiedzi ulicznej. Wtedy kamienie leciały gradem.
W szpitalu w 1903 r. pracował na etacie stary dozorca, który miał też m.in. obowiązek zmienić chorym opatrunki, bo personel medyczny raczej brzydził się tego robić. Za to płacono mu miesięcznie 20 koron i dostawał wikt, którego prawie nigdy nie jadł – z oczywistych względów. Kiedy zakonnice i lekarz byli nieobecni wieczorem, to on się zajmował chorymi. Furman z kolei wprost od gnoju i koni wchodził na salę na obchód i pomagał im w różnych czynnościach osobistych.
Ginekolog przenosił najzłośliwsze zarazki z jednej pochwy do drugiej. Rzadko ręce mył. Nie da się oszacować, ile kobiet wpędzono do grobu, zamiast im pomóc. Badano je na stojąco – w ubraniu, pośladkami oparte o stół, z rękami złożonymi przed sobą. Lekarzowi wolno było lekko unieść suknię lewą ręką i wprowadzić naoliwiony palec wskazujący prawej ręki do pochwy, i to od jej tylnej strony, aby nie budzić dodatkowych wrażeń w łechtaczce.
Opodal budynku szpitalnego stał niewielki parterowy pawilon chorób zakaźnych (ospa, tyfus, szkarlatyna, gruźlica, syfilis itp.). Jeżeli ktoś chciał tam konać – nikt mu nie przeszkadzał. Śmierć przychodziła szybko. Na łóżkach przygnębiające wrażenie robiły blade postacie, którym do snu przegrywał szybki suchotniczy oddech, jęki rozgorączkowanych tyfusem, a czasem głośniej odzywała się smutna muzyka jęku konających i ostra komenda zakonnicy szpitalnej. Na nosze! Do kostnicy!
Na podwórzu stała cuchnąca kostnica – zawsze przepełniona, bo najczęściej po operacji chory już żywy nie wychodził. W pomieszczeniu tym, w ubogich łachach, leżeli umarli. Nad ich głowami i pomiędzy nogami dwie palące się łojówki z knotami w starych flaszkach. Przygnębiające wrażenie sprawiał widok szpitalnego pogrzebu, tj. trumny z nieboszczykiem, złożonej na obskurnym wozie, wleczonej przez szkapę na cmentarz. 4 listopada 1905 roku wybudowano nowy szpital na Zasaniu.
Źródło: Gazeta Przemyska 1891, nr 88; 1892 nr 64, 66, 69, 84; 1893 nr 18; Kuryer Przemyski 1897, nr 50; Echo Przemyskie 1897, nr 61; 1899 nr 1; 1903 nr 99; Głos Przemyski 1903 nr 7, 8; Nowy Głos Przemyski 1904, nr 10. Szematyzm Królestwa Galicyi i Lodomeryi z Wielkim Księstwem Krakowskim na rok 1879 (s. 572); Szematyzm Królestwa Galicyi i Lodomeryi… na rok 1870 (s. 617).
Józef Frankiewicz

fot.Jacek Szwic
Przy ul. Władcze istniał szpital (1779 – 1906). Potem dobudowano (1871 – 1877) do budynku jedno piętro i postawiono murowany pawilon wolno stojący dla zakaźnych (20 łóżek).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Mocny tekst i rycina, no ale jak nie daj Bóg traficie na Monte do szpitala św. sadysty, też może skończyć się nie ciekawie.
Z tradycją w nowoczesność :) ehhh stary dobry szpital, nic się nie zmienia od tylu lat :)
Nasz szpital na Monte .Nie daj Bóg tam trafić,zresztą co mądrzejszy leczy się poza tym prosektorium
To prawda,strach tam nadal się leczyć, Panie pielęgniarki takie miłe,że trzeba brać pozitivum
Jesteście porąbani. To jest historia o XIX-nym szpitalu. Szpital na Monte może super nie jest ale ratuje się tam mnóstwo ludzi.Cudotwórców tam nie ma ,włącznie z ojcem Pio i kapelanem, personel medyczny robi co może i dziękuje mu za to. Życie ludzkie to przemijanie i śmierć jest nieunikniona w przypadkach w których medycyna sobie jeszcze nie radzi. Winić za to personel może tylko bezmózgowiec.
jaj wam nie odpowiada to do prywatnego szpitala i nie narzekajcie bo większość z was na to nie stać dziady...
no paczpan panie! a my durne myśleli, że to wczorejszo historja!!!
"nie stać" na co, bo nie chwytam! na narzekanie??? chciało jaśnie państwo "y" coś mądrego napisać, nie wyszło...
Nasi lekarze na Monte w większości są naprawdę dobrymi fachowcami nie narzekajcie
bez przesady panie mądry . Operują tu z powodzeniem . Ja jestem tego wybitnym przykładem. Mam się bardzo dobrze i wiele moich znajomych tez. szacunek dla naszych lekarzy
Umieralnia na Monte Casino!!!Zostalam zarazona na jednym z oddzialow.!!!!WBIJCIE SOBIE DO PUSTYCH MOZGOW ŻE SZPITAL NIE JEST WASZĄ WŁASNOŚCIĄ!!!
Obecnie w przemyskiej chirurgii znieczulenie pacjentowi jest podawane przy pomocy 2 kilogramowego gumowego młota a otwarcie jemy brzusznej dokonywane jest scyzorykiem poprzednio używanym do krojenia cebuli i konserwy tyrolskiej.
Fachowcami to oni są od gorzałki i lewych dochodów.
W przemyskim szpitalu należy zmienić mentalność zawodową całego personelu medycznego począwszy od salowych po lekarzy . W dalszym ciągu ludzie ci myślą ze żyją w zamierzchłym PRL-u.
Jeżeli używasz określenia " nasi lekarze " to rozumiem ze jesteś z pracownikiem tego szpitala. Wiec idź śmiało do tych fachowców i niech ci zoperują mózg , masz szansę ze może się ci uda przeżyć.
Mocny tekst i rycina, no ale jak nie daj Bóg traficie na Monte do szpitala św. sadysty, też może skończyć się nie ciekawie.
Z tradycją w nowoczesność :) ehhh stary dobry szpital, nic się nie zmienia od tylu lat :)
Tyle lat minęło a nic się nie zmieniło