Reklama

Teatr Fredreum w Przemyślu. Od 153 lat niosą widzom wzruszenie i uśmiech

Ponad 150 lat działalności na scenie zobowiązuje. Okazuje się, że dobry teatr z powodzeniem można robić amatorsko i że taka tkanka potrafi przyciągnąć wiele osób, które kochają wszystko to, co się z teatrem łączy. Sercem i kołem napędowym wyjątkowej instytucji, jaką jest stały niezawodowy Teatr „Fredreum” w Przemyślu, jest Krystyna Maresh-Knapek – osoba niesamowitej energii i charyzmie. – Wierzę, że nasz teatr będzie żył i że jeszcze długo będzie na niego zapotrzebowanie. Nie byłoby go, gdyby nie oddani mu ludzie – mówi.

Od kiedy jest Pani w „Fredrum”?

– W przyszłym roku mija 60 lat. Miłość do teatru wyssałam z mlekiem matki. Byli tutaj moi rodzice, moi dziadkowie, moi bracia... Nadal jest jeszcze moja siostra, która ma na koncie 67 lat działalności w „Fredreum”. Jeśli chodzi o prezesowanie tej instytucji, w przyszłym roku minie 20 lat. Kiedyś trzeba się jednak usunąć w cień, więc przydałoby się, by znalazł się ktoś, kto przejmie ode mnie pałeczkę, bo ogromnie byłoby szkoda to dziedzictwo zatracić.

Pamięta Pani swoją pierwszą sztukę?

Reklama

– Oczywiście, to był „Angelo, tyran Padwy”. Miałam wtedy 16 lat. Pamiętam, kiedy w południe zadzwoniła do mnie moja kuzynka, pani Kowalowa – ówczesna gwiazda operetki i powiedziała „Musisz się nauczyć krótkiego tekstu, bo o szóstej gramy”. Nauczyłam się, zastępując tym samym dziewczynę, która tuż przed występem straciła głos. Tak się zaczęło. Potem były kolejne sztuki. Jednak w tamtych czasach w szkole niekoniecznie patrzono przychylnym okiem na młode dziewczyny, które grały na scenie. To było postrzegane jako niemoralne. Dziś pod tym względem czasy są o wiele lepsze.

Za nami 23. odsłona Przemyskiej Wiosny Fredrowskiej. Z którego z punktów programu jest Pani najbardziej zadowolona, a co pozostawia pewien niedosyt?

Reklama

– Jestem zadowolona z całości. Na tegorocznej wiośnie gościliśmy spektakle z innych miast – Lublina i Łańcuta. Przyjechali ze znanymi sztukami A. Fredry. Natomiast my, jako „Fredreum”, zaproponowaliśmy widzom składankę fredrowską, na którą złożyły się scenki z: „Zemsty”, „Ślubów Panieńskich”, „Dwóch blizn” i „Pierwszej Lepszej”. To było coś innego niż do tej pory. Niespodzianką były symboliczne urodziny Fredry, na których nie mogło zabraknąć tortu z napisem „230 lat”. Jest przecież naszym patronem, jak i patronem całego 2023 roku.

W spektaklu wystawionym przez „Fredreum” zagrały 3 pokolenia aktorów...

Reklama

– Tak, na scenie zaprezentowali się ludzie starsi, w średnim wieku i nastolatki. To dla mnie budujące, że młodzi chcą grać Fredrę i że go rozumieją. A jest wyjątkowo trudny. Wspaniale, że mimo pokoleniowych różnic, potrafimy się porozumieć. My starsi wnosimy doświadczenie, a młodzi świeże pomysły. Z takiego połączenia udaje się tworzyć[paywall] całkiem niezłe rzeczy. Tym bardziej, że nie gramy wyłącznie klasyki i nie tylko Fredrę, choć na niej się opieramy. Pamiętam, jak kilka lat temu spotkaliśmy się z aktorem Andrzejem Sewerynem. Kiedy zapytał, co dziś gramy, a ja odpowiedziałam, że klasykę, skomentował to słowami „Chwała Bogu. Uczcie młodych ludzi mówić dobrze po polsku”. I taką dodatkową misję rzeczywiście mamy.

W tym roku gościliście Amatorski Teatr Towarzyski z Lublina i łańcucki Teatr „Nowa Lutnia” prowadzony przez aktorkę Elżbietę Winiarską, związaną niegdyś m.in. z rzeszowską sceną teatralną. Orientuje się Pani ile amatorskich teatrów działa obecnie w Polsce?

Reklama

– Całkiem sporo. Zawiązuje się ich zresztą coraz więcej, ale nasz przemyski jest najstarszy.

Teatr założony został w 1869 roku. Jak udało mu się przetrwać tak długo?

– W czasie wojny i okupacji próby teatru odbywały się potajemnie w domach. Nawet ci, którzy byli w wojsku poza Polską, szerzyli w swoim środowisku kulturę fredrowską. Najlepszym dowodem jest to, że w lotnictwie angielskim był jeden z naszych fredrowców, który potem założył w mieście Leeds w północnej Anglii amatorski teatr Fredreum – Leeds, który jest 100 lat od nas młodszy. Utrzymujemy z nimi kontakt. Odwiedzamy się.

Reklama

Przemyskie „Fredreum” jest jak rodzina. Jak udaje się Pani przez tyle lat przyciągać ludzi do tej inicjatywy?

– Nasz teatr istnieje tylko i wyłącznie dzięki ludziom. To oni są teatrem. To osoby, które mają ogromną pasję i bez reszty poświęcają się tej sprawie. Jakoś tak się dzieje, że ta nasza teatralna misja jak magnes przyciąga kolejne pokolenia, nierzadko całe rodziny. Przez „Fredreum” przewinęły się rodziny: Cichońskich, Kowalów, Genejów, Mareshów, Giżyńskich, Ozorów... W tej chwili na scenie gra już ósme pokolenie. Dlatego śmiało możemy powiedzieć, że stanowimy fredrowską rodzinę. Wszystko, co robimy, robimy nieodpłatnie. Dlatego mam wielki szacunek do młodych, że w dobie powszechnej materializacji, kiedy wszyscy wokół pytają „za ile”, oni przychodzą tu sami z siebie. Wielu z tych, którzy stawiali u nas pierwsze kroki, jest dziś aktorami zawodowymi, reżyserami, bo poszli w tym kierunku.

Reklama

Z „Fredreum” wywodzi się wywodzi się wielu znanych aktorów...

– Owszem. Kazimierz Opaliński, Kondratowie, śpiewaczka i reżyserka Barbara Kostrzewska, Hnydzińscy... To znane nazwiska. Pamiętam historię, kiedy po jednym z przedstawień w ramach „Papkinady” w warszawskich Łazienkach podszedł do nas nieżyjący już Gustaw Holoubek i powiedział „Chciałbym mieć takich zawodowców, jakimi wy jesteście amatorami”. To było bardzo budujące i zobowiązujące. Staramy się więc trzymać poziom. Ściągamy też różnych aktorów zawodowych. Często bywamy na nieamatorskich spektaklach, bo bez przerwy się uczymy.

Reklama

W iluosobowym składzie działacie obecnie?

– Bywało, że mieliśmy 100 członków. Obecnie jest ich 40. Jednak 40 dobrych i zaangażowanych bez reszty osób to wspaniałe zaplecze. Nie wszyscy grają na scenie, niektórzy wnoszą co innego, na przykład pracują przy kostiumach, scenografii, sprawach technicznych. Spotykamy się często i bardzo się lubimy. Tu tworzą się przyjaźnie, zawiązują małżeństwa. Właśnie szykuje się kolejne...

Ze spektaklu widz powinien wyjść.. No właśnie, z czym?

– Powinien wyjść uśmiechnięty, zadowolony i usatysfakcjonowany. Wynieść sens tego, co miał przed oczyma. Jakiś przekaz. Chodzi o to, żeby to, co obejrzał, kołatało się jeszcze przez jakiś czas w jego głowie.

Reklama

Macie stałą widownię, sympatyków? Kto przychodzi na Wasze spektakle?

– Mamy stałych widzów, którzy potrafią na jeden spektakl przyjść po 4 czy 5 razy. Ale nie brakuje też nowych. Mieliśmy i wzloty, i upadki, jak w każdym teatrze. Były momenty, że na naszą sztukę przychodziły 4 osoby. Był to okres marazmu, wystawiania małej liczby przedstawień nie najwyższych lotów. Rzecz polega jednak na tym, żeby się windować do góry. Obecnie jesteśmy na dobrym etapie, bo mamy u siebie młodych ludzi, a to jest najważniejsze.

Reklama

Dziękuję za rozmowę.


fot.U. Gielo
Historia Teatru Fredreum spisywana jest w okolicznościowej kronice.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama