Ponad 150 lat działalności na scenie zobowiązuje. Okazuje się, że dobry teatr z powodzeniem można robić amatorsko i że taka tkanka potrafi przyciągnąć wiele osób, które kochają wszystko to, co się z teatrem łączy. Sercem i kołem napędowym wyjątkowej instytucji, jaką jest stały niezawodowy Teatr „Fredreum” w Przemyślu, jest Krystyna Maresh-Knapek – osoba niesamowitej energii i charyzmie. – Wierzę, że nasz teatr będzie żył i że jeszcze długo będzie na niego zapotrzebowanie. Nie byłoby go, gdyby nie oddani mu ludzie – mówi.
Od kiedy jest Pani w „Fredrum”?
– W przyszłym roku mija 60 lat. Miłość do teatru wyssałam z mlekiem matki. Byli tutaj moi rodzice, moi dziadkowie, moi bracia... Nadal jest jeszcze moja siostra, która ma na koncie 67 lat działalności w „Fredreum”. Jeśli chodzi o prezesowanie tej instytucji, w przyszłym roku minie 20 lat. Kiedyś trzeba się jednak usunąć w cień, więc przydałoby się, by znalazł się ktoś, kto przejmie ode mnie pałeczkę, bo ogromnie byłoby szkoda to dziedzictwo zatracić.
Pamięta Pani swoją pierwszą sztukę?
– Oczywiście, to był „Angelo, tyran Padwy”. Miałam wtedy 16 lat. Pamiętam, kiedy w południe zadzwoniła do mnie moja kuzynka, pani Kowalowa – ówczesna gwiazda operetki i powiedziała „Musisz się nauczyć krótkiego tekstu, bo o szóstej gramy”. Nauczyłam się, zastępując tym samym dziewczynę, która tuż przed występem straciła głos. Tak się zaczęło. Potem były kolejne sztuki. Jednak w tamtych czasach w szkole niekoniecznie patrzono przychylnym okiem na młode dziewczyny, które grały na scenie. To było postrzegane jako niemoralne. Dziś pod tym względem czasy są o wiele lepsze.
Za nami 23. odsłona Przemyskiej Wiosny Fredrowskiej. Z którego z punktów programu jest Pani najbardziej zadowolona, a co pozostawia pewien niedosyt?
– Jestem zadowolona z całości. Na tegorocznej wiośnie gościliśmy spektakle z innych miast – Lublina i Łańcuta. Przyjechali ze znanymi sztukami A. Fredry. Natomiast my, jako „Fredreum”, zaproponowaliśmy widzom składankę fredrowską, na którą złożyły się scenki z: „Zemsty”, „Ślubów Panieńskich”, „Dwóch blizn” i „Pierwszej Lepszej”. To było coś innego niż do tej pory. Niespodzianką były symboliczne urodziny Fredry, na których nie mogło zabraknąć tortu z napisem „230 lat”. Jest przecież naszym patronem, jak i patronem całego 2023 roku.
W spektaklu wystawionym przez „Fredreum” zagrały 3 pokolenia aktorów...
– Tak, na scenie zaprezentowali się ludzie starsi, w średnim wieku i nastolatki. To dla mnie budujące, że młodzi chcą grać Fredrę i że go rozumieją. A jest wyjątkowo trudny. Wspaniale, że mimo pokoleniowych różnic, potrafimy się porozumieć. My starsi wnosimy doświadczenie, a młodzi świeże pomysły. Z takiego połączenia udaje się tworzyć[paywall] całkiem niezłe rzeczy. Tym bardziej, że nie gramy wyłącznie klasyki i nie tylko Fredrę, choć na niej się opieramy. Pamiętam, jak kilka lat temu spotkaliśmy się z aktorem Andrzejem Sewerynem. Kiedy zapytał, co dziś gramy, a ja odpowiedziałam, że klasykę, skomentował to słowami „Chwała Bogu. Uczcie młodych ludzi mówić dobrze po polsku”. I taką dodatkową misję rzeczywiście mamy.
W tym roku gościliście Amatorski Teatr Towarzyski z Lublina i łańcucki Teatr „Nowa Lutnia” prowadzony przez aktorkę Elżbietę Winiarską, związaną niegdyś m.in. z rzeszowską sceną teatralną. Orientuje się Pani ile amatorskich teatrów działa obecnie w Polsce?
– Całkiem sporo. Zawiązuje się ich zresztą coraz więcej, ale nasz przemyski jest najstarszy.
Teatr założony został w 1869 roku. Jak udało mu się przetrwać tak długo?
– W czasie wojny i okupacji próby teatru odbywały się potajemnie w domach. Nawet ci, którzy byli w wojsku poza Polską, szerzyli w swoim środowisku kulturę fredrowską. Najlepszym dowodem jest to, że w lotnictwie angielskim był jeden z naszych fredrowców, który potem założył w mieście Leeds w północnej Anglii amatorski teatr Fredreum – Leeds, który jest 100 lat od nas młodszy. Utrzymujemy z nimi kontakt. Odwiedzamy się.
Przemyskie „Fredreum” jest jak rodzina. Jak udaje się Pani przez tyle lat przyciągać ludzi do tej inicjatywy?
– Nasz teatr istnieje tylko i wyłącznie dzięki ludziom. To oni są teatrem. To osoby, które mają ogromną pasję i bez reszty poświęcają się tej sprawie. Jakoś tak się dzieje, że ta nasza teatralna misja jak magnes przyciąga kolejne pokolenia, nierzadko całe rodziny. Przez „Fredreum” przewinęły się rodziny: Cichońskich, Kowalów, Genejów, Mareshów, Giżyńskich, Ozorów... W tej chwili na scenie gra już ósme pokolenie. Dlatego śmiało możemy powiedzieć, że stanowimy fredrowską rodzinę. Wszystko, co robimy, robimy nieodpłatnie. Dlatego mam wielki szacunek do młodych, że w dobie powszechnej materializacji, kiedy wszyscy wokół pytają „za ile”, oni przychodzą tu sami z siebie. Wielu z tych, którzy stawiali u nas pierwsze kroki, jest dziś aktorami zawodowymi, reżyserami, bo poszli w tym kierunku.
Z „Fredreum” wywodzi się wywodzi się wielu znanych aktorów...
– Owszem. Kazimierz Opaliński, Kondratowie, śpiewaczka i reżyserka Barbara Kostrzewska, Hnydzińscy... To znane nazwiska. Pamiętam historię, kiedy po jednym z przedstawień w ramach „Papkinady” w warszawskich Łazienkach podszedł do nas nieżyjący już Gustaw Holoubek i powiedział „Chciałbym mieć takich zawodowców, jakimi wy jesteście amatorami”. To było bardzo budujące i zobowiązujące. Staramy się więc trzymać poziom. Ściągamy też różnych aktorów zawodowych. Często bywamy na nieamatorskich spektaklach, bo bez przerwy się uczymy.
W iluosobowym składzie działacie obecnie?
– Bywało, że mieliśmy 100 członków. Obecnie jest ich 40. Jednak 40 dobrych i zaangażowanych bez reszty osób to wspaniałe zaplecze. Nie wszyscy grają na scenie, niektórzy wnoszą co innego, na przykład pracują przy kostiumach, scenografii, sprawach technicznych. Spotykamy się często i bardzo się lubimy. Tu tworzą się przyjaźnie, zawiązują małżeństwa. Właśnie szykuje się kolejne...
Ze spektaklu widz powinien wyjść.. No właśnie, z czym?
– Powinien wyjść uśmiechnięty, zadowolony i usatysfakcjonowany. Wynieść sens tego, co miał przed oczyma. Jakiś przekaz. Chodzi o to, żeby to, co obejrzał, kołatało się jeszcze przez jakiś czas w jego głowie.
Macie stałą widownię, sympatyków? Kto przychodzi na Wasze spektakle?
– Mamy stałych widzów, którzy potrafią na jeden spektakl przyjść po 4 czy 5 razy. Ale nie brakuje też nowych. Mieliśmy i wzloty, i upadki, jak w każdym teatrze. Były momenty, że na naszą sztukę przychodziły 4 osoby. Był to okres marazmu, wystawiania małej liczby przedstawień nie najwyższych lotów. Rzecz polega jednak na tym, żeby się windować do góry. Obecnie jesteśmy na dobrym etapie, bo mamy u siebie młodych ludzi, a to jest najważniejsze.
Dziękuję za rozmowę.

fot.U. Gielo
Historia Teatru Fredreum spisywana jest w okolicznościowej kronice.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze