Reklama

W Hujsku syn rozbił ojcu czaszkę, a matce złamał 7 żeber

31/12/2019 09:27

Przed I wojną światową istniała wieś Hujsko (od 1957 r. nazwa Nowe Sady, gmina Fredropol, niedaleko Przemyśla), wcześniej nazywała się Wijsko (początek XVII w.) W 1881 r. 644 mieszkańców było wyznania greckokatolickiego, 55 rzymskokatolickiego, 2 mojżeszowego. We wsi znajdowała się cerkiew pod wezwaniem św. Grzegorza, browar i karczma (Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, 1889). W 1884 roku doszło tam do brutalnego morderstwa, które głośnym echem odbiło się w całej Galicji.

Zaczęło się od soli

Pod jednym dachem w Hujsku żyły dwie rodziny, które od dłuższego czasu się kłóciły. W tym tragicznym dniu Jewka – matka Fedia – wszczęła z jego żoną Pazią kłótnię o sól, którą dzień wcześniej pożyczyła, nazywając ją przy tym próżniakiem i innymi obelżywymi słowami. Do tej utarczki słownej włączył się jej mąż Jacek, 80-letni schorowany starzec, wygrzewający się na piecu piekarskim, który to na przemian synową i syna łajał. Ten ostatni, rozłoszczony do żywego i drażniony od dłuższego czasu przeróżnym wyzwiskami ze strony rodziców, chwycił za siekierę i rzucił się na swego ojca. Jednak obecna tam Pazia wyrwała topór mężowi z ręki, a następnie wybiegła z chaty.

Reklama

Mord na rodzicach i próba samobójstwa

Fedio jednak nie opamiętał się w gniewie, lecz w dalszym ciągu podjudzany przez ojca[paywall] nie wytrzymał. Porwał motykę, uderzył nią kilka razy w jego głowę, a następnie rzucił się na matkę, którą również zaszlachtował. Po tej zbrodni wybiegł z izby, a zobaczywszy za progiem swoje 10-letnie dziecko – dał mu 10 centów, by syn Maciej przyniósł mu z karczmy wódkę. Kiedy ją wypił, udał się wprost do lasu, by się powiesić. Jakaś nadprzyrodzona siła – tak zeznał – odwiodła go od tego zamiaru, po czym udał się natychmiast do szynku, gdzie dalej zapijał.

Noc Fedia z trupami

Żona Fedia, przeczuwając coś złego, po krótkim czasie wróciła z kilkoma sąsiadkami do domu. Ich oczom okazał się straszny widok – dwa trupy. Jeden na piecu, a drugi na ziemi. O tym wydarzeniu dała znać wójtowi Wasylowi Procakowi. Ten kazał pojmać mordercę i obok zabitych rodziców na całą noc umieścić. Morderca w ciemności leżał obok nieżywych rodziców i dopiero po północy udało mu się jakoś zasnąć. Nad ranem obudził się i – ku zdziwieniu pilnujących go pachołków – naigrywał się z ofiar.

Reklama

Zgruchotana czaszka i 7 złamanych żeber

Lekarz sądowy stwierdził, że stary Jacek miał zgruchotaną czaszkę, a u jego wiekowej żony naliczono aż siedem złamanych żeber. Liczni wieśniacy zeznali, że ich syn był znanym awanturnikiem, zabijaką i nierobem, a jego rodzice – przeciwnie – mieli opinię ludzi poczciwych i pracowitych gospodarzy. Wyrazili też opinię, że takiej zbrodni w Hujsku nie pamiętano od dawna.

Kara śmierci

30 maja 1885 roku ława przysięgłych (społeczny element władzy sądowniczej od 1875 roku) Sądu Obwodowego w Przemyślu – według „Echa znad Sanu” z 1885 roku (nr 9 i 13) – jednogłośnie uznała Fedia Kazia winnym morderstwa obojga rodziców. Oskarżony, chłop wysoki, silny, o śniadej cerze, przyznał się do zarzuconego mu czynu. W tej sytuacji sędzia wymierzył mu karę śmierci przez powieszenie. Ukarany przyjął wyrok obojętnie i z zlekceważeniem, a mimo to poprosił o darowanie mu życia. Obrońca odwołał się od tego wyroku, lecz Wyższy Sąd Krajowy we Lwowie werdykt niższej instancji zatwierdził.

Reklama

Ostatnie namaszczenie

20 lipca sprowadzono skazańca pod silną eskortą straży wojskowej i więziennej do Sądu Obwodowego w Rynku, by go poinformować, że na następny dzień rano będzie wykonywana na nim kara śmierci. Gdy to usłyszał – stracił przytomność, lecz szybko ją odzyskał. Skazaniec błagał sąd, by się zaopiekował jego żoną i dzieckiem, by się im krzywda nie stała. Następnie odprowadzono go do osobnej celi sądowej, w której spędzał ostatnie chwile swego żywota. Tam kapłan Kobryn udzielił mu ostatnią posługę religijną. Resztę dnia i noc morderca swych rodziców spędził ze spokojem.

Wino, cygara i dobre żarcie

Zgodnie ze zwyczajem, życzył sobie przed wykonaniem wyroku coraz wykwintniejszych potraw, przedniego wina i dobrych cygar. Jego zachcianki spełniono z godnością. Skazaniec – jak pisała wyżej wymieniona gazeta – nie okazywał żadnego zdenerwowania, przeciwnie – „pewnym krokiem wszedł bez pomocy na drugie piętro i dopiero gdy mu oficjalnie przewodniczący przypomniał, że na drugi dzień rano kara śmierci przez powieszenie na nim wykonana będzie (…), wtedy na chwilę utracił Kazio przytomność”.

Reklama

Sensacja w Przemyślu

Wieść o zamiarze powieszenia złoczyńcy na dziedzińcu sądowym w Rynku (obecnie siedziba starostwa) bardzo szybko rozniosła się po całym mieście i okolicznych miejscowościach. Tłum ludzi stał przed bramą przemyskiej Temidy, domagając się natarczywie wejścia do środka. Tylko niektórym udało się przekroczyć próg dziedzińca za specjalną kartą wstępu, w tym rodzinie skazańca. Na podwórzu umieszczona została szubienica, wykonana przez przybyłego z Pragi kata Jana Pipergera i dwóch jego pomocników. O godzinie 6.30 rano pół kompanii wojska 90. Pułku Piechoty i otoczyło miejsce stracenia.

Wykonanie wyroku

Punktualnie o godzinie siódmej rano zjawiła się, ubrana w uniformy, komisja sądowa, w celu przeprowadzenia egzekucji. Przewodniczył jej radca Leszczyński. Następnie wyprowadzono z celi skazańca w asyście silnej eskorty, którą poprzedzał kapelan więzienny. Padła komenda wykonania wyroku. Ze spokojem i rezygnacją szedł skazaniec na miejsce przeznaczenia. Tam przy pomocnicy kata podnieśli go w kierunku zwisającej pętli szubienicy, a następnie założono mu ją na szyję. Kilka minut później już nie żył. Zgon stwierdzili z powagą urzędową lekarze. Kapelan wezwał obecnych do modlitwy za duszę skazańca, który nie uszanował praw boskich, a przez to własnych rodziców zbrodniczą ręką zgładził. Był to drugi przypadek wykonania kary śmierci przez sąd w Przemyślu w XIX wieku od czasu istnienia nowej procedury karnej w Galicji, tj. od 1873 roku.

Reklama

Inna zbrodnia

Tego samego dnia przeprowadzono kolejną rozprawę, a dotyczyła ona dzieciobójstwa. Otóż zarobnica Maria Smoleń pracowała w Nowosielcach. Tam, jako panna, urodziła syna. Skrajna nędza doprowadziła ją do tego, że postanowiła zabić swoje dwumiesięczne dziecko, rzucając je do studni. Za ten czyn sąd skazał morderczynię na karę śmierci przez powieszenie. Prawdopodobnie wyrok ten został potem zamieniony na 20 lat więzienia.


Józef Frankiewicz
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości