Być witrażystą to prestiż, ale i wielkie wyzwanie. Nie każdy może nim zostać. To specyficzny zawód, zarazem kosztowny. Pan Ryszard to klasa sama w sobie. Ma w swoim dorobku ponad 150 witraży sakralnych – wszystkie są finalnym efektem działań jednoosobowej firmy. Do tego szereg spektakularnych konserwacji, by wspomnieć o kościołach w: Krakowie, Rzeszowie czy Leżajsku. Jego prace trafiły nawet na daleką Dominikanę.
– Tak naprawdę nie wiem, czy jest nas mniej, czy jest nas więcej. Wiem jedno: młodym ludziom nie za bardzo się chce. Do tego trzeba mieć iskrę bożą, sporo praktyki i doświadczenia. Aby dojść do pewnego poziomu, trzeba wylać trochę potu.
– Nie sądzę, aby było aż tak źle. Klasyczne witrażownictwo sakralne, oparte na powiedzmy dziewiętnastowiecznej technologii, rzeczywiście staje się niszowe. Ale witrażownictwo to znacznie szerzy zakres prac rzemieślniczo-szklarskich i artystycznych.
– Pracowałem w przemyskiej terenowej pracowni numer dwa Inwest-Projektu w Jarosławiu. Swoją siedzibę mieliśmy przy ulicy Borelowskiego. Po reorganizacji państwa, po upadku systemu, zarówno w Przemyślu, jak i w Jarosławiu, otrzymaliśmy grupowe zwolnienia z pracy. Zostałem bezrobotny. Trzeba było coś robić. Dzięki życzliwości ówczesnego burmistrza miasta, udało mi się znaleźć warsztat przy Rynek 7, niemal vis-á-vis ratusza. Wynająłem lokal na naprawdę preferencyjnych warunkach. Potem czynsze zaczęły rosnąć w zastraszającym tempie i zrezygnowałem z tego miejsca. Znalazłem swoje miejsce w domu, w Wiązownicy, w którym mieszkam do dzisiaj. To już ponad trzydzieści lat pracy w tej profesji[paywall].
– Pracowałem w architekturze, przy desce. Robiłem różne projekty. Tam zdobyłem różne uprawnienia. Witraże sam wymyśliłem. Owszem, deska i szkło to zupełnie dwa różne materiały, ale chciałem się sprawdzić, bo jakieś tam podstawy miałem.
– Ciężko mi sobie przypomnieć. Kiedy sobie już zorganizowałem warsztat w jarosławskim Rynku, pojechałem do Jasła po szkło. To było wówczas znacznie droższe niż dzisiaj. Przywiozłem kilkanaście sztuk w różnych kolorach i pomyślałem: popatrz, jakie to proste. Masz szkło, masz kółko szklarskie, kreśl, projektuj i rób witraże! Wówczas jeszcze nie miałem pieca ceramicznego…
– Są dwa, trzy główne rodzaje szkła witrażowego. Różnią się one ze względu na zmętnienie czy fakturę. To najprostsze porównanie. W tych pierwszych jest tak zwany opal, czyli w pełni zmętniony, choć może występować w różnych kolorach i różnych nasyceniach. Moją jedyną techniką są obecnie witraże sakralne. Na szkle transparentnym, czyli szkle przeźroczystym, ale kolorowym, barwionym emaliami i patynowanym. Na szkło nanosi się kontur czarną farbą. Potem idzie wypełnienie emaliami i patynami. Chodzi o różnicowanie przepuszczania światła. Potem taki kawałek szkła trafia do pieca ceramicznego. Efekt końcowy uzyskuje się po połączeniu wszystkich elementów w ołowianym korpusie czy profilu. Potem się lutuje, kituje i czyści. Szkło jest materiałem mało plastycznym.
– Trzeba przyjąć, że powstanie metra kwadratowego średnio skomplikowanego witrażu sakralnego zajmuje średnio dwa tygodnie.
– Pracuję u siebie w domu. Nie mam wyjątkowych warunków, ale się do nich przyzwyczaiłem. Najważniejsze narzędzia mam. Najważniejsze to zdolność przewidywania i zaprogramowania w głowie całej roboty. Mam oczywiście kółka szklarskie, wiele szkła, farby, pędzle. Te ostatnie są różne, łącznie z tymi do patyny, które są bardzo drogie. No i oczywiście piec ceramiczny, który musi osiągać temperaturę minimum 600 stopni Celsjusza.
– Nie. Nie spotkałem się z taką sytuacją. Owszem, były naprawdę trudne prace konserwatorskie. Każdy witraż jest wyzwaniem.
– Jest kilka takich witraży. Jestem dumny choćby z witrażu w kościele parafialnym w Medyce czy Muninie. No, mógłbym jeszcze kilka wymienić. Są też takie moje witraże, których nie widziałem. Tak, to prawda. Witraże najlepiej się ocenia czy odbiera, kiedy są zamontowane. Wówczas światła zupełnie inaczej współgrają. Światła naturalne. Takim przykładem jest choćby cykl witraży na Dominikanie. Niestety, nie jestem w stanie zobaczyć ich na żywo.
– Przede wszystkim trzeba chcieć i lubić to robić. Trzeba się w tym dobrze czuć. Włożyć całe serce. Potrzebny jest wewnętrzny upór, wiele samozaparcia, zdolności plastyczne, estetyka kolorystyczna, wizja i spora wyobraźnia. Z pewnością też wiele cierpliwości i dokładności. Wiele tych wymagań, ale to ciężka praca. Pot i łzy. Jeśli się chce na tym tylko zarabiać, to się nie uda.
– Tak, kiedy przechodziłem na emeryturę. Powiedziałem sobie, że właśnie kończę ostatni witraż i zaczynam jeździć na ryby. No, niestety, ciągnie wilka do lasu. Bez pracy człowiek znacznie szybciej kapcanieje, więc nie mam co narzekać.
– Bezwzględnie tak. Zachęcam wszystkich młodych ludzi, którzy czują to, mają w sobie pokłady kreatywności i pomysłowości, do podjęcia tego wyzwania.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze