Reklama

„Złów i wypuść” szansą dla ZEK?

02/03/2020 12:33

Jego droga do Radymna wiodła z Zamościa, przez Kraków, i choć mieszka tu od niedawna, a ze środowiskiem wędkarskim związany jest jeszcze krócej, ma kilka pomysłów na to, by na tutejszym akwenie wędkowało się lepiej. Koncepcja stworzenia na zbiorniku ZEK strefy „no kill” przepadła wprawdzie na ostatnim walnym zgromadzeniu PZW, ale on i kilku jego znajomych zapowiadają, że w tej kwestii nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Rozmawiamy Mateuszem Wojtakiem.

Skąd u ciebie wędkarska pasja?

– Wędkować uczył mnie mój dziadek jeszcze w moim rodzinnym Zamościu. Przez pewien czas mieszkałem w Krakowie, tam nie miałem takich możliwościowi, a teraz mam pod nosem i ZEK, i San, więc stwierdziłem, że warto wrócić do tego wędkowania.

 

Jakie są wady i zalety ZEK-u. To jest dobre miejsce do wędkowania?

– Według mnie to bardzo ciekawy zbiornik. To nie jest dwuhektarowa sadzawka. Tej wody jest tu 50 – 70 hektarów, jest spokój, można siąść z wędką i nikt ci za bardzo nie przeszkadza, dlatego właśnie, że ten zbiornik jest duży. Nie jest to, jak mówią wędkarze, typowe „akwarium”, żeby coś złapać trzeba się tu trochę napracować, coś wiedzieć o tej wodzie.

Reklama

 

Podobno każdy wędkarz anegdotami na temat tego, co złowił lub mu się z haczyka zerwało, sypie jak z rękawa. Masz taką rybę, która szczególnie zapadła ci w pamięć?

– Tych historii rzeczywiście jest sporo, ale[paywall] trudno wybrać jedną. Do tej pory największą rybą, jaką udało mi się wyciągnąć, był 20-kilogramowy karp, złapany na prywatnym łowisku. Historia jest o tyle śmieszna, że wyciągnąłem właśnie jedną rybę i wywoziłem pontonem drugi zestaw, a w tym czasie miałem branie. Dopłynąłem do brzegu, złapałem wędkę i poczułem opór dużej ryby i rzeczywiście te 15 – 20 minut trzeba było się męczyć, żeby ją wyciągnąć.

Reklama

 

Spotkaliśmy się jednak nie po to, by snuć opowieści o przygodach z wędką, lecz by porozmawiać o strefie „no kill”, którą chciałbyś ustanowić na ZEK-u. Co to w ogóle jest?

– Strefa „no kill”, czyli mówiąc najprościej „złów i wypuść”. Oznacza to takie sportowe, rekreacyjne łowienie. Łowisz dla przyjemności, robisz zdjęcia i wypuszczasz, a ryba może się dalej rozmnażać, cieszy też innych wędkarzy, a nie tylko ciebie jednorazowo. Początkowo chcieliśmy nią objąć cały zbiornik, ale już wtedy wiedzieliśmy, że będzie duży sprzeciw, bo sporo jest takich wędkarzy, którzy lubią wziąć rybkę. Zresztą ja nie mówię, żeby nie brać, ale ZEK jest łowiskiem wyeksploatowanym, są tu ryby w zasadzie tylko w wymiarach ochronnych, dolnym i górnym, więc chcieliśmy, żeby dzięki temu rozwiązaniu populacja ogólna ryb – i karpia, i szczupaka, i sandacza – się odbudowała, żeby w sytuacji, kiedy związek zbiornik zarybił, ta ryba miała szansę rozwoju i rozmnożenia i przetrwania dłużej niż rok czy dwa.

Reklama

 

Wydawało się, że pomysł ma szansę na realizację, bo wielu wędkarzy w mieście wyrażało się o nim z aprobatą...

– Niestety, kiedy złożyliśmy ten wniosek, na walnym zgromadzeniu PZW koła w Radymnie pojawiło się wiele głosów „po co, dlaczego”? Zmieniliśmy więc wniosek zakazu całkowitego zabierania ryb na części ZEK-u, od cypla harcerskiego w stronę Sanu, na zakaz zabierania karpia i amura z całego zbiornika. Tu był już mniejszy sprzeciw, ale i tak nie udało się tego przegłosować.

Z tym pomysłem trzeba jednak ludzi oswajać, bo zbiorniki „no kill” to jest przyszłość. Jak grzyby po deszczu powstają łowiska komercyjne i coraz więcej ludzi z nich korzysta. Jeśli masz wolny jeden weekend w miesiącu, to jadąc na ryby, chcesz coś złowić. A jeśli jeszcze chcesz pasją zarazić dziecko, no to wiadomo, że dzieci mają mniej cierpliwości, a na prywatnym łowisku brań będzie więcej i jest większa szansa wyciągnięcia ryby niż np. na ZEK-u.

Reklama

 

Straż rybacka to w mieście kolejna nowość, w którą jesteś zaangażowany. Po co ona komu i czym się zajmuje?

– Ja myślę, że już sama myśl, że w Radymnie jest taka straż, powinna zadziałać odstraszająco na amatorów łowienia poza regułami. Wiadomo, że trzeba sprawdzić tych, którzy nie opłacają karty, a łowią albo skontrolować to, na ile wędek ktoś łowi, a przy okazji zobaczyć, czy wokół łowiska utrzymuje się porządek, czy jakieś sieci nie są zastawiane. Ostatnio słyszy się dużo o wędkach elektrycznych, które też są bardzo dużym zagrożeniem dla łowisk.

Reklama

 

Wiemy już, że wędkarze z Radymna na strefę „no kill” w tym roku się nie zgodzili. Co zatem dalej?

– Na pewno się nie poddajemy, mamy dwa plany, żeby można to było jakimś innym sposobem załatwić, ale na razie nie chcę tego zdradzać. Na pewno będziemy działać, bo chcemy, żeby poprawiła się populacja ryb w ZEK-u. Mamy jeszcze trochę czasu do następnego zebrania, żeby przedstawić skuteczne argumenty i wierzę, że nam się w końcu uda wprowadził tę strefę.

 

Dziękuje za rozmowę


pac
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Szczupak - niezalogowany 2020-03-02 13:54:16

    Pseudoeko dobiorą się w końcu i wędkarzom do czterech liter, a nie tylko obrali sobie za cel myśliwych.  Wtedy dopiero będzie wielkie larum....jak to, to już rybki w gliniance nie można sobie złowić i zjeść ???

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    haha - niezalogowany 2020-03-02 16:05:16

    ha,ha

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    haha - niezalogowany 2020-03-02 16:08:05

    Panie Szczupak cóż z tego że ma pan racje jak panu drapieżcy każą jeść brukselkę albo....szczaw. A najgorsze to nie jest to ,że któś coś takiego idiotycznego wymyślił tylko, że redaktór B...ek to zaraz opisze a tatuś wprowadzi. brrrr....

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama