Nie ma kompletnie żadnego znaczenia, czy mecz przegra się jednym punktem, czy czterdziestoma. Porażka jest porażką. Mimo że Kotwica na własnym parkiecie myliła się wielokrotnie, wyciągała rękę do gości, ci nie byli w stanie tego wykorzystać. Była walka, były chęci i ambicja, ponownie zabrakło umiejętności, aby wreszcie przerwać koszmarną serię porażek. To już 11. z rzędu.
Przemyślanie wyjechali nad Bałtyk ponownie w personalnych strzępach. W ledwie 9-osobowym składzie. Wiktor Majka i Łukasz Uberna zagrali łącznie niecałe 8 minut. Trener Daniel Puchalski miał więc w rotacji na dłuższym dystansie ledwie siedmiu graczy. Aby sięgnąć po wygraną w Kołobrzegu, ci musieli do minimum ograniczyć błędy własne, zachować przyzwoitą skuteczność, bić się na deskach, uważać w obronie. Jakie były tego efekty? Otóż: 40-procentowa skuteczność z gry, ledwie trzy celne rzuty zza linii 6,75 m, 12 niecelnych rzutów osobistych (16 celnych na 28 wykonanych). 10 strat, ale w niezwykle istotnych momentach. Przy takich nędznych osiągach Przemyskie Niedźwiadki przegrały to spotkanie ledwie 5 punktami. O czym to świadczy? Ano o tym, że po raz kolejny nie byli w stanie wykorzystać słabości rywala, bo wahający się do ostatnich sekund wynik pokazuje, że popularni Czarodzieje z Wydm byli jak najbardziej do pokonania. Ale do tego potrzeba nie szczęścia, a umiejętności. Bo szczęście sprezentować im chcieli sami gospodarze. Nie potrafili go wziąć… W decydujących momentach otwierali kołobrzeżanom autostradę do łatwych punktów. I polegli.
Sędziowali: Tomasz Konopacki (Szczecin), Paulina Drop i Mikołaj Makowski (oboje z Poznania). Widzów: 1200.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze