Reklama

Została przywieziona do Polski z Ukrainy. Uciekła. Czy Aza jeszcze się odnajdzie?

Od początku wojny na Ukrainie ogromny odsetek społeczeństwa stara się robić wszystko, by zabezpieczyć nie tylko uchodźców, którzy szukają schronienia w sąsiednich krajach, ale i zwierzęta, które również niczym nie zawiniły.

Pan Vlad stworzył we Lwowie przytułek dla bezdomnych zwierząt. Dał im schronienie, zadbał o ich wyżywienie, zatroszczył się o ich zdrowie.

Gdy wybuchła wojna, z ulgą przyjął informację, że istnieje w Polsce fundacja o nazwie Centaurus, która przejmie od niego przynajmniej część zwierzaków. W końcu nie mógł być pewien, czy za kilka godzin, dni czy tygodni sam nie będzie musiał iść, by walczyć za swoją ojczyznę.

Z racji, że wszystko odbywało się niezwykle szybko, wręcz „na wariackich papierach”, wolontariuszom, którzy się u niego pojawili, przekazał[paywall]pod opiekę 28 psów. Jedyne, co mógł zrobić, to sfotografować zwierzaki. Naprędce opisał też ich charakter, dołączył informacje o szczepieniach. Każdy z psów miał też oznaczenie w postaci kolczyka, które za naszą wschodnią granicą funkcjonuje jako czip.

Psy wyjechały, a pan Vlad twierdził, że stracił kontakt z fundacją. Dopytywał o stan zwierząt tak często, że jego profile i numer zostały zablokowane. A przecież chciał on jedynie wiedzieć, czy są bezpieczne, czy znalazły domy tymczasowe.

 

Reklama

Pani Maria

Jest osobą czułą nie tylko na krzywdę ludzką, co każdego dnia udowadniała, pełniąc wolontariat na przemyskim dworcu, ale i na zwierzęcą.

Jak opowiada, w pierwszym tygodniu po wybuchu wojny, podczas przejazdu trasą Torki – Medyka, zauważyła biegającego po polach psa w typie owczarka, który wydał jej się bardzo zagubiony.

Zatrzymała się i chciała do niego podejść. Zauważyła kolczyk i od razu skojarzyła, że może to być pies odłowiony z Ukrainy.

Ponieważ nie dał się złapać, zrobiła mu zdjęcie i umieściła na profilach w mediach społecznościowych, które zajmują się nagłaśnianiem zaginięć zwierząt. Zgłosiła problem również straży miejskiej i policji, te jednak odmówiły akcji odłowienia zwierzęcia przez wzgląd na oczywiste wtedy kwestie – konieczność zabezpieczenia regionu i licznie napływających uchodźców.

 

Reklama

Aza

Jak się okazało, pan Vlad, tknięty przeczuciem, że coś może być nie tak, starał się dowiedzieć czegokolwiek odnośnie losu przekazanych przez niego zwierząt.

W trakcie poszukiwań natrafił na informację pani Marii o błąkającym się psie. Skontaktował się z nią i jak się okazało, była to Aza – jeden z 28 psów, które miały trafić do fundacji Centaurus i być przez nią zaopiekowane.

 

Co na to fundacja?

Otwarcie poinformowała nas o liczbie ocalonych psów i kotów. Przekazała też, że jeśli chodzi o psy z Ukrainy, istnieje możliwość ich adopcji, ale starają się wydawać je do innych organizacji. Jednak, jeśli ktoś zapewni psu dobry dom, najlepiej z ogródkiem, albo mieszkanie – rozważają tę kwestię.

– Nie oddajemy psów do kojców, na łańcuch, do hodowli – dodali. – Szukamy rodzin, które stać na leczenie, bo jednak tego psiaki wymagają. Trzeba bowiem brać pod uwagę, że nawet, jeżeli są to psy, które miały kwarantannę, mogą wymagać opieki weterynarza. Dużo naszych psów jest wciąż w klinice.  (...) Ewakuowaliśmy schroniska, wyłapywaliśmy psy na ulicach.

Reklama

 

Aza ucieczkę ma we krwi

Gdy zapytaliśmy o Azę, również uzyskaliśmy jasną, konkretną odpowiedź.

Zdaniem fundacji sprawa jest bardzo złożona. – Jeśli chodzi o Azę, to był jeden z pierwszych konwojów. Wyjechało wtedy niemal 300 samochodów z wolontariuszami z całej Europy. Otrzymywali od nas wszystko. Zwrot za paliwo, naklejki konwoju humanitarnego, legitymacje fundacji.

To był początek wojny, a komunikacja z kimkolwiek była bardzo trudna. Aza nie dojechała do nas za pierwszym razem. Jak się okazało – jeden z wolontariuszy chciał ją zostawić dla siebie. Schował psa, a gdy po niego wrócił, Aza mu uciekła. Sam się do tego przyznał kilka tygodni później.

W międzyczasie, wszyscy obrzucali nas oskarżeniami – podkreśla pracownica fundacji. – Aza jednak nie wjechała wówczas na nasz teren. My i tak wynajęliśmy i sfinansowaliśmy człowieka do pomocy. Wszyscy nasi ludzie chodzili szukać Azy.

Wreszcie, po około trzech tygodniach, nasz pracownik z Ukrainy – nie wolontariusz – złapał psa. Przewieźliśmy ją natychmiast do naszego folwarku do Szczedrzykowic. Chodziła na spacery, koniecznie w szelkach, by znów nie znikła. Niestety, Aza któregoś dnia wyrwała się z nich i dała nogę... Nie mamy na to wpływu. Ma chyba ucieczkę we krwi...

Z całym przekonaniem nie zgadzamy się więc ze słowami, iż mieliśmy podejmować się niewłaściwych działań wobec Azy, wykazać brak zainteresowania jej ponownym poszukiwaniem oraz nie informować opiekuna psa ze Lwowa odnośnie jego losów. (...) Pomoc nie jest wybiórcza, staramy się pomagać setkom psów z Ukrainy i robimy wszystko, by właściciele wiedzieli, co się z nimi dzieje.

Mamy pod opieką kilkaset innych zwierząt w całej Polsce. Rozumiemy, że właściciel jest związany z Azą emocjonalnie, ale nam naprawdę chodzi o psa. Szukaliśmy jej, rozwiesiliśmy ponad 500 ogłoszeń, obiecaliśmy nagrodę. (...).

Nadal mamy nadzieję, że się odnajdzie.


MR
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama