– Historią przesiąkłem za sprawą dziadków – mówi Przemyślanin Marek Niedźwiecki


Choć ma wykształcenie techniczne, ścisły umysł nie przeszkadza mu w penetrowaniu lokalnej historii. Bakcyla połknął za sprawą dziadka – ułana, któremu zawdzięcza też inną swoją pasję, jaką jest wytwarzanie replik szabel historycznych. Z Markiem Niedźwieckim rozmawiamy o lokalnych projektach filmowych, których pewnie by nie było, gdyby nie to, że potrafi „dokopać” się do przeciekawych, mało znanych wątków związanych z Przemyślem i ludźmi, którzy tworzyli historię tego miasta, a także o tym, czy Przemyśl może mieć swój „złoty pociąg”, który zapewni mu marketingowy sukces.


Panie Marku, Przemyśl najprawdopodobniej znów trafi na ekrany, tym razem za sprawą filmowców Janusza Petelskiego i Piotra Kościńskiego, którym, razem z Januszem Łukasiewiczem, podsunęliście pomysł wykorzystania jego potencjału w powstającej produkcji filmowej „Lwów 1939”.

– Tak, Fundacja Lelewela z Warszawy, z którą związani są panowie, nakręciła już dwa dokumenty fabularyzowane – pierwszy to „Wilno 1939”, drugi „Grodno 1939”. Kilka lat temu rozpoczęli prace nad kolejnym projektem – „Lwów 1939”. Jednak przerwały je pandemia i wojna. Aktualnie wrócili do tematu i szukali miejsca, które mogłoby zagrać Lwów. Przemyśl w te poszukiwania idealnie się wpisuje. Panowie mieli kontakt z Januszem Łukasiewiczem, z którym współpracuję przy naszych lokalnych filmach (najgłośniejszy to „Zablokować most” w reżyserii Przemyślanina Roberta Młynarskiego – przyp. aut.). Wspólnie zaprosiliśmy filmowców do Przemyśla i obeszliśmy wszystkie zakamarki miasta, które można z powodzeniem wykorzystać w powstającej produkcji. To choćby ulica Smolki, Tarnawskiego... To podwórka pomiędzy Smolki i Słowackiego, które mają wyjątkowy klimat, oddający klimat Lwowa z 1939 roku. Takich miejsc mamy więcej. Wizyta okazała się więc bardzo owocna. Już mamy potwierdzenie, że sceny do realizowanej produkcji będą kręcone w Przemyślu.

Pana historyczne zacięcie, połączone z naturalną ciekawością tego, co związane z przeszłością miasta, przyniosło dotąd wiele innych fantastycznych owoców. Można powiedzieć, że jest Pan strażnikiem lokalnej historii, której arcyciekawe wątki skutecznie wyszukuje Pan w różnego typu źródłach, co potem przekłada się na filmowe – i nie tylko – projekty. Pokłosiem Pana historycznych poszukiwań jest chociażby pamiątkowa tablica przy budynku Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, poświęcona Węgrowi Emanuelowi Aladarowi Korompayowi...

– Mam w tym swój skromny udział. Kiedy byliśmy prezentować film „Zablokować most” w Niemieckim Konsulacie Generalnym w Krakowie, udało się nam nawiązać kontakt z konsulem Węgier. To on opowiedział mi o kolejnej postaci związanej z Przemyślem, na wskroś filmowej. Pokłosiem tej rozmowy był artykuł, jaki napisałem. Jego główny bohater to Emanuel Aladar Korompay, który w czasie I wojny światowej stacjonował w Twierdzy Przemyśl. To kolejna nieznana postać związana z Przemyślem – Węgier z pochodzenia ożenił się z mieszkanką Stubna. Po I wojnie światowej został w Przemyślu i jako polski oficer brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej. To właśnie jemu zawdzięczamy podstawy hungarystyki w Polsce i pierwszy słownik polsko-węgierski. We wrześniu 1939 znów wstąpił do polskiej armii i bronił naszego kraju, a w efekcie dostał się do niewoli radzieckiej i poniósł najwyższą cenę. Mój artykuł trafił do marszałka województwa i stał się jednym z argumentów, by w Przemyślu zawisła tablica upamiętniająca tę tragiczna postać.

Skąd u Pana taka fascynacja historią?

– To chyba zasługa dziadków. Ci od strony ojca przeżyli Wołyń, dziadek od strony mojej mamy był ułanem jazłowieckim we Lwowie w 1939 roku. Te opowieści o przeszłości były ze mną od małego. Fascynacja historią nie przeszła mi także w szkole. Dużo czytałem, dużo szukałem w książkach i opracowaniach. A jako dorosły facet nieco podniosłem sobie poprzeczkę. Poszukiwań historycznych nie chciałem ograniczać tylko do podręczników. Dokopywałem się do pewnych rzeczy, drążąc różne źródła. Często efekt moich poszukiwań to dzieło przypadku. Jak choćby historia dwóch oficerów Wehrmachtu – porucznika Alberta Battela i majora Maxa Liedtkego, na której oparty został scenariusz filmu „Zablokować most”.  Pamiętam, że przygotowywałem wystawę dla archiwum przemyskiego i przypadkiem wpadła mi w ręce fotografia dwóch oficerów niemieckich, opatrzona notatką, że wdali się w konflikt z gestapo i SS, broniąc przemyskich Żydów. Ponieważ w życiu o tym nie słyszałem, zacząłem szukać szczegółów. Okazało się, że ta historia była opisywana w jednej z gazet ogólnopolskich w 90. latach. Przekopałem potem niemal cały internet i okazało się, że historia znana jest w Brazylii, Hiszpanii, a u nas nic o niej nie wiemy. I tak to się zaczęło, a pokłosiem był film. Podobnie było z historią o księdzu pułkowniku Józefie Panasiu, na kanwie której też powstaje przemyski film „Chory na Polskę”. To postać bardzo barwna i bardzo ważna dla Przemyśla.

Takich przemyskich historii jest pewnie dużo więcej...

– Tych do dziś nieodkrytych mam w zanadrzu jeszcze kilka. Być może też będą miały szansę stać się kanwą filmowych opowieści.

A skąd u Pana dość nietypowa pasja do wytwarzania replik szabli?

– Tu znów wrócę do dziadka ułana. Miał dwie szable ułańskie i one były w rodzinie do lat 60. W trakcie przeprowadzki z Rzeszowa do Żurawicy zginęły w transporcie. Dziś za taką szablę trzeba by zapłacić od 20 do 30 tys. zł. Kiedy więc przeprowadziłem się na wieś, wygospodarowałem miejsce na warsztat, w którym repliki szabel zdecydowałem się robić samodzielnie. Mam ich na koncie całkiem sporo, tak jak i mieczy. Początkowo robiłem je wyłącznie dla siebie, ale okazało się, że zainteresowani są nimi także pasjonaci czy osoby ze środowiska rekonstruktorów. Szable, które wykonuję, wiernie oddają broń z tamtego okresu, bo ściśle trzymam się regulaminu. Trochę się tym bawię i mam z tego sporą satysfakcję.

Zna Pan receptę na to, jak ciekawie opowiadać o lokalnej historii, by uczynić ją częścią naszej wspólnej codzienności?

– Dziś, przy ogromnym szumie informacyjnym, ciężko się przebić z tematami historycznymi. Ale może inspiracją powinna być dla nas historia Wałbrzycha i legendarnego złotego pociągu, który miał wyjechać z Wrocławia w kierunku Wałbrzycha na przełomie 1944 i 1945 roku, skrywając złoto i cenne dzieła sztuki (to legenda, która w 2015 roku przyniosła Wałbrzychowi globalny rozgłos; mimo że składu do dziś nie odnaleziono, historia trwale zmieniła pozycję tamtego regionu, stając się marketingowym hitem – przyp. aut.). Kiedyś w rozmowie z dziennikarzem starosta wałbrzyski, na pytanie „i co z tym złotym pociągiem”, odparł „pociągu nie było, nie ma i pewnie nie będzie, ale my go już nie potrzebujemy, bo spowodował to, że od 10 lat mamy pełne obłożenie turystów”. W Przemyślu mamy historię legendarnego, ukrytego na terenie Twierdzy Przemyśl austriackiego skarbu i jej dowódcy generała Kusmanka (zwanego przez miejscowych Kuśmankiem), którą opisałem na swoim blogu (marekniedzwiecki5.wixsite.com). Według austro-węgierskich przepisów Twierdza musiała mieć zabezpieczone pieniądze i kosztowności na pół roku do przodu, jeśli chodzi o żołd. Część z nich została ukryta. Gdzie? Tego nie wie nikt. Generał po powrocie z niewoli był oskarżony o nierozliczenie się z kasy Twierdzy. Nie przyznał się i został uniewinniony. W 1927 do polskiego rządu zgłosił się Austriak – niejaki Kalman, który twierdził, że wie, gdzie kosztowności są schowane. Obiecał wskazać je za określony procent znaleźnego. Niestety miejsca, jakie pokazał, były już wyczyszczone. Po wojnie forty zostały gruntownie przeszukane, ale również nie natrafiono na ślady kosztowności. Nie pojawiły się też na żadnych aukcjach. Może więc skarb Twierdzy Przemyśl nadal spoczywa w granicach miasta i przy odpowiednim nagłośnieniu może stać się przemyskim „złotym pociągiem”? 

Tego powinniśmy sobie życzyć. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 18/10/2026 16:27

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się