Rejs z Singapuru do Japonii na pokładzie „Daru Młodzieży”, miesiąc w alpejskim sanktuarium, a potem pomoc przy budowie kościoła w Indiach. To dla młodego prawnika z Radymna Przemka Puzio wciąż mało. Po duchowych konsultacjach z Bogiem i samym sobą postanowił zawiesić dobrze zapowiadającą się karierę i ruszyć na misję do chilijskich slumsów. Co go tam poniosło? Staramy się dowiedzieć w rozmowie.
Nosi cię po świecie?
– Zdecydowanie tak. Choć to ciekawe – nie wiem, skąd się to wzięło. Pierwszy raz za granicę pojechałem 4 lata temu, mając 20 lat, gdzie przecież we wsi obok jest przejście graniczne. A teraz? „Nasty” kraj, kolejny kontynent. Raz, gdy wybrałem się do znajomego do Rzymu zobaczyłem, że samoloty nie są straszne, a przekraczanie granicy to nic takiego. I zaczęło się… Sylwester w Wiedniu z kumplem, na antybiotyku, przespany na dworcu, bo już wszystkie możliwe pokoje były zarezerwowane, Wielkanoc w Rzymie ot tak, podróże autostopem. Im „głębiej w las”, tym coraz[paywall] bardziej absurdalnie się robiło. Później pływałem po Morzu Południowochińskim i Oceanie Spokojnym jako marynarz na pokładzie „Daru Młodzieży”, przemierzając trasę od Singapuru, przez Hongkong, do Japonii, gdzie w każdym z tych miejsc spędziłem trochę czasu. Idąc dalej, przez miesiąc mieszkałem w Alpach w sanktuarium, później miesiąc spędzony w indyjskiej wiosce. Niecały miesiąc udało mi się spędzić też w Panamie. I to wszystko w niecałe trzy lata.
W Indiach budowałeś… no właśnie Kościół czy kościół?
– Chyba jednak Kościół. Kiedy wyruszyłem do Indii razem z ośmioma innymi osobami w zasadzie z całej Polski, mieliśmy plan wybudować w chrześcijańskiej wiosce położonej w Indiach kościół. Nie było to żadne nawracanie krzyżem, siłowa chrystianizacja. Jechaliśmy do wspólnoty ludzi o głębokiej wierze, która po prostu pragnęła mieć miejsce do wspólnych spotkań modlitewnych. Często też im to podkreślałem – „nie jestem tu po to, żeby czegoś cię nauczyć, coś w tobie zmienić – po prostu usłyszałem na końcu świata, że potrzebujesz pomocy i jesteś moim bratem/siostrą w wierze”. Byłem tak ostrożny, bo wcale nie dziwiłem się ich reakcjom – no bo jak, przyjeżdża z końca świata prawnik, teolog, psycholog, fizyk i inni ludzie po uniwersytetach, to jaki oni mają cel? To musi być jakiś podstęp! Ale minął dzień, dwa i zobaczyli, że mimo naszej nieporadności naprawdę mamy dobre zamiary. To dało się zmierzyć ilością potu czy kilogramami przeniesionych kamieni. Po obiedzie ruszaliśmy w teren po to, żeby zająć się dzieciakami – wioska z końca świata nagle stawała się centrum rozrywkowym – oczywiście nie dzięki naszej animacji, ale dzięki energii tych dzieciaków. Miejscowy ksiądz proboszcz upatrzył sobie mnie i tylko powtarzał: „Przemek, zostań tu na księdza”. Także miałem już w swojej karierze nawet propozycję pracy jako wikariusz. Może wpiszę to w CV?
Oprócz pracy fizycznej, pracy duchowej twój czas w Indiach to także zetknięcie się z odmienną kulturą. Podasz nam trochę Indii w pigułce?
– W tym specyficznym regionie, w którym byłem, da się zauważyć ciekawe przypadki przenikania się chrześcijaństwa i hinduizmu; na przykład habit zakonnic jest klasycznym sari z dodatkiem krzyża, z kolei system kastowy dzięki odmiennej religii został w zasadzie wyparty. W tym regionie to mężczyzna wnosi posag do małżeństwa, przejmuje nazwisko żony i zamieszkuje u niej. Je się bardzo tłusto, dodaje się mnóstwo cukru – a mimo to często widać na tych ludziach samą skórę i kości. Obrazem, który chyba najbardziej wbił mi się w pamięć, są sklepy mięsne – są to drewniane kioski, w których mięso zawiesza się na sznurku i tak wisi ono na słońcu w 35 stopniach czasem przez kilka dni, bez żadnego zabezpieczania, na świeżym powietrzu bez folii czy nawet szyby.
Wspomnienie z Indii, które zostanie na całe życie?
– Może nie wspomnienie, a osoba, a właściwie dwie osoby: Bahduh i Phibansaki. Bahduh to mój rówieśnik – nadzorował naszą budowę, nieustannie się uśmiechał. Bahduh nie próżnuje. Jest katechetą, przygotowuje dzieci i młodzież do sakramentów, chodzi na strajki związane z prawami człowieka (np. na marsze ekologiczne – co ciekawe, katolicy są właśnie tą grupą społeczną, która najbardziej zabiega w Indiach o ekologię). To człowiek orkiestra, wszędzie go pełno, a przy tym jest niesamowicie skromny. Phibansaki to z kolei 10-letnia dziewczynka – arcytalent. Codziennie o 6 rano Phibansaki była już w kościele. Animowała śpiew, bo dorosłym czasem nie szło. Jakiego konkursu bym nie zorganizował, zawsze była najlepsza. Powiedziałem jej „wiesz Phibansaki, że będziesz kolejną Rihannną albo Beyonce”? A ona tylko odpowiedziała: „a kto to?”. Mam przekonanie, że gdyby mieszkała na Zachodzie, zrobiłaby niesamowitą karierę. Pamiętam, jak już wyjeżdżałem i bardzo mocno płakałem, bo wszyscy bardzo się związaliśmy. Phibansaki z mądrością staruszki przytuliła mnie i powiedziała: „Przemek, obiecaj, że nie będziesz już płakał”. Chyba ten niedostatek sprawia, że te dzieci jakby od urodzenia mają dojrzałość i takt wobec innych. Z kolei najbardziej specyficznym miejscem, jakie zobaczyłem, była wioska Lawhleng. To jedna z 18 wsi, za którą odpowiadał nasz proboszcz. Raz nas tam zabrał. Trzy godziny drogi przez totalne odludzie, dżunglę, błoto, w którym nieraz się zakopaliśmy i myśleliśmy, że już ugrzęźliśmy na zawsze. Po tej ciężkiej przeprawie nagle się okazało, że na tym końcu świata ktoś mieszka! Mała wioska to 100 katolików. Zupełnie samowystarczalni, opuszczeni. Wszyscy są dla siebie rodziną. Oczywiście nie mówili po angielsku, ale kiedy spytałem innych, jak szukają sobie małżonka, powiedzieli, że jadą do miasta na zakupy i przy okazji szukają żony czy męża. Ta jedna, życiowa wyprawa do sklepu musi być naprawdę niesamowita.
Od jakiegoś czasu trwa misja „Puśko w Chile”. Dlaczego akurat Chile? Co tam będzie robił biały prawnik?
– Zdecydowałem się na wolontariat z Domami Serca. To kościelna organizacja dla świeckich misjonarzy. Wylatuję 15 stycznia na 14-miesięczny wolontariat. Zamieszkam w slumsach i po prostu tam będę. Tak jak Pan Bóg mówi o Sobie „Jestem, który Jestem”, tak chcę brać z Niego przykład i po prostu być. Nie jest to pomoc projektowa, jak ta budowa kościoła. Przekonałem się o tym najlepiej, że nie o dobro materialne w tym wszystkim chodzi, ale o duchowe, czyli o relacje, które łączą ludzi. Choć oczywiście do naszego Domu Serca w Chile też będziemy zapraszali ludzi z dzielnicy na kolacje, które w jakimś aspekcie stanowić będą pomocą materialną. Oprócz tego raz w tygodniu będę chodził odwiedzać więźniów w zakładzie karnym oraz chorych w szpitalu dla osób z porażeniem mózgowym. Nie jadę podróżować. Jadę wejść w życie tych osób. Przed wyjazdem składam przyrzeczenie ubóstwa. Będziemy żyć, jeść, mieszkać tak jak oni. Tylko wtedy nasza relacja z nimi może być szczera i czysta. Domy Serca mają szczególny charyzmat współczucia i pocieszenia. Nim chcemy żyć, je chcemy nieść. Dlaczego Chile? Wybrano za mnie. Ze swojej strony dałem dyspozycję wyjazdu, wyraziłem gotowość, mówiąc „poślijcie mnie, gdziekolwiek będę potrzebny”. Trafił się koniec świata, który momentami przeraża z racji trzęsień ziemi, tsunami, ale wierzę, że jestem powołany do tego kraju, a nie tylko wylosowany.
Potrzebujesz teraz wsparcia? W pewnym momencie w internecie funkcjonowała twoja zbiórka?
– W zasadzie niezbędne fundusze są już uzbierane. Przez cały okres misji można wspierać daną misję przez formularz na stronie www.domyserca.pl – jeśli uzbiera się odpowiednia kwota, to wolontariusz może zorganizować jakiś projekt tam na miejscu, choćby kolonię dla dzieci ze slumsów. Ale przede wszystkim modlitwa! Bez tego nie mam nawet co jechać na lotnisko. Ja też zapewniam o wsparciu przez cały okres – misja ma też wymiar kontemplacyjny, każdego dnia będzie się spędzać godziny na modlitwie, dlatego gdyby ktoś potrzebował wsparcia, śmiało można pisać na mojego e-maila: przemyslawpuzio1@gmail.com, jak dorwę się do internetu, to na pewno odpiszę.
To jest sposób na życie czy raczej formuła pozytywnego wyszumienia młodości? Myślałeś o tym, co będziesz robił za 5, 10, 15 lat?
– Czas zweryfikuje. Jednak wydaje mi się, że przecież nie mam przed czym uciekać, nie mam takiego poczucia, że do niczego się nie nadaję. Nie jest to ucieczka. Może to właśnie ostatni taki moment. Wiem, że gdybym nie zrobił tych rzeczy i nie był w tych miejscach, pod koniec życia czułbym jakąś gorycz. Teraz już wiem, że te miejsca na mnie czekały i mnie ukształtowały. A może w którymś momencie i miejscu odkryję, że tam jest moje życie?Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Najlepiej do WUHAN tam nie ma wirusa
Witaj Januszku