W tym roku fragment „życiowej” redakcji zawędrował do trzeciego co do wielkości miasta Unii Europejskiej. Miasta, w którym historia przeplata się z nowoczesnością. Miasta, które nigdy nie śpi. Do Rzymu.
Oj, gdyby nasza redakcja mieściła się w stolicy Włoch, nasza „szóstka” z policyjnymi informacjami musiałaby raczej ewoluować w osobny biuletyn, by opisać to, co dzieje się na ulicach Rzymu. Chociaż z drugiej strony, mimo szybkiej, rzadko przepisowej jazdy, przez 4 dni pobytu w Wiecznym Mieście, nie byłam świadkiem żadnego wypadku, co w moim odczuciu graniczyło z cudem. Na rzymskich drogach bowiem dzieje się dużo. Pasy – są umowne. Przejścia dla pieszych – niby są, ale czekając na zielone można zakwitnąć jak oleander. Auta trąbią dla samego trąbienia. I te irytujące dźwięki karetki... W tym przypadku „koguty” polskich służb są naprawdę przyjemne dla ucha.
Nie skłamię, gdy powiem, że rzymskie uliczki mają niepowtarzalny klimat. Surowe, lecz emanujące ciepłem stare mury, po których pną się śródziemnomorskie rośliny dając cień miejscowym i turystom, robią fenomenalne wrażenie. Bruk, po którym stąpali bogacze i biedni, Włosi i obywatele chyba wszystkich państw świata – miejscami aż wyślizgany z użytkowania – wymusza na piechurach wygodne obuwie. Ogródki knajp i restauracji, również oplecione powojami, delikatnie muśnięte ciepłym światłem lampek ogrodowych zachęcają do odwiedzin. Podobnie zresztą jak obsługa, która przyjaźnie i nienachlanie proponuje włoskie specjały i zimne napoje. Wszystko to jednak psuje graffiti, a raczej graffiti-podobne maziaje i napisy, byle jak wysprejowane na pięknych ścianach, które wszystkie na równi mogłyby stanowić przyjemne dla oka zabytki.
By dojść do Koloseum kierujemy się w stronę usytuowanego pomiędzy wzgórzami Palatynu i Awentynu Circus Maximus. Powiedzieć, że jest ogromny to jak nie powiedzieć nic. Nie zatrzymujemy się jednak tam na dłużej, bo trwają przygotowania do koncertu Guns&Roses, który ma się odbyć dzień później. Zanim zwiedzimy wnętrze Koloseum i pochylimy się ku arenie, a w naszych uszach wybrzmi melodia z „Gladiatora”, kierujemy swoje kroki ku Forum Romanum i Palatynowi. Spacerując po ruinach starożytnych budowli nie możemy nie zachwycić się kunsztem i dbałością o szczegóły, których nie zatarł czas. Choć wędrujemy sami, otaczają nas liczne wycieczki, więc można co nieco posłuchać o tym, co działo się tu przed wiekami. Wrażenie robi również Palatyn, na którym to według podań, wilczyca miała wykarmić późniejszych założycieli Rzymu – Romulusa i Remusa.
Być w Rzymie i nie udać się do Watykanu? Nie ma opcji. Mimo 37 stopni w cieniu, zakładamy najbardziej zakryte ubrania jakie mamy i stajemy w kolejce do wejścia do Bazyliki św. Piotra. Idzie dość sprawnie, po 40 minutach stajemy w przedsionku tej jednej z najważniejszych świątyń chrześcijaństwa. Ze wszystkich stron otacza nas sztuka. Miłośnicy i znawcy mogą się tam poczuć jak ryba w wodzie. Niebagatelne wrażenie na zwiedzających robi Pieta. Tuż za nią, po prawej stronie Bazyliki miejsce spoczynku św. Jana Pawła II. Przyklękamy. Uderza fakt, że modlących się jest garstka, gapiów i fotografów amatorów tłum. Kierujemy się ku Panteonowi. Po drodze obowiązkowy zakup magnesów i sprawne lawirowanie pomiędzy niby-przyjaznymi a jednak naciągaczami oferującymi kwiaty i „bransoletki szczęścia”.
Mimo, że kolejka do Panteonu zdaje się być mniejsza niż w Watykanie, żar z nieba powoduje, że wydaje nam się, że oczekiwanie na wejście trwa wieki. W Rzymie ratują jednak wszechobecne pompy ze zdatną do picia, zimną wodą. Butelka z filtrem węglowym, nakrycie głowy i porządny krem przeciwsłoneczny stają się podczas tego wyjazdu naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Wspierają nas w 74-kilometrowej wędrówce śladami historii, gdy wrzucamy grosz do przepięknej Fontanny di Trevi, gdy smakujemy włoskiej pizzy, pasty i wina. Są z nami gdy wdrapujemy się na Schody Hiszpańskie, podziwiamy Zamek Świętego Anioła i gdy szukamy wytchnienia na brzegu Tybru. Są, gdy przechodzimy piętnastowiecznym mostem Ponte Sisto i gdy w nadziei na ochłodę zaglądamy do kościołów, zaułków i włoskich knajpek. Wracają też z nami do Polski, by po śródziemnomorskich wędrówkach skierować swoje kroki ku Jagiellońskiej, Franciszkańskiej i Barskiej. Wszędzie bowiem dobrze, ale w domu najlepiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze