HISTORIE DAWNE ŻP Firmy ubezpieczeniowe zawsze zdawały sobie sprawę, że od czasu do czasu dochodzi do wyłudzenia odszkodowania. Nieuczciwi ludzie najpierw się asekurują, a potem podpalają domy, stodoły z dobytkiem, sklepy, magazyny, samochody itp., by otrzymać zadośćuczynienie. W latach 1918 – 1939 istniały w Przemyślu cztery firmy ubezpieczeniowe, w tym Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych przy ul. Mickiewicza 17 – największy w mieście. Trzech cwaniaków ubezpieczyło w tej firmie stary autobus na bardzo wysoką kwotę, która przekraczała ponad dziesięciokrotnie wartość pojazdu. W ten sposób chcieli zrobić dobry interes.

Szofer Iwan Nikiforowicz Jeftoszenko przy autobusie
Iwan Nikiforowicz Jeftoszenko, były rotmistrz kawalerii w armii gen. Antona Iwanowicza Denikina (ur. w Łowiczu, rosyjski wojskowy, polityk pisarz), w wojennych czasach ugrzązł w Przemyślu, gdzie znalazł sobie lokum w chacie przy rodzinie Beheków na Kazanowie (dzielnica miasta). Zagospodarowawszy się, postanowił Iwan przenieść swój spryt w biznes i szybko się wzbogacić. Jednak jego początkowe interesy handlowe w mieście nie szły tak gładko i intratnie, dlatego postanowił zmienić zajęcie. Wtedy on ze Stefanem i Janem Behekami (ojciec i syn) uruchomili międzymiastowe przedsiębiorstwo przewozowe. W tym celu latem 1928 roku zakupili wspólnie za 2 tys. zł (dziś ponad 20 tys. zł) mocno wysłużony autobus, by kursować na linii: Przemyśl – Dobromil – Przemyśl.
Nowy przewoźnik pasażerów spowodował – tak się na początku wydawało – zaciętą walkę konkurencyjną z dobromilskimi dorożkarzami, którzy rzekomo[paywall] wszelkimi dozwolonymi i niedozwolonymi sposobami zwalczali mechaniczny środek lokomocji. Fiakrzy mieli rozrzucać gwoździe i szkło tłuczone na drogach, którymi pędził autobus, by w ten sposób uszkodzić koła pneumatyczne. Ponadto kilka razy jacyś tajemniczy sprawcy pocięli ostrym narzędziem opony w autobusie. Mimo tych utrudnień autobus dalej wytrwale kursował. Niekiedy kierowca coś podejrzanego spotykał na drodze. Wtedy zatrzymywał się i usuwał przeszkodę. O tych wszystkich wydarzeniach właściciele firmy przewozowej rozpowiadali ze zdwojoną siłą, by jak najwięcej ludzi się o tym się dowiedziało.
By uchronić biznes przed nieszczęściem, właściciele autobusu ubezpieczyli go w Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych aż na 21 tys. złotych (dziś ponad 210 tys.) – skrajnie nieproporcjonalnie do jego wartości, Pojazd sfotografowano. Składka w pierwszym roku wynosiła 10 procent wysokości kwoty asekuracji. Jednak firma przewozowa miała swój plan, by nie płacić dalszych wysokich stawek. W niedługim czasie ktoś rzekomo chciał znowu jej zrobić krzywdę. Otóż na zakręcie drogi jacyś ludzie celowo podrzucili na drodze duży pień. Wydawało się, że dojdzie do wypadku, lecz autobus w ostatniej chwili jakoś zahamował. Temu wydarzeniu także nadano duży rozgłos, oskarżając i tym razem wredną konkurencją o te przestępcze czyny.
W okresie zimowym, kiedy szybko zapadały ciemności, autobus pasażerski nie wracał do Przemyśla, lecz umieszczany był na noc w zwykłej szopie, a kierowca Iwan Nikiforowicz Jeftoszenko z pomocnikiem Stefanem Krawcem udawali się na nocleg. W lutym 1929 roku doszło w Dobromilu do niezwykłego wydarzenia. Późnym wieczorem sąsiedzi zauważyli wydobywający się dym z „garażu”. Kiedy tam weszli, zobaczyli pod zbiornikiem paliwowym autobusu rozsypany w dużych ilościach palący się proch strzelniczy nasączony benzyną. Od tej mieszanki prowadził do baku powoli tlący się konopny lont knotowy Zapalony na jednym końcu, miał spowodować wybuch pojemnika z benzyną, a tym samym pożar i zniszczenie autobusu. Jednak próba jego wysadzenia materiałem pirotechnicznym nie udała się do końca, ponieważ pojazd nie wybuch, lecz uległ nieco uszkodzeniu.
To nocne wydarzenie dało dużo do myślenia organom ścigania i wzbudziło uzasadnione podejrzenia. Okazało się, że przygotowany zamach został celowo sfingowany. Policja doszła do wniosku, że właściciele autobusu przez dłuższy czas celowo nagłaśniali i rzucali podejrzenia, jakoby konkurencja chciała im zniszczyć firmę przewozową. W rzeczywistości dorożkarze dobromilscy byli niewinni, a tym samym nigdy nie zwalczali metodami gangsterskim swoich konkurentów. Śledczy wykazali, że cała akcja pod względem pirotechnicznym przygotowana została wojskowym sposobem przez byłego rotmistrza armii Denikina. Lwowska „Gazeta Poranna” w 1929 roku (nr 8775) pisała, że postanowiono zniszczyć autobus i wyłudzić wysokie odszkodowanie od ubezpieczyciela. „Zaznaczyć jeszcze należy, że gdyby zamach powyższy był się udał, to nie tylko autobus, ale niemal połowa Dobromila byłaby się znalazła w strefie pożaru. Tylko czujności władz policyjnych (kom. Drewiński, Cybruch i st. post. Rachwał) należy zawdzięczyć, że katastrofa została zażegnana”.
Aresztowano szofera Iwana Nikiforowicza Jeftoszenkę oraz jego pomocnika. Janowi i Stefanowi Behakom nie postawiono żadnych zarzutów, ponieważ w tym tragicznym dniu przebywali w Przemyślu i rzekomo nic nie mieli wspólnego z tym wydarzeniem, mimo że byli współwłaścicielami firmy. Ostatecznie skazano tylko tego pierwszego na karę 6 miesięcy więzienia. W ten sposób przemyska firma przewozowa przestała istnieć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze