Reklama

Dire Straits, szczypiorniak i owoce morza, czyli Tadeusz Chrzan prywatnie

18/11/2019 20:02

Czyta Tischnera i pielęgnuje ogród, w młodości grał w szczypiorniaka, a do dziś potrafi zatopić się w słuchaniu Dire Straits czy Led Zeppelin. Na pierwszym miejscu stawia rodzinę, o żonie mówi w samych superlatywach, choć nie ukrywa, że nakręca go praca. Zaznacza, że sukces, choć niekoniecznie ten materialny, to coś istotnego. Jeśli nie wiedzieliście tego o staroście jarosławskim, wybranym niedawno na posła, powinniście przeczytać rozmowę z Tadeuszem Chrzanem.

Wybrał Pan ścieżkę kariery, która wbrew niektórym obiegowym opiniom niesie ze sobą nie tylko prestiż, niekiedy pieniądze, ale także dużo ciężkiej pracy, sporo poświęceń i wyrzeczeń, jest po prostu wymagająca. Proszę powiedzieć, czym jest dla Pana praca?

– Prawda jest taka, że ja się „nakręcam” pracą, wciąga mnie to, angażuję się całym sobą. Jeśli pojawiają się jakieś problemy, to one mnie tylko dopingują. Myślę, że to dlatego, że każdy sukces, każda wykonana rzecz, przynosi wiele satysfakcji i o to chyba chodzi. Ale fakt, zauważam też czasem, a żona powtarza mi to często, że za wiele czasu na pracę poświęcam. Całe szczęście, że mam w domu strażnika, który czasem mną potrząśnie, powie „masz dwa dni wolnego, skorzystaj!”.

Reklama

Wielu wynik wyborów z ubiegłego tygodnia ocenia w kategoriach sukcesu. Jak Pan definiuje życiowy sukces?

– Wokół widujemy ludzi, którzy odnieśli sukces materialny, świetnie im się powodzi, stać ich na wszystko, ale ich życie jest wypełnione jakąś pustką i wtedy ten aspekt materialny jest chyba najmniej ważny. Ja ze swojego życia jestem zadowolony i rzeczywiście uważam, że życiowo odniosłem sukces, ale miarą tego sukcesu jest wypełnienie życia treściami pozamaterialnymi. Oczywiście pracujemy dla pieniędzy, komfort tego, że[paywall] starcza od pierwszego do pierwszego ma znaczenie. Sens życia jest jednak gdzieś poza tymi materialnymi sprawami. Bez pieniędzy można się realizować, można być wartościowym człowiekiem i być zadowolonym z życia. Miarą sukcesu jest chyba to, że czujemy się spełnieni i że to, co robimy, przynosi nam satysfakcję.

Reklama

Nie samą pracą żyje człowiek. Czy w natłoku spraw związanych z życiem polityka i samorządowca znajduje Pan czas na odpoczynek? Jest coś, przy czym Tadeusz Chrzan się odpręża, odpoczywa, odrywa od codzienności?

– Mam parę takich azyli, z których lubię korzystać. Po pierwsze mam to szczęście, że nie mieszkam w samym centrum miasta, tylko na jego obrzeżach, więc mam dużą działkę, stare drzewa owocowe, warzywniak. To nie jest nic wielkiego, ale jest to miejsce, gdzie mi się świetnie mieszka i żyje, i to jest to miejsce, gdzie rzeczywiście odpoczywam, czasem wybierając się na „spacer”, czasem pieląc grządki.

Reklama

Proszę wybaczyć, ale starosta w gumowcach, rękawicach roboczych?

– Tak, z kosiarką, podkaszarką, motyką nieraz. Ale też z żoną na tarasie, z kawą i czymś do poczytania i luźną rozmową, gdzie raz na pięć minut trzeba do siebie coś powiedzieć. Tak, to jest jeden z moich azyli. Drugą rzeczą, którą często robię, jest gotowanie – odpoczywam w kuchni. Jeśli jestem czymś przytłoczony, to relaksuję się, przygotowując różne, czasem dziwne rzeczy. Żona jest chyba z tego zadowolona, choć sama świetnie gotuje, ale zawsze w żartach powtarza, że jak ona to robi, to do umycia jest dwa razy mniej naczyń. Odpoczywam też przez kontakt z naturą. Wędkuję, choć ostatnio coraz rzadziej. Wszystkim jednak polecam wędkowanie, nie dla ryb, ale dla samego wędkowania, dla przechytrzenia tej ryby, ale też dla posiedzenia w miejscu, gdzie jest bezpośredni kontakt z naturą.

Reklama

W założeniach programowych ugrupowania, które Pan reprezentuje, wielkie znaczenie ma rodzina. Zakładam, że i w Pańskim systemie wartości zajmuje ona wysokie miejsce. Opowie Pan o swoich bliskich? Zdradzi, czym jest dla Pana jego rodzina?

– Nie chodzi tylko o przekaz polityczny, że rodzina to podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Ja po prostu mam takie głębokie wewnętrzne przekonanie i pewnie to się już nigdy nie zmieni. Myślę, że człowiek potrzebuje, dla własnego wewnętrznego spokoju, najbliższych, z którymi można dzielić wszystkie troski, smutki i radości. Ja potrzebuję czegoś takiego, stąd też ta rodzina jest rzeczą ważną i zdecydowanie jednym z moich największych sukcesów życiowych jest to, że żyję właśnie w fajnej rodzinie. Małżonka realizuje się zawodowo, jest kobietą z niesamowitą wiedzą. Stanowi wielkie wsparcie dla mnie i myślę, że też cieszą ją moje sukcesy. Dzieci mam dorosłe. Syn jest lekarzem stomatologiem. Pracuje i myślę, że też lubi to, co robi. Przeżyliśmy niedawno wielkie wydarzenie rodzinne, bo syn się ożenił, więc mamy jeszcze jedno dziecko w rodzinie. Wzmacniamy się! (śmiech). I czekamy na wnuki. Córka jest z kolei na stomatologii. Obydwoje układają sobie życie w Warszawie.

Reklama

Silnym akcentem kampanii wyborczej był sport. Czy jest jakaś dyscyplina (niekoniecznie ta „jarosławska”), którą emocjonuje się Pan szczególnie?

– Chyba jak u większości Polaków, króluje u mnie piłka nożna. Raczej ta w najlepszym wydaniu, choć wiadomo, że emocje są też przy oglądaniu drużyn lokalnych. Lubię też boks, sporty walki. Nie jest wprawdzie tak, że jeśli za oceanem jest jakaś wielka walka o tytuł mistrzowski, to muszę ją o trzeciej w nocy obejrzeć, ale rzeczywiście lubię ten sport.

I od razu drugie pytanie: uprawiał Pan w młodości, choćby amatorsko, sport?

Reklama

– Rzeczywiście, przez całe życie się gdzieś koło tego sportu kręcę, choć nigdy nie uprawiałem go zawodowo. W młodości grałem w piłkę ręczną i to chyba na przyzwoitym poziomie, miałem nawet niewielki epizod z Czuwajem Przemyśl. Oczywiście grywałem i w piłkę nożną, choć ze względu na problemy z kolanami, dziś już nie tak często. Teraz przynajmniej raz w tygodniu staram się być na korcie, gram w tenisa ziemnego. Generalnie staram się żyć aktywnie.

O kulturę zapytam trochę zbiorczo. Ma Pan swoją ulubioną książkę, film, do którego chętnie wraca?

Reklama

– Na czytanie jest bardzo mało czasu, ale zawsze gdzieś przy łóżku leży ta książka, żeby do niej sięgnąć na parę minut przed snem. Od kilku lat albo i jeszcze dłużej leży przy łóżku Tischner. Wracam do niego, czytam, później czytam jeszcze raz, zostawiam, wracam znów, bo to treści, które wymagają przepracowania. Z Tischnerem jestem związany przez połowę swojego życia i nadal nie jestem w stanie go dobrze zrozumieć. Poza tym czytam rzeczy przeróżne, czasem wakacyjne biografie, czasem jest to pozycja branżowa, którą wykorzystuję potem w pracy, a czasem tomik poezji, żeby pocieszyć się słowem. Muzyka? Tu wszystko zależy od nastroju. Od najmłodszych lat słucham rocka i pewnie tego już nie zmienię. Słucham muzyki, która weszła już teraz do kanonu. Dire Straits jest jedną z moich ulubionych kapel i świetnie mi się tego słucha, ale też Led Zeppelin, Deep Purple albo Chris Rea. Można by długo wymienić. Miałem też okres, w którym słuchałem dużo muzyki elektronicznej: Jean Michel Jarre, Tangerine Dream. Czasem do tego wracam. Sięgam często do jazzu, zarówno do tego klasycznego, jak i w tym współczesnym wydaniu. Nie da się też pominąć poezji śpiewanej. Żyłem w czasach, kiedy śpiewało się Bułata Okudżawę i to we mnie zostało. Słuchałem Żanny Biczewskiej, Wysockiego, a z polskich wykonawców nie do pobicia jest Ela Adamiak. Nie ukrywam też, że odpoczywam przy muzyce klasycznej, fascynuje mnie opera, choć przyznam, że koneserem nie jestem. Nie mamy zbyt wiele czasu na telewizję, staram się być na bieżąco z dobrym kinem, ale filmoteki w domu nie mam. Natomiast przyssie mnie zawsze do telewizora, jeśli przypadkiem włączę dobry polski, klasyczny film: Lalka, Noce i dnie, Chłopi, Znachor. Piękna polszczyzna, wspaniała gra aktorów – nie jestem w stanie przejść obok tego obojętnie, choć też może i nie sięgam po te filmy specjalnie.

Reklama

I na koniec kulinaria. Najpierw nieco górnolotnie, potem zupełnie przyziemnie. Zacznę od pytania o to, czym jest dla Pana kuchnia, to sztuka czy niewiele znaczący obowiązek? I wreszcie na koniec: jest jakaś potrawa, przysmak, którego Tadeusz Chrzan nigdy nie odmówi?

– Cóż, jedzenie to może sztuka nie jest, natomiast ładnie i schludnie nakryty stół, czego pilnujemy u nas w domu, codzienne posiłki, które celebrujemy, to coś ważnego. Staramy się jadać wspólnie, a wtedy chcemy, żeby ten stół prezentował się ładnie. Żona jest estetką i myślę, że to ona nauczyła mnie takiego podejścia. W każdym razie nie o to idzie, żeby zjeść kątem, ale żeby się tym posiłkiem, ale i towarzystwem drugiej osoby nacieszyć. Fakt, lubię zjeść przy schludnie zastawionym stole ładnie podane potrawy. Co jednak nie oznacza, że nie zdarza mi się, gdy nie ma czasu, zajechać do McDrive’a, zamówić kanapkę i frytki, a potem zjeść w samochodzie. Ulubione potrawy? Kierunek to kuchnia włoska, bo generalnie jest prosta i szybka. Przysmaku, bez którego nie mógłbym się obejść, chyba raczej nie ma, ale owoce morza, szczególnie mule, to jest coś, czym można mnie skusić. Nie stronię też od kuchni polskiej przy tradycyjnych okazjach, a znajomi, którzy u mnie byli i kosztowali, mówią, że pieczona i faszerowana przeze mnie gęś to rzecz nie do podrobienia. Cenię bardzo kuchnię żony. Są potrawy, które najlepiej na świecie przyrządza właśnie ona. Są to zupy, które gotuje wręcz rewelacyjne. Robi też nieziemskie pierogi. Zresztą fajnych rzeczy, które warto w jej wykonaniu zjeść, jest znacznie więcej.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama