Co jakiś czas do naszej redakcji docierają od spółdzielców sygnały odnośnie działań Przemyskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, z którymi ci niekoniecznie się zgadzają lub które są dla nich niezrozumiałe. Tym razem dotyczyły one dyżurów pracowników od hydrauliki czy elektryki. – Kiedyś, gdy awaria zdarzyła się w godzinach popołudniowych, nie było problemu. Odkąd na klatkach wywiesili kartkę, że po godzinach pracy spółdzielni za usunięcie usterki trzeba płacić z własnej kieszeni i to niemało, bo 500 złotych, strach w ogóle sięgać po telefon – zgłosiła nam jedna z mieszkanek Kmieci.
– Miałam niedawno problem związany z awarią, która wymagała oględzin elektryka. Już miałam wykonać telefon do spółdzielni, ale sąsiadka uczuliła mnie, że mogą się wiązać z tym spore koszty, bo w myśl tego, co napisała spółdzielnia, zapłacić mogę sporą sumę, i to z własnej kieszeni. Kiedyś nie miało znaczenia, czy usterka jest w godzinach pracy spółdzielni, czy nie. Odkąd zlikwidowano dyżury, jest problem, a zlikwidowano ponoć przez brak pojazdu do obsługi zgłoszeń. Człowiek boi się nawet zadzwonić, jak widzi na kartce wywieszonej na klatce kwotę 500 złotych – zrelacjonowała jedna z mieszkanek Kmieci, właścicielka mieszkania spółdzielczego na wspomnianym osiedlu.
Jak potwierdza prezes Zarządu Przemyskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Zbigniew Kurosz, faktycznie poprzez wywieszenie informacji na klatkach przypomniano mieszkańcom, że każdorazowe wezwanie służb pełniących dyżur po godzinach jej pracy (pogotowie MPEC), do których przekierowywane jest połączenie, wiąże się z naliczeniem opłaty ryczałtowej w wysokości ok. 500 zł brutto, niezależnie od czasu trwania usługi związanej z usunięciem usterki.
Nie znaczy to jednak, że z szukania pomocy w ten sposób mamy z racji obaw o koszty z miejsca rezygnować. – Kiedyś faktycznie mieliśmy dyżury pracownika do godziny 22 w dni świąteczne i robocze, ale te, niestety, kosztują. Zatem rozwiązaniem było odbieranie sobie za dyżur dni wolnych. W efekcie nie miałem potem na stanie do podstawowych zadań hydraulicznych czy elektrycznych wystarczającej liczby fachowców w czasie pracy spółdzielni, bo jest ich na rynku coraz mniej[paywall]. Po rozmowach z MPEC-em podjęliśmy decyzję, by po godzinach pracy spółdzielni, a więc po 15.00, telefony od mieszkańców były przekierowywane do pogotowia MPEC. Jeśli więc pojawi się jakieś zagrożenie w budynku, niezwłocznie wysyłane są na miejsce ich służby, by zabezpieczyć instalację (czy to wodociągową, czy elektryczną), natomiast awaria zostanie usunięta w godzinach pracy spółdzielni przez naszych pracowników – wyjaśnia Z. Kurosz. Przytacza też sytuacje zgoła inne.
– Mimo że każdy spółdzielca ma podpisaną umowę na 4 kilowaty na mieszkanie (maksymalna ilość energii, którą możemy pobrać z sieci energetycznej – przyp. aut.), to najczęściej urządzeń elektrycznych jest w nim dużo więcej. Zdarza się więc, że w sytuacji, gdy ktoś włączy więcej palników na kuchence elektrycznej czy uruchomi odkurzacz przy innych działających sprzętach, przewyższając określoną w umowie ilość kilowatów, a dodatkowo wcześniej wymieni bezpieczniki na mocniejsze, wysiądzie obwód elektryczny za tablicą. Wtedy trzeba ściągać pomoc albo z rejonu energetycznego, albo z MPEC-u – relacjonuje.
Reklama
Trzeba jednak pamiętać, że MPEC ma określone stawki za usługi. Stąd należy się liczyć z koniecznością odpłatności, o czym zostaniemy telefonicznie poinformowani.
– Rozmawialiśmy ze służbami MPEC-u, aby informowali o tym ludzi, by nikt nie był zaskoczony. Dlatego warto rozważyć zasadność wezwania, bo być może sprawa może poczekać do następnego dnia. Szczególnie w przypadku, gdy jest to drobna usterka. Zresztą brak dyżurów nie jest rzeczą nową, a nawet, kiedy były pełnione, zgłoszeń nie było dużo – mówi prezes PSM.
Reklama
Przypomina jednocześnie, że spółdzielnia zawsze bierze pod uwagę to, czy awaria wystąpiła na części wspólnej budynku. Wówczas kosztami w żadnym wypadku nie zostanie obciążony ten, kto ją zgłosił. Natomiast koszty usuwania usterek dotyczących wszystkich instalacji wewnętrznych w mieszkaniu, jak choćby wymiany uszczelki w kranie, ponosi użytkownik lokalu.
Na osiedlach PSM od zawsze tematem budzącym emocje są drzewa i ich wycinki.
– Przy bloku 86 na Kmieciach wycięli wiśnię, a wcześniej dwa inne dorodne i grube drzewa. Pozbywanie się zieleni to bezsensowne działanie, wszystkim nam powinno zależeć, by oddychać świeżym powietrzem i mieć wkoło zieloną enklawę i drzewa dające cień – poskarżyła się inna mieszkanka osiedla.
Reklama
Z. Kurosz stawia sprawę jasno: – Obrońców zieleni zapewniam, że nie robimy nikomu na złość. Jestem zwolennikiem tego, by na osiedlu było bezpiecznie, a stare, wysokie drzewa niejednokrotnie bezpieczeństwu zagrażają. Bywa, że są za blisko sieci energetycznych, instalacji bądź elewacji albo mają oznaki spróchnienia mimo zielonych liści. Na takie sygnały mieszkańców, poparte pismami do spółdzielni, musimy reagować. Jakakolwiek wycinka na osiedlu zawsze poprzedzona jest uzyskaniem zgody konserwatora zabytków, inaczej byłaby to samowola. Zanim pozyskamy zgodę, informujemy mieszkańców o zamierzeniach, w związku z tym spółdzielcy mogą wyrazić swoją opinię w tym temacie.
Jak mówi prezes PSM, mimo że Kmiecie to jedno z najbardziej zielonych osiedli (jest na nim ponad 1000 drzew), najwięcej sytuacji konfliktowych o drzewa jest właśnie w tej lokalizacji.
– Jeżeli wycinamy jakieś drzewo, w zamian robimy nawet dwukrotnie więcej nasadzeń. Sadzimy niskie drzewa z dużą koroną. Nie stwarzają one w przyszłości zagrożenia i jednocześnie nie zacieniają mieszkań na parterze. A najczęściej obrońcami drzew są mieszkańcy wyższych kondygnacji, którym te nie zaglądają w okna. Jako spółdzielnia staramy się każdą taką sytuację rozważyć i zadowolić wszystkich mieszkańców – podkreśla na koniec.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze