Zabił miliony istnień na wszystkich kontynentach. Przez wieki był jednym z największych przekleństw ludzkości. Tyfus plamisty, zwany także durem, pustoszył, ale do czasu. W latach 20. ubiegłego wieku polski biolog, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie Rudolf Weigl wynalazł szczepionkę przeciwtyfusową. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że najważniejsze prace i eksperymenty prowadził w budynkach byłego Szpitala Miejskiego przy ulicy Słowackiego w Przemyślu!
Mocno zdziwiłby się ten, kto dostałby zgodę na wejście do magazynów Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej i zobaczyłby w nich: kilkanaście probówek, ambulatoryjnych kolb, ampułek, termometrów, strzykawek, fiolek, prymitywnych mikroskopów czy klatek do karmienia... wszy ludzkiej. Pracujący na tym sprzęcie wówczas jeszcze doktor Rudolf Weigl dokonał epokowego odkrycia – wynalazł szczepionkę przeciwko tyfusowi plamistemu. W latach 1915 – 1918 eksperymenty weszły w decydująca fazę, które polski biolog prowadził w pomieszczeniach jednego z budynków byłego Szpitala Miejskiego przy ulicy Słowackiego w Przemyślu[paywall]!
Rudolf Weigl urodził się w rodzinie austriackiej. Po przedwczesnej śmierci ojca wychowywał się w polskiej tradycji kulturowej. Jego ojczym, Józef Trojnar, był profesorem gimnazjalnym w Jaśle i Stryju. Tam uczęszczał także młody Rudolf. Studia przyrodnicze podjął na Uniwersytecie Lwowskim. Ukończył je w 1907 r. i został asystentem profesora Józefa Nusbauma-Hilarowicza. Obronił doktorat, a w 1913 r. habilitację z zoologii, anatomii porównawczej i histologii. W czasie I wojny światowej został powołany do wojska jako parazytolog (osoba, zajmująca się badaniem pasożytów i pasożytnictwa w przyrodzie).
Wesz była znienawidzonym pasożytem ludzkim, przez wieki uznawanym za symbol brudu, biedy i poniżenia. Choć dzisiaj problem tyfusu plamistego wydaje się być bardzo odległy, jeszcze kilkadziesiąt lat temu wywoływał społeczną panikę. Przez wieki uśmiercał ludzi w co najmniej takim samym stopniu co wojny, a w czasie konfliktów nierzadko bywał czynnikiem decydującym o zwycięstwie. Choroba ta dzisiaj jest leczona m.in. antybiotykami.
Pomiędzy 1915 a 1918 r. Rudolf Weigl pracował nad szczepionką przeciwtyfusową w szpitalu wojskowym w Przemyślu. Po I wojnie światowej objął w nadsańskim mieście kierownictwo nad nowo utworzoną Pracownią do Badań nad Tyfusem Plamistym. Kiedy był bardzo bliski sukcesu, w 1920 r. został powołany na stanowisko profesora biologii ogólnej lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza. W tym samym roku, w ramach uniwersyteckiego Zakładu Biologii Ogólnej założył Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami i tam wreszcie dopiął swego. Szczepionka była eksportowana do różnych części świata, w których walczono z epidemią tyfusu plamistego. Weigl postanowił zastosować metodę odważną, ale i niebezpieczną: w procesie produkcji wynalezionej szczepionki wykorzystywał wszy, a do ich karmienia – ludzi. Wysoka skuteczność techniki Weigla przyciągnęła uwagę świata i wzbudziła podziw.
Produkcja szczepionki dzieliła się na trzy etapy. Pierwszy z nich opierał się na hodowli zdrowych wszy, pochodzących od tych wyizolowanych od rosyjskich jeńców w czasie I wojny światowej. Były hodowane w drewnianych klateczkach i regularnie karmione na ludzkich łydkach lub udach, codziennie przez 45 minut przez około 12 dni. Ludzie, którzy zatrudniali się w instytucie do karmienia wszy, nazywani byli karmicielami.
Następnym etapem było zakażanie zdrowych wszy bakteriami Rickettsia prowazekii. Zakażenia dokonywali strzykacze. Za pomocą imadełka z klawiszami, w którym unieruchamiane były wszy (od 20 do 50), zakażano każdą z nich. Strzykacze pracowali w zespołach dwuosobowych. W ciągu godziny byli w stanie wykonać do 2 tys. iniekcji. Każdy pakiet około 500 zakażonych w ten sposób wszy był następnie umieszczany w klatce i karmiony przez 5 kolejnych dni przez ssanie krwi intensywnie szczepionych strzykaczy.
Ostatnim etapem produkcji było preparowanie szczepionki. Preparatorzy dokonywali mikrochirurgicznych operacji wycięcia jelita wszy. Preparator, o ile chciał się zmieścić w normie, musiał wypreparować średnio 300 wszy na godzinę. Zakażone jelita przenoszono do moździerzy Weigla, gdzie z dodatkiem półprocentowego roztworu fenolu służyły do produkcji szczepionki.
Światowy rozgłos przyniosła Weiglowi akcja szczepień przeciw tyfusowi w katolickich misjach belgijskich w Chinach. Uratowano dzięki nim nie tylko wielu misjonarzy, ale także tysiące Chińczyków. Otrzymał za to najwyższe odznaczenie papieskie – Order św. Grzegorza. Do lwowskiego instytutu R. Weigla przyjeżdżali naukowcy z całego niemal świata, by poznawać tajniki wiedzy biologicznej i uczyć się metod badawczych. W 1942 r. został zgłoszony do Nagrody Nobla, ale poparcia jego kandydatury odmówiły hitlerowskie Niemcy jako rewanż za odmowę podpisania Reichslisty i objęcia katedry w Berlinie. W czasie II wojny światowej uratował, jak się dziś ocenia, około 5 tys. przedstawicieli lwowskiego środowiska naukowego, bojowników ruchu oporu. Szczepionka nielegalnie trafiała do ludności cywilnej, partyzantów, a także do warszawskiego getta. Zmarł 11 sierpnia 1957 r. w Zakopanem. Pochowany został w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
Pamiątki po profesorze Rudolfie Weiglu (tzw. Weiglana – prace naukowe, artykuły, fotografie) oraz szereg przedmiotów z wyposażenia laboratorium zostały przekazane przez jego przyjaciół, w tym prof. Stefana Kryńskiego, do Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej w Przemyślu.
Czy Przemyśl pamięta o wielkim naukowcu? Chyba nie bardzo. Wspomniane przedmioty spakowane są w muzealnych pudłach, a wielu mieszkańców nawet nie wie – bo i skąd – że ktoś taki pracował nad epokowym wynalazkiem w budynkach, które od wielu lat niszczeją i nikt nie ma zamiaru się nimi zainteresować. Jak dowiedzieliśmy się od dyrektora MNZP Jana Jarosza, ostatni raz, i to na czasowej ekspozycji, pamiątki te przemyślanie mogli oglądać w latach 90. ubiegłego wieku. Większe zainteresowanie wzbudzają na świecie. Kilka miesięcy temu w przemyskim muzeum gościli filmowcy z Discovery Channel, tworzący film dokumentalny o tej wielkiej osobistości.
– Postać polskiego biologa Rudolfa Weigla jest z całą pewnością warta upamiętnienia w naszym mieście. Szczególnie, że pewnie część mieszkańców nie wie o jego działalności w Przemyślu. Trudno teraz mówić o formie, w jakiej zostanie to zrobione, ale z pewnością znajdzie się na to odpowiednie miejsce i okazja – podsumował rzecznik prasowy UM w Przemyślu Witold Wołczyk.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Brawo! Wreszcie pisze się prawdę o wielkiej wartości historycznej Szpitala Wojskowego przy ulicy Słowackiego w Przemyślu! Może dotrze do ignorantów i władz to, jaki ogromny potencjał tutaj się zrodził u progu minionego wieku! Może dotrze do rządzących fakt o tym, jaka siła i potencjał drzemie dziś w tych opuszczonych obecnie murach! Trzeba tylko po to sięgnąć - nic więcej! Wówczas miłośnicy historii, techniki i medycyny, po prostu nikt nie będzie omijał Przemyśla i z niego wyjeżdżał, jak to ma miejsce dzisiaj. Mieszkańcy będą inwestować w kulturę - będzie to produkt turystyczny. Warto? Oczywiście, że warto! Tylko trzeba chcieć to zrobić, a nie jak dotychczas - niszczyć to co było i burzyć.
W tym szpitalu pracował też minn. węgierski lekarz Robert Bárány, laureat nagrody Nobla. Nie ma nawet w Przemyślu swojej ulicy nie mówiąc o pomniku. Tak, jakbyśmy noblistów w tym mieście mieli na pęczki ( wspomniany wyżej Weigl także mógł ją otrzymać) Trafił do przemyskiego szpitala staraniem gen. Bronisława Majewskiego ( notabene spoczywa na tutejszym cmentarzu) który zdawał sobie sprawę jak bardzo będą potrzebni w twierdzy laryngolodzy z uwagi na dużą ilość urazów twarzoczaszki. Ale nasze szanowne władze nie mają o tym zielonego pojęcia. Chcą przyciągać turystów tymi marnymi ulotkami o twierdzy podczas gdy cała jej infrastruktura jest zaniedbana i skutecznie niszczona - tak ja ten nieszczęsny szpital co przeniesiony do Przemyśla z Budy, przetrwał różne systemy, zawaliły się trony Europy a on trwał a tu wystarczyło kilku ignorantów, szkoda pisać. To co pozostało z twierdzy jeszcze trwa to trwa staraniem pasjonatów.
Niestety szkoda pisać i mówić bo tłuki i tak nie usłyszą, głupich nie sieją sami się rodzą i do żłoba pchają. Alleluja i do przodu. Pozdrawiam
NO BRAWO A DLACZEGO DOPIERO TERAZ O TYM PISZA!!!!! JAK JUZ WSZYSTKO WYNIESLI ZE SLOWACKIEGO NA MONTE???
Masz rację i jest to prawda , szpitale miały być połączone a nie zlekwidowany szpital miejski jak nas zapeniano.
Ja mam takie pytanie, nie lepiej to zamknąć w cholere? po co w takim małym prowincjonalnym miasteczku dwa szpitale ?
Po co? Bo jest dużo starszych ludzi! W mieście i w powiecie. Poza tym jest to potencjał miasta, tyle że w chwili obecnej zniszczony... Ale to zasługa władz: miasta, szpitala, polityków obecnie rządzących.
Panie Król bo był samodzielny i rentowny dając ludziom prace.
Panie Król - jak Pan się pozbędziesz potencjalnych miejsc pracy, to gdzie mieszkańcy ją znajdą? Wyjadą stąd! Czy Pan tego nie rozumiesz?! Napłynie dziadostwo ze Wschodu... Teraz już jesteśmy prowincjonalnym miasteczkiem, którym rządzi od kilkunastu lat klika, a będziemy prowincjonalną dziurą, zarządzaną przez komisarza lada moment. Czy Pan tego nie widzisz...?
Do MD:Cieszę się, że jeszcze są osoby mające wiedzę o prawdziwych skarbach w Przemyślu. Niestety, osoby obecnie rządzące mają mierne pojęcie o historycznych faktach, zabytkach, dziejach medycyny i ich znaczeniu dla Polski i Europy... Przyznaję to z bólem. A wystarczyłoby tylko zająć się tym zadaniem pod kątek ekspozycji muzealnej, rozpropagować i opowiedzieć o tym społeczeństwu...= produkt turystyczny od razu jest gotowy! Najgorsze jest to, że takich atrakcji turystycznych jest bardzo wiele w Przemyślu a władze miasta są głuche! A trzeba tylko się po nie schylić, pochylić nad wnioskiem o dofinansowanie... No tak, ale kto to ma zrobić? Przecież nie te miernoty zatrudnione
Brawo! Wreszcie pisze się prawdę o wielkiej wartości historycznej Szpitala Wojskowego przy ulicy Słowackiego w Przemyślu! Może dotrze do ignorantów i władz to, jaki ogromny potencjał tutaj się zrodził u progu minionego wieku! Może dotrze do rządzących fakt o tym, jaka siła i potencjał drzemie dziś w tych opuszczonych obecnie murach! Trzeba tylko po to sięgnąć - nic więcej! Wówczas miłośnicy historii, techniki i medycyny, po prostu nikt nie będzie omijał Przemyśla i z niego wyjeżdżał, jak to ma miejsce dzisiaj. Mieszkańcy będą inwestować w kulturę - będzie to produkt turystyczny. Warto? Oczywiście, że warto! Tylko trzeba chcieć to zrobić, a nie jak dotychczas - niszczyć to co było i burzyć.
W tym szpitalu pracował też minn. węgierski lekarz Robert Bárány, laureat nagrody Nobla. Nie ma nawet w Przemyślu swojej ulicy nie mówiąc o pomniku. Tak, jakbyśmy noblistów w tym mieście mieli na pęczki ( wspomniany wyżej Weigl także mógł ją otrzymać) Trafił do przemyskiego szpitala staraniem gen. Bronisława Majewskiego ( notabene spoczywa na tutejszym cmentarzu) który zdawał sobie sprawę jak bardzo będą potrzebni w twierdzy laryngolodzy z uwagi na dużą ilość urazów twarzoczaszki. Ale nasze szanowne władze nie mają o tym zielonego pojęcia. Chcą przyciągać turystów tymi marnymi ulotkami o twierdzy podczas gdy cała jej infrastruktura jest zaniedbana i skutecznie niszczona - tak ja ten nieszczęsny szpital co przeniesiony do Przemyśla z Budy, przetrwał różne systemy, zawaliły się trony Europy a on trwał a tu wystarczyło kilku ignorantów, szkoda pisać. To co pozostało z twierdzy jeszcze trwa to trwa staraniem pasjonatów.
Niestety szkoda pisać i mówić bo tłuki i tak nie usłyszą, głupich nie sieją sami się rodzą i do żłoba pchają. Alleluja i do przodu. Pozdrawiam