– Kolejne centra pomocy i magazyny zamykają swoją działalność. Dlaczego? Przecież chyba wojna się nie skończyła? Choć potrzeb jest wiele i chyba nawet więcej niż na początku wojny, zaczyna brakować jedzenia i energii. Piękny zryw zwykłych ludzi przez dwa miesiące trwania wojny wciąż nie został zastąpiony przez działania dużych organizacji pomocowych, rządów czy organizacji międzynarodowych – mówi członek Stowarzyszenia „Folkowisko” z Gorajca Marcin Piotrowski. Oni wciąż niosą pomoc, tworząc m.in. w przygranicznych Szeginiach czy we Lwowie stałe punkty pomocowe.
W ciągu dwóch miesięcy od zbrodniczej napaści Rosji na Ukrainę tak pozytywnie „zakręconych” wolontariuszy, jak Marcin Piotrowski, jego brat Maciej (prezes stowarzyszenia) czy Aleksander Sola (wiceprezes) i wielu innych wspaniałych ludzi ze Stowarzyszenia „Folkowisko”, było wielu. Zwłaszcza na naszym terenie, przy granicy z Ukrainą.
Jednak, jak było do przewidzenia, zapał z czasem nikł, a wielu przyzwyczaiło się do sytuacji i uznało ją za codzienność. Niestety, dla tysięcy ukraińskich uchodźców wciąż nie jest to normalność. To nadal ogrom tragedii, dramatów, śmierci i łez...
– Strumień pomocy powoli wysycha i jeśli nie zostaną wprowadzone rozwiązania systemowe, upadnie nadzieja, którą daliśmy zwykłym mieszkańcom Ukrainy. Jeśli organizacje, takie jak Fundacja Folkowisko, nie będą mogły działać, przed dziesiątkami małych wsi czy miasteczek stanie widmo głodu. Kanały komunikacji, wypracowane znajomości i[paywall] wiedza są nie do zastąpienia. Żądamy rozwiązań systemowych i pamiętania o tych tysiącach ludzi, którzy wierzą w nas i w nasze wsparcie – zaapelował Marcin Piotrowski.
„Folkowisko” powstało w 2011 r. Pomysłodawcy chcieli i chcą, aby pogranicze przestało być symbolem tragicznej przeszłości, a stało się miejscem spotkania, wspólnej, twórczej pracy. Od samego początku współpracowali z Ukraińcami.
I tak się w malutkim Gorajcu dzieje do dzisiaj.
– Jestem ukrainistą, organizację zakładaliśmy, kiedy byłem na studiach. Często wtedy odwiedzałem Lwów i poznałem miejscowe środowiska artystyczne. Poznani wówczas artyści dziś angażują się w działania humanitarne, na przykład tworząc przestrzeń dla uchodźców w teatrach. Kiedy rozpoczynaliśmy działalność, na stowarzyszenie padł cień podejrzeń o cele polityczne, bo działanie w obszarze stosunków polsko-ukraińskich długo budziło takie skojarzenia. Były podejmowane również próby narzucenia nam tematu zbrodni wołyńskiej. Widzimy jednak, że Ukraińcy i Polacy, których rodziny mają trudne historyczne doświadczenia, potrafią się dogadać – stwierdził Maciej Piotrowski.
Przyszedł 24 lutego 2022 r. Zbrodnicza napaść Rosji na Ukrainę. Stowarzyszenie, w sumie niewielka organizacja działająca w obszarze kultury, przekształciła się w organizację humanitarną. Powstała także Fundacja „Folkowisko”. Cały czas niosą pomoc w Ukrainie, podpisując kolejne umowy partnerskie z samorządami i instytucjami.
– Sami jesteśmy zaskoczeni ogromną skalą, na jaką dziś działamy – dopowiedział Aleksander Sola, odznaczony medalem miasta Charkowa.
Pomoc zaczęli od organizacji noclegów dla uchodźców oraz wsparcia w znalezieniu im miejsca, gdzie mogą się zatrzymać dłużej oraz pracy. W siedzibie „Folkowiska” przez pierwsze dwa tygodnie wojny przyjęli około 400 osób. Następnie otworzyli w agroturystyce Chutor Gorajec pierwszy magazyn. We współpracy z władzami gminy Cieszanów zaadaptowali miejskie lodowisko.
– Potrzebowaliśmy jednak pomocy. Na nasze ogłoszenie, zaraz po tym, kiedy pojawiło się w internecie, odpowiedziało sto osób, które pomogły nam sortować dary. Magazyn zresztą szybko okazał się za mały, potrzebowaliśmy więc większego – dodał A. Sola.
W pierwszych dniach wojny udali się na przejście graniczne Budomierz – Hruszów i zobaczyli, jak ogromne są potrzeby. Po stronie ukraińskiej stał jeden namiot, w nim zgrzewka wody i paczka pampersów, a dookoła było kilkadziesiąt tysięcy uciekających przed wojną osób, które czekały w kolejce po kilkanaście godzin.
– O tym niewiele się mówiło, ale tylko jednej nocy z powodu hipotermii zmarło czworo dzieci, a na zawał serca dwie starsze osoby. Po polskiej stronie pomogły lokalne władze, my podjęliśmy więc działania w Ukrainie. Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy na miejsce z namiotami i prowiantem. W ciągu kilku dni powstało miasteczko humanitarne z zapleczem medycznym – to ambulatorium i szpital polowy z kilkudziesięcioma łóżkami. Ponadto zorganizowaliśmy całodobową obsługę. Do tej pory działają tam ukraińscy wolontariusze. Przez miasteczko przeszło kilkaset tysięcy uchodźców – wyjaśnił Maciej Piotrowski.
W pewnym momencie sytuacja na polsko-ukraińskich przejściach granicznych się unormowała. Członkowie stowarzyszenia udali się do Jaworowa, na które także spadły rosyjskie bomby. Tam spotkali się z lokalnymi władzami i zapytali, czego najbardziej potrzebują.
– Wbrew powszechnym przekazom okazało się, że sytuacja jest znacznie bardziej poważna. Do zachodniej części Ukrainy uciekło około trzech milionów uchodźców wewnętrznych, więc pomoc była potrzebna również na miejscu. Każdego dnia organizujemy transporty żywności. Doposażamy region infrastrukturalnie. Zapewniliśmy dzieciom laptopy, aby korzystały z edukacji zdalnej. Kiedy sytuacja w Jaworowie się ustabilizowała, pojechaliśmy do Lwowa. Spodziewaliśmy się, że w dużym mieście, na które zwrócone są oczy całego świata, nie będziemy potrzebni. Na miejscu okazało się, że na głównym dworcu nie ma żadnej dużej światowej organizacji. A to miejsce, do którego docierają wszyscy uciekający ze wschodu uchodźcy, by ruszyć dalej – powiedział A. Sola.
Potrzebna była przede wszystkim pomoc medyczna. Przetransportowali więc z granicy ambulatorium. Jest bardzo potrzebne – uchodźcy są w złym stanie psychicznym i fizycznym, często ranni. Otworzyli także duży magazyn we współpracy z ukraińską organizacją Stay Safe UA.
– Kiedy zaczęliśmy pomagać w Jaworowie, chcieliśmy stworzyć jakieś struktury naszych działań. Podpisaliśmy więc umowę partnerską z tym miastem. Pomyśleliśmy, dlaczego nie mielibyśmy zawrzeć podobnych z innymi ośrodkami miejskimi w zachodniej Ukrainie. Tak narodził się program „Mały Most”. Kolejne umowy podpisaliśmy między innymi z Iwano-Frankiwskiem, Rawą Ruską, a nawet z całym województwem lwowskim oraz instytucjami, w tym ze szpitalem wojewódzkim w Tarnopolu – wyliczył Maciej Piotrowski.
Pomagają mądrze, dlatego współpracują z lokalnymi władzami, które najlepiej wiedzą, czego potrzebują mieszkańcy danego regionu. To pozwala na bieżącą aktualizację potrzeb. Projekt się rozwija, podpisują kolejne umowy. Tyle, że powoli stają się instytucjami incydentalnymi. Tak przynajmniej czują.
Niewiele czerpią z ogłaszanej wszem i wobec przed telewizyjnymi kamerami i fleszami aparatów pomocy. A ta cały czas jest potrzebna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze