Reklama

Folkowisko – etnopetarda odpaliła po raz 7! [ZDJĘCIA]

18/07/2017 17:00

Chutor Gorajec – sielska anielska zagroda w centrum wioseczki. Wkoło swojsko i zacisznie – lasy sosnowe z ekoszlakiem, piach pod stopami, kapliczka na wodzie, kościół w dawnej cerkwi. Mieszkańców ponoć 32. Sklepu zero. Energia pobudza krwiobieg tej idyllicznej krainy na 4 dni lipca. Eksploduje Folkowiskiem, przyjmując rolę etnostolicy Polski. Może Europy.

Folkowisko zrodziło się za sprawą Marcina i Mariny Piotrowskich, a także skupionej wokół nich grupy zapaleńców ze Stowarzyszenia Animacji Kultury Pogranicza „Folkowisko”. Funkcjonuje już od 7 lat jako swoista rocznica ślubu Piotrowskich. Do hucznego wesela bowiem sięgają korzenie imprezy, która z roku na rok swojskością i kameralnym nastrojem przyciągała coraz więcej amatorów kultury ludowej.

Rodzinną, przyjacielską formułę zawdzięcza zaaangażowaniu uczestników, mieszkańców i artystów we wspólną sprawę, jaką jest m.in. przybliżenie polskiej wsi i łączenie jej tradycyjnego obrazu z nowoczesnością. Nikogo więc nie dziwi, że artysta, który jednego dnia porywał publiczność do tańca, kolejnego prowadzi warsztaty czy przybija wysłużone deski do podłogi. Panie z koła gospodyń pichcą, sołtys codziennie przywozi jedzenie, wiceprezes banku zarządza kuchnią. Wolontariuszy ciężko policzyć, bo ludzie wspólnie budują festiwal.

Założeniem Folkowiska jest też kultywowanie dziedzictwa narodów zamieszkujących Galicję przed II wojną światową. To tu spotykają się kultura polska, ukraińska, żydowska, rosyjska, austriacka i niemiecka. Łączą się i przeplatają w każdej sferze festiwalu. Przez swój interdyscyplinarny charakter wyrasta on na swoisty uniwersytet wiejskiej ludyczności.

– To najluźniejszy, najbardziej zakręcony festiwal w Polsce, a może i na świecie. Rozmawiałem wczoraj z prowadzącym warsztaty garncarskie, jeździł po setkach festiwali. Powiedział, że pierwszy raz poczuł coś takiego: dobro, dobro, dobro! Uśmiechnięci ludzie z pasją, podejmujący wspólnie rozmaite aktywności, oferujący sobie nawzajem przyjaźń. To sedno Folkowiska – mówi Marcin Piotrowski. 

Inny nie znaczy obcy

W tym roku motywem przewodnim były „Cuda Wianki”. Od 13 do 16 lipca dni podczas praktycznych warsztatów zgłębiano tajniki wycinanek, gry na didgeridoo, tworzenia broszek czy instrumentów z niczego, tkactwa, kaligrafii, a nawet rozpalania ognia w polowych warunkach.

Warsztatów i aktywności podczas Folkowiska jest co niemiara i bezcelowe jest ich wyliczanie. Tam trzeba pobyć, by poczuć magię tego miejsca. Wspólnie zaśpiewać przy ognisku. Wsłuchać się w opowieści specjalistów o wierzeniach i symbolice. Poznawać proste kroki tańców, trzymając w tłumie obcą osobę za rękę. Obcość to słowo Folkowisku obce. Tam każdy jest swój, ponieważ mnogość zajęć każdą osobę pozwala spotkać co najmniej kilkukrotnie. Stąd poczucie wspólnoty, chęć budowania wspaniałych relacji i dobrej zabawy jak na wielkim weselu.

Miejsce idealne dla rodzin z dziećmi, dla nich stworzono Dzieciowioskę bogatą w bitwy, eksperymenty i twórcze zabawy.

Reklama

Cudne manowce

Festiwal naturalnie wplata się w przestrzeń Gorajca. Koncerty nie odbywają się tylko na scenie, stodoła również do rana pulsuje etnoimprezą. Zbaczasz w piaszczysty szlak wśród topoli i docierasz do kapliczki „na wodzie”. A tam rozbrzmiewają przyśpiewki ludowe i płaczą skrzypce. Nawet po niedzielnej mszy przy dawnej cerkwi nie zabrakło koncertowania.

Choć Folkowisko dysponuje budżetem takim, jaki większe festiwale przeznaczają na 1 gwiazdę, gorajecka scena tętni muzyką całymi dniami. Zrzesza zespoły ludowe o wieloletniej tradycji i młodziaków łączących folk z elektroniką. Byli Polacy, Tatarzy, Łemkowie, Białorusini, Włosi, Francuzi... Wystąpili m.in.: Karolina Cicha i Bart Pałyga, Agnieszka Banaś, DJ Krzaku, Li Gai Farandoulaire, Addhrai, Panivalkova, Lemko Bluegrass Band, Vuraj, Tadirindum, Janki i wielu innych.

Ale Folkowisko to też Teatr Cieni i ognia, spacer z Zielarzem i szukanie tropów zwierząt, rajdy po okolicy, spływy kajakowe. Wszystko nasycone ludowym sacrum, pieśniami przodków. Nie ma tu miejsca na ksenofobię i niesnaski. Warto tu być i w tych szalonych czasach chłonąć bliskość i dobro. Jeśli nie podczas festiwalu to choćby na weekend, bo Chutor Gorajec otwiera się na letników. Niech żyje polska wieś! Niech żyje Folkowisko!

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    eya - niezalogowany 2017-07-18 19:12:41

    Cudowna, wspaniała impreza! Byłam i będę za rok. Dziękuję, tyle dobra dookoła, że ach!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Mik - niezalogowany 2017-07-18 22:56:53

    Z roku, na rok jest coraz lepiej! 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    UPAdlina - niezalogowany 2017-07-19 10:30:24

    Wieś, której już nie ma…Miejscowość Rudka słynęła przed II wojną światową z wyjątkowego patriotyzmu mieszkańców, wśród których tylko jedna rodzina była pochodzenia ukraińskiego. W wyniku klęski państwa polskiego we wrześniu 1939 r. Rudka doświadczyła dwóch okupacji: sowieckiej (1939-1941) i niemieckiej (1941-1944). Jednak największy dramat mieszkańcy przeżyli w wyniku działań ukraińskich nacjonalistów, którzy chcieli oczyścić teren z ludności akcentującej swą polskość. Do pierwszych mordów doszło pod koniec 1943 r., prawdziwy dramat dokonał się jednak 19 kwietnia 1944 r., kiedy pod osłoną nocy wieś okrążyła sotnia UPA pod dowództwem Iwana Szpontaka ps. „Zalizniak″. Napad na Rudkę był pierwszą akcją sotni sformowanej na przełomie marca i kwietnia 1944 r. w GORAJCU!!!. Upowcy przebrani w niemieckie mundury niemal doszczętnie spalili wieś. Zamordowali 65 osób, w tym siedmioro dzieci. Większość tych, którzy ukryli się w piwnicach swoich domów, spłonęła żywcem lub udusiła się dymem. Niewielkiej grupce Polaków udało się schronić w kościele w Bruśnie Nowym, który znajdował się niedaleko ich zabudowań. Dzięki temu ocaleli, bo upowcy podpalili jedynie plebanię. W Rudce spalono wszystkie domostwa, a wieś przestała istnieć. Pozostali przy życiu mieszkańcy pochowali swych bliskich, następnie zostali zmuszeni do opuszczenia zamieszkiwanych terenów. Dziś po wsi zostały tylko zarośnięte pola, dwa krzyże, kapliczka oraz pomnik w formie głazu i krzyż przy drodze z Chotylubia do Nowego Brusna poświęcone w 60. rocznicę mordu. Na głazie widnieje tablica z nazwiskami ofiar. Każdego roku w drugą niedzielę maja odbywają się tu uroczystości patriotyczne, podczas których spotykają się – rozproszeni po całej Polsce – dawni mieszkańcy Rudki i ich rodziny.Mord w Rudce był początkiem zorganizowanej akcji nacjonalistów OUN-UPA, która miała na celu zmuszenie Polaków zamieszkujących ziemię lubaczowską do wyjazdu za rzekę San. Od tego też czasu napaści i mordy UPA w powiecie lubaczowskim były na porządku dziennym. Wśród miejscowości, które doświadczyły nienawiści UPA, były m.in. Chotylub, Kowalówka, Wólka Krowicka, Dziewięcierz, Radruż, Łówcza, Jędrzejówka, Lipsko, Nowiny Horynieckie czy Wielkie Oczy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama