Reklama

Handball JKS Jarosław – bez pomocy samorządu nie damy rady

Jeszcze w sierpniu 2023 r. nikt o zdrowych zmysłach nie odważyłby się stwierdzić, że zespół Handball JKS Jarosław nie będzie głównym kandydatem do spadku z ORLEN Superligi Piłki Ręcznej Kobiet. Że nie będzie zbierać batów, gdzie popadnie. Początek był absolutnie sensacyjny, ale z każdym kolejnym przegranym meczem wspomniane myśli powracały. Tyle, że one pod okiem sztabu szkoleniowego na czele z Michałem Kubisztalem mocno i zacięcie pracowały. Pracowały nad słowem „zespół”. Pracowały nie tylko nad poprawą umiejętności, efektywności, ale i nad budową mentalności i pewności siebie. Wyszło kapitalnie. W decydującej fazie rozgrywek były nie do zatrzymania. Bardzo pewnie obroniły superligę dla Jarosławia. Pytanie, czy Jarosław będzie w stanie to docenić i czy sprawi, aby nigdy więcej nie powtórzyła się sytuacja sprzed roku?

Rozmowa z trenerem Handball JKS Jarosław Michałem Kubisztalem.

 

Jest pan ryzykantem, straceńcem czy absolutnym życiowym optymistą? Dlaczego i po co zdecydował się pan objąć zespół, kiedy… zespołu nie było?

– To trudne pytanie. Po zakończeniu finału Pucharu Polski, pod koniec maja zeszłego roku, dostaliśmy informację od sponsora tytularnego, że z różnych powodów musi się wycofać i nie będzie w stanie dalej finansować zespołu. Stanęliśmy nad przepaścią. Nie było nas. Były co prawda prowadzone jakieś rozmowy, ale nie przyniosły żadnych efektów. Usiedliśmy pewnego dnia z Hubertem Hołowatym i zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym wszystkim zrobić. Było jasne, że rezygnacja z superligi, pociągnie za sobą dalsze konsekwencje. Odstraszy przyszłych sponsorów, o których tak bardzo marzyliśmy. Policzyliśmy jeszcze raz wszystkie pieniądze, jakie mamy i jakie ewentualnie możemy mieć i doszliśmy do wniosku, że podejmiemy rękawicę. Że będziemy balansować na granicy. Uznaliśmy, że warto spróbować, bo zamknąć klub można w każdej chwili, ale go reaktywować jest piekielnie ciężko. Fakt, było bardzo późno, zawodniczy rynek był już niemal wyczyszczony. Ale przetrwaliśmy! I co najważniejsze: zakończyliśmy sezon bez długów.

Reklama

Posklejaliście zespół, ale z ręką na sercu: czego pan oczekiwał? Mówił pan, że będzie starał się nauczyć te dziewczyny walczyć, nie poddawać się. Nie bał się pan jednak kompromitacji?

– Różne myśli chodziły mi po głowie. Wiedzieliśmy, że mamy zespół, który jest i trochę będzie wielką niewiadomą. Że mamy tylko kilka zawodniczek doświadczonych, jak Sylwia Matuszczyk, Weronika Kordowiecka, Katarzyna Kozimur czy Kinga Strózik. Wiedzieliśmy, ile czeka nas pracy. Ile walki z własnymi demonami. Wiele razy rozmawialiśmy z dziewczynami. Mówiliśmy, że dla nas wszystkich będzie to mega ciężki sezon. Nigdy jednak nie pomyślałem o kompromitacji. Wierzyłem, że materiał ludzki, jaki zebraliśmy w którymś momencie będzie w stanie odpalić.

Poszliście w kierunku walki w każdym meczu, czy raczej chcieliście się skupić na tych potyczkach, w których był cień szansy na jakąkolwiek punktową zdobycz?

– Założyliśmy, że w pierwszej rundzie musimy walczyć ze wszystkich sił w każdym meczu. Nie mogliśmy inaczej. Większość dziewczyn albo ledwie liznęła tę ligę, albo widziały ją z poziomu ławki rezerwowych czy trybun. Musiały nauczyć się, że nie ma meczów przegranych jeszcze przed wejściem na parkiet.

Reklama

Wiele meczów przegraliście w głowach. Zespół nieźle funkcjonował do pewnego momentu. Potem przyszła niezrozumiała blokada i wszystko szło na marne.

– To prawda. W pierwszej rundzie zdecydowanie za wiele meczów przegraliśmy w minimalnych rozmiarach. Bo jak na chłodno przeanalizowaliśmy miniony sezon, to sporo meczów przegraliśmy jedną, dwiema bramkami. Trzy mecze po karnych. Odrobina szczęścia, doświadczenia, dwie, trzy bramki dorzucone więcej i bylibyśmy w pierwszej szóstce[paywall].

W pierwszej fazie sezonu któraś z zawodniczek bardzo pozytywnie pana zaskoczyła?

– Zaskoczył mnie ogół. Pojechaliśmy na dzień dobry do Koszalina po trzech, czterech sparingach z zespołami z niższych lig, i tam wywalczyliśmy punkt. Potem wygraliśmy z Piotrcovią i zaczęliśmy się zastanawiać co jest nie tak. Albo z nami, albo z tą ligą.

Reklama

No tak. Tyle, że nie miało to przełożenia na punkty i miejsce w tabeli. Był taki moment, że miał pan dość, że zapytał sam siebie: po cholerę się w to wszystko pchałem?

– Pewnie, że pojawiały się momenty zwątpienia. Choćby po takich meczach, w których prowadziliśmy przez 55 minut, a w ostatnich pięciu oddajemy rywalowi trzy punkty. Zaczynałem się zastanawiać nad sobą. Gdzie popełniłem błąd, co mogę jeszcze zmienić? Gdzie można przełączyć pstryczek? Doświadczenia się nie kupi na sklepowej półce. Trzeba swoje wybiegać, swoje przegrać, swoje odczekać. Tyle, że nie mieliśmy czasu. Musieliśmy wymyślić coś w pół roku, co powinno trwać dwa, trzy lata.

W którym momencie pstryczek się przełączył? W momencie, kiedy do zespołu dołączyła Vala Kozimur?

– Tych momentów było kilka. Absolutnie to powrót do gry Vali. Uspokoił młode głowy. Przełomowym meczem był ten przegrany u siebie z Lublinem jedną bramką.

Reklama

Jak się udało ją namówić do powrotu?

– Vala cały czas była blisko zespołu. To nie jest takie proste: zakończyć karierę, pstryknąć palcami i zmienić zupełnie swoje dotychczasowe życie. Długo z nią rozmawialiśmy. Na początku to przychodziła na trening tylko się poruszać. Dwa razy w tygodniu. Każdy kolejny pechowo przegrany mecz działał źle także na nią. Widziałem, że chce pomóc. W którymś momencie sama powiedziała: ok, spróbujmy. Zobaczymy, czy to będzie miało większy sens. Umówiliśmy się na dziesięć, piętnaście minut na parkiecie. Skończyło się na 45, a czasami nawet na pełnym dystansie. Ogromny szacunek dla Vali!

Analizując cały sezon, jakby pan w kilku zdaniach scharakteryzował swój zespół?

– Zespół walczaków. Był składakiem, ale zostawił olbrzymie serce na parkiecie. Naszym konikiem była gra w obronie. Tam pokazywaliśmy, jak potrafimy walczyć.

Reklama

Łączył pan trenerkę w Jarosławiu z kurtuazyjną grą w I-ligowym Orle Przeworsk. Nie za dużo tego było?

– Kiedy było wolne, pomagałem chłopakom z Przeworska. Dla mnie to była fajna odskocznia od – do pewnego momentu – superligowego mozołu. Wyjść, pobiegać, porzucać na bramkę, zresetować głowę. Mam nadzieję, że jakąś cegiełkę do całokształtu prezencji Orła w tym sezonie, dołożyłem. Powstał tam fajny projekt, dzięki któremu – jeśli się wszystko powiedzie – powstanie ciekawa drużyna.

Na ile ma pan podpisany kontrakt z Handball JKS?

– Mój kontrakt z klubem wygasł 30 maja. Nowego nie mam. Jeśli otrzymam propozycję, oczywiście ją przyjmę.

Za moment skończy się czerwiec. Nie przeżywa pan deja vu? Na razie powtarza się sytuacja sprzed poprzedniego sezonu…

– Trochę tak. Był moment, że wszystko wyglądało optymistycznie. Ale tylko na chwilę. Znowu musimy budować wszystko od zera. Co jednak bardzo pocieszające: pojawili się sponsorzy, którzy zadeklarowali pomoc finansową. Postawili jednak warunek – muszą wiedzieć, że zarówno miasto, jak i starostwo także pomogą. Że nie będą ładować swoich pieniędzy w puste. Bo bez pomocy miasta i powiatu sobie nie poradzimy. Nie ma takiej możliwości. Bardzo mocno walczymy o wsparcie samorządu. I są światełka w tunelu. Mamy kilkuletni pomysł na zespół. Chcemy stworzyć na przyszłym taką ekipę, która powalczy o szóstkę. A kiedy wrócimy na swoją halę, marzy się nam walka o miejsca 4. – 6. Są na to naprawdę szanse. Ale na razie to papierowe wyliczenia połączone z chęciami. Zobaczymy jak to będzie w rzeczywistości, nie wszystko bowiem zależy od nas.

Reklama

Wypadły jednak panu dwa absolutne filary. Sylwia Matuszczyk wróciła do Lublina, Vala Kozimur nie będzie kontynuować kariery. Rynek się przerzedza, więc jaka walka o „szóstkę”?

– Zdaję sobie z tego sprawę. Musimy uzupełnić te luki. Życie nie znosi próżni, więc mamy pomysł jak zabezpieczyć te pozycje.

Nie będziecie mogli grać we własnej hali, w której rozpoczął się wielomiesięczny remont. Co w związku z tym?

– Logistycznie  najlepszą opcją byłyby mecze w hali w Przeworsku. Ale najpierw musimy zdobyć licencję na grę w superlidze w przyszłym sezonie, a potem przejść pozytywną weryfikację obiektu w Przeworsku. Wówczas będziemy mogli się pochwalić, że właśnie tam będziemy występować.

Kiedy będziecie mogli przekazać swoim wspaniałym kibicom jakieś informacje co do przyszłości zespołu?

– Przez ostatnie dni chodzimy, gdzie tylko można. Wyrzucają nas drzwiami, wracamy oknem. Dla nas wszystkich datą graniczną jest 20 czerwca. Mamy nadzieję, że po tym terminie będziemy mieli tylko dobre informacje dla naszych kibiców.

Reklama

 

Samorząd jest na „tak”

Zapytaliśmy tak władze miasta Jarosławia, jak i Starostwa Powiatowego w Jarosławiu czy jedyna (jak się najprawdopodobniej niebawem okaże) dyscyplina sportu na ogólnopolskiej arenie może liczyć na wsparcie? Czy jedyny sportowy ambasador tego miasta nie zniknie ze sportowej mapy? Bo przecież doskonale wiadomo nie od dziś, że reklama czy promocja przez sport jest jednym z najlepszych nośników.

Zarówno burmistrz Jarosławia Marcin Nazarewicz, jak i starosta jarosławski Kamil Dziukiewicz zadeklarowali swoją pomoc! To bardzo ważne deklaracje. Władze miasta swoją potwierdziły specjalnym listem intencyjnym.

Reklama

Oto jego treść:

„Gmina Miejska Jarosław, mając na względzie: podtrzymywanie ducha sportowej rywalizacji, wychowawczą rolę, jaka sportowa rywalizacja pełni w procesie kształtowania młodego pokolenia i oczekiwania lokalnej wspólnoty, deklaruje dalszą współpracę w ramach obowiązujących przepisów na rzecz jarosławskiego sportu z Handball JKS Jarosław sp. z o.o. poprzez: podejmowanie działań ukierunkowanych na wspieranie modernizacji i rozszerzania infrastruktury sportowej na terenie gminy miejskiej Jarosław, dotowanie działań służących realizacji celów publicznych, popularyzację zdrowego trybu życia wśród dzieci i młodzieży, organizację atrakcyjnych form zajęć sportowych z elementami sportowej rywalizacji dla najmłodszych mieszkańców gminy miejskiej Jarosław, działania na rzecz umożliwienia finansowego wsparcia sportowców osiągających wysokie wyniki sportowe oraz działania promujące sport oraz gminę miejską Jarosław.

Reklama

Dobre wyniki sportowe osiągane przez sportowców jarosławskich klubów zachęcają młode pokolenie do uprawiania sportu. Chcemy, aby ta tendencja utrzymywała się nadal, a przez pracę nad rozwojem sportu, prowadzoną wspólnie z Handball JKS Jarosław sp. z o.o. będziemy realizować cele, które określone zostały w treści Uchwały Nr 124/XV/2011 Rady Miasta Jarosławia z 4 lipca 2011 r. w sprawie warunków i trybu finansowania zadań z zakresu sporu w Gminie Miejskiej Jarosław.

Wspólnym celem gminy miejskiej Jarosław jak i działaczy sztabu szkoleniowego czy też zawodniczek Handball JKS Jarosław sp. z o.o. będzie dążenie w sezonie 2024 – 2025 do poprawy warunków uprawiania sportu przez członków klubu, jak również zwiększenie dostępności społeczności lokalnej do działalności sportowej prowadzonej przez klub na poziomie Superligi Kobiet”.

Reklama

Teraz trzeba tylko te zapewnienia przełożyć na rzeczywistość. A więc do roboty! Bo czas znowu ucieka...

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 21/06/2024 19:48
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości