9-latka uciekła od ojca. 7-latek wciąż pozostaje pod jego opieką, choć wyrok sądu przyznaje opiekę matce. Rutkowski organizuje konferencję prasową, na której jego przedstawiciel atakuje podkarpacki wymiar sprawiedliwości. Rodzinny dramat trwa.
Historia zawiłych związków rodzinnych, o których pisaliśmy 10 października, w 41. numerze Życia Podkarpackiego, ma kolejne epizody. Sprawa dotyczy dwójki dzieci: 9-letniej Julii i 7-letniego Michała. Ich rodzice rozwiedli się, każde z nich ułożyło sobie życie od nowa. Teraz walczą o dzieci, mimo że w trakcie sprawy rozwodowej sąd przyznał opiekę nad nimi matce, pani Dominice. Dwa miesiące temu ojciec, Jacek B., mieszkający w Ostrowie (gm. Radymno) nie odwiózł dzieci po weekendowej wizycie do Kańczugi, gdzie mieszaka matka. Ich przetrzymanie uzasadnia podejrzeniem, że obecny partner byłej żony znęca się nad maluchami. Pani Dominika kategorycznie temu zaprzecza, twierdzi, że dzieci zostały zmanipulowanie. Kobieta, żeby je odzyskać, ima się różnych środków. Zwraca się do policji, do sądu, a jej sprawa stała się głośna po tym, jak zajęło się nią biuro detektywistyczne Krzysztofa Rutkowskiego.
Z relacji mieszkańców Ostrowa wiadomo, że Rutkowski odbić dzieci chciał kilkukrotnie. Do niedawna mu się to nie udawało. Przełom nastąpił[paywall] pod koniec października, kiedy według relacji przedstawicieli portalu związanego z biurem detektywistycznym K. Rutkowskiego dziewczynka postanowiła uciec. W rozmowie telefonicznej z matką miała prosić, by ta przyjechała po nią w umówione miejsce, a potem polami uciekła z gospodarstwa, gdzie do tej pory przebywała pod opieką ojca i dziadków. Dziewczynka wróciła do domu matki w Kańczudze, ale okoliczności całej akcji nie są jasne. Rodzina Julii prezentuje nagrania z rozmów telefonicznych, ale są one fatalnej jakości. Nie słychać niemal nic. Prezentowany na portalu Patriot24.net film nie wyjaśnia tego, jak 9-latce udało się zorganizować dość skomplikowaną operację. Mało wiadomo także o losach 7-letniego Michałka. Został w gospodarstwie w podradymniańskiej wsi. Nie zdecydował się na to, by uciec z siostrą, a teraz Jacek B. ograniczył pani Domince kontakty telefoniczne z chłopakiem. – Ostatnio mi powiedział, że nie chce wrócić, bo ojciec obiecał mu traktorki – relacjonowała ze łzami w oczach matka.
Zorganizowana 8 listopada konferencja prasowa była w dużej mierze atakiem na podkarpacki wymiar sprawiedliwości. K. Rutkowski nie był na niej obecny, z dziennikarzami komunikował się za pomocą łącza internetowego. Choć krytykował sytuację, w której ojciec przetrzymuje dzieci, o decyzjach sądów, jakie zapadły w tej sprawie, mówił powściągliwie. Konkretne zarzuty formułował natomiast redaktor portalu Robert Rewiński prowadzący konferencję prasową. – Jest jeszcze 7-letni Michałek. Jeśli jego psychika zostanie naruszona przez to szaleństwo, to kto będzie miał to na sumieniu? To jest szaleństwo, głupie, bezmyślne, tępe i uważam, że jest tu potrzebna odwaga wymiaru sprawiedliwości okręgu przemyskiego w egzekwowaniu prawa – grzmiał Rewiński. Wskazywał szereg, w jego mniemaniu, nieprawidłowości w działaniu sądu w Przeworsku. Twierdził na przykład, że już po pierwszej rozprawie dzieci powinny wrócić do matki. Zżymał się na terminy wyznaczanych przez sędziego rozpraw. – Sąd nie patrzy na to, że dzieci nie chodzą do szkoły, że są izolowane od środowiska, kolegów, bo wymyślił sobie, że miesiąc minie, dzieci się przyzwyczają do ojca, a my jako sąd nie będziemy się szarpać z terroryzującym nas ojcem – wyliczał kolejne zarzuty.
O wyjaśnienie sytuacji, w której mimo prawomocnego wyroku przyznającego pełną opiekę matce, ojciec przetrzymuje dzieci, a organy wymiaru sprawiedliwości nie podejmują działań, by przekazać je prawowitymi opiekunowi, zapytaliśmy prezesa sądu w Przeworsku Mariusza Fołtę. W rozmowie z nami wykazywał przede wszystkim niedomówienia, jakie pojawiły się w narracji redaktora Rewińskiego. – Orzeczenie sądu okręgowego jest kwestią bezsporną, ale w momencie, gdy ojciec nie zastosował się do niego i nie odwiózł dzieci do matki, żeby można było skutecznie je przy niej umieścić, konieczna jest sprawa o ich wydanie. I taka sprawa toczy się w naszym sądzie – wyjaśnia prezes Mariusz Fołta. Podkreśla przy tym, że ani on, ani jego przełożeni nie dopatrzyli się nieprawidłowości w prowadzonym postępowaniu. – Sąd podchodzi bardzo rzetelnie do tej sprawy. Mamy świadomość, że jest ona bardzo delikatna, a przede wszystkim dbamy, żeby dobro dzieci zostało zabezpieczone – mówi prezes przeworskiego sądu. – Wszystkie czynności, jakie podejmuje sąd, to są czynności bez jakiejkolwiek zwłoki. Okres pomiędzy jedną rozprawą a drugą wymuszany jest czynnościami, jakie w tej sprawie trzeba wykonać – wyjaśnia, dodając, że ostatnie przesunięcie terminu było spowodowane faktem, że prowadzący rozprawę sędzia postanowił dopuścić dowód z zeznań dzieci, pochodzący z toczącej się równolegle sprawy karnej oraz opinii biegłego psychologa uczestniczącego w przesłuchaniu dzieci – wszystko po to, by nie obciążać dodatkowo dzieci koniecznością kolejnego przesłuchania. Prezes Mariusz Fołta ma nadzieję, że postępowanie zostanie rozstrzygnięte możliwie szybko, z zachowaniem jednak poszanowania prawa i obowiązujących procedur. Po wielokroć w rozmowie powtarza, że dobro dzieci leży mu na sercu, uznając przy tym sugestie redaktora Rewińskiego, że np. powinien zamknąć sąd i odbierać dzieci siłą, za niedorzeczne i niemające umocowania w przepisach prawa. – Ja nie będę tu niczego przesądzał, ale jeśli zapadnie orzeczenie o wydaniu dzieci i gdyby ojciec nie chciał się do niego zastosować, wtedy dopiero można zastosować określone środki przymusu. Te procedury muszą być zachowane – twierdzi kategorycznie.
Jak zwykle w takich sprawach na koniec więcej jest wątpliwości niż twardych faktów. Czy sądy w tej części Podkarpacia rzeczywiście działają opieszale, nieskutecznie i według standardów odbiegających od tych obowiązujących w innych częściach kraju? Czy może niewydolny jest system prawny, który wypadałoby zreformować? A może postawa tutejszego wymiaru sprawiedliwości jest właściwa? Może w tej kwestii, jak i w wielu innych, pośpiech jest złym doradcą, a zamiast gwałtownych działań sensowniejsze jest dokładne rozważenie wszystkich okoliczności, tak by sąd, wydając dzieci, czy to matce czy ojcu, miał więcej niż 100 procent pewności, że decyzja taka jest słuszna? Pytania te pozostawiamy bez odpowiedzi, z poczuciem tego, że oto rozgrywa się na naszych oczach coraz wyraźniej medialne widowisko, publiczny lincz sędziów, promocja działań agencji detektywistycznej, a dobro dzieci schodzi jakby na plan dalszy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Robienie z dziecka karty przetargowej to żadna miłość!
Czy Wy nie widzicie jak krzywdzicie dzieci.Dobry tatuś jak dziecko ucieka