Co 4 lata o Polsce mówi się dużo. Przeważnie najwięcej do powiedzenia mają politycy. Przytaczają słowa Konstytucji, powołują się na regulacje, akty prawne, a nawet na wieszczy narodowych. Wszystko „dla dobra Polski i Polaków”. Czy aby na pewno?
Konstytucja, tak chętnie przez nich przywoływana, mówi jasno, że została ustanowiona: „jako prawa podstawowe dla państwa, oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym”. Gdzie jest, pytam, owo poszanowanie wolności? W niemożności decydowania o własnym ciele? Gdzie jest sprawiedliwość? W chronieniu tych, co po pijaku i po zażyciu narkotyków doprowadzają do śmierci pięciu osób? Gdzie to współdziałanie władz i dialog społeczny? W ciągłym skakaniu sobie do gardeł, obwinianiu się o to, że społeczeństwo ma dość, że oczekuje czegoś lepszego?
Co oznacza „równy dostęp do dóbr kultury”, gdy najbiedniejszych rodzin i tak nie będzie stać na wizytę w muzeum, teatrze, czy filharmonii? Czemu „wolność prasy” dotyczy ostatnio wyłącznie tej „jedynej słusznej”? Dlaczego hejt nie jest tępiony jak uporczywa mucha? Przecież „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”!
Dlaczego podczas rozmów kadrowych wciąż pada pytanie: „a dzieci pani planuje”? Przecież „kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa”. Mężczyzn jakoś nie pyta się o ich plany prokreacyjne. Dlaczego dzieci umierają skatowane przez najbliższych im ludzi, chociaż „zakazuje się stosowania kar cielesnych”? Czemu, mimo zapisu, że „nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna”, rodzice dalej muszą się martwić za co kupić przybory oraz czy będzie ich stać na ufundowanie dziecku wyjazdu z klasą?
Jest tyle do zrobienia. Polityka to nie tylko pokazywanie się w social medial, wręczanie orderów i podpisywanie ustaw. Czasem miewam wrażenie, że większość „tych na stołkach” zapomniała, że polityka to przede wszystkim służba, dążenie do wspólnego dobra – oczywiście, własnego też, ale przede wszystkim tego społecznego.
Tymczasem grono osobistości w garsonkach i garniturach skupiło się, myślę, na definicji Maxa Webera, który mówił, że „polityka to walka o udział w sprawowaniu władzy lub możność wywierania wpływu na podział władzy wewnątrz państwa oraz w stosunkach między państwami”. Tym felietonem chciałabym tylko przypomnieć, że to nie jest tak, że „każdy sobie rzepkę skrobie”. Powinniśmy wszyscy być Polską. Nieważne, czy w garniturach, czy w dresach.
Tymczasem, na Boga, ludzie, dokąd zmierzamy?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze