Blisko 50 telefonów musiała wykonać rodzina zmarłej pani Zdzisławy, zanim udało się doprosić przyjazdu lekarza, który wypisze akt zgonu. Przez ponad 2 godziny trwała przepychanka między szpitalem i prywatną przychodnią.
Śmierć ciężko chorującej bliskiej osoby – żony i matki – jest dramatem samym w sobie, ale okazuje się, że przykrości z tym związanych może być dużo więcej. I to ze strony służby zdrowia. Doświadczyła tego rodzina zmarłej pani Zdzisławy Młocek ze Starego Dzikowa. W nocy z soboty na niedzielę, tuż po północy, jej syn zauważył, że mama nie oddycha. Zadzwonił pod 112. I wtedy zaczęła się gehenna[paywall]. Pan Łukasz został skierowany do szpitala w Lubaczowie, ten z kolei odesłał go do przychodni Kormed, która ma podpisaną umowę na świadczenie nocnej i świątecznej opieki medycznej. Tam natomiast usłyszał, że nie jest to zadaniem przychodni i powinien się tym zająć lekarz rodzinny albo szpital. – Na lekarza rodzinnego musielibyśmy czekać do poniedziałku, czyli ponad 30 godzin – zauważa Łukasz Młocek.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Zycie Podkarpackie banda zdzierców
A gdzie ten syn tak bardzo się spieszył że zaraz potrzebował aktu zgonu?Kaska go męczyła czy co???
Zamiast opłakiwać to akt zgonu im się jako pierwszy marzył.Wstyd katolicy.
Chyba normalna procedurą jest stwierdzenie zgonu.Robi to lekarz,bo posiada stosowne uprawnienia,wystawiając urzędowy akt zgonu,na jaka cholerę głupie teksty,o kasce o katolikach,to że Starosta nie panuje nad niczym to wiadome...
Zycie Podkarpackie banda zdzierców
A gdzie ten syn tak bardzo się spieszył że zaraz potrzebował aktu zgonu?Kaska go męczyła czy co???
Zamiast opłakiwać to akt zgonu im się jako pierwszy marzył.Wstyd katolicy.