Przełom lipca i sierpnia to kilka tematów, które zaprzątały głowy Polakom. Absolutnie jednym z nich były Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Wszak to święto całego sportowego świata, choć po raz pierwszy rozegrane w tak specyficznych okolicznościach. W ciszy, bez kibiców, z medalami wieszanymi przez sportowców samym sobie.
Przez ponad dwa tygodnie emocjonowaliśmy się startami światowych gwiazd, ale przede wszystkim naszej reprezentacji.
Polski Komitet Olimpijski zdecydował o wysłaniu do Kraju Kwitnącej Wiśni 211 osób, szumnie zapowiadając ponad 20 medali (nie rozumiem po co, zupełnie bezsensownie, za nasze pieniądze ciekawą wycieczkę urządziło sobie co najmniej kilkadziesiąt tzw. osób towarzyszących). To była jedna z liczniejszych ekip w gronie 205 krajów, które rywalizowały w Tokio i okolicach.
Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna, bo 14-krotnie na szyjach polskich sportowców dumnie lśniły krążki z różnego kruszcu. I... odbębniono sukces! Nagłówki największych sportowych mediów w kraju nad Wisłą aż biły po oczach: „Najlepsi w XXI wieku”, „Rekordowe igrzyska”, itd., itp.
Pozwolę sobie absolutnie się z tym nie zgodzić. Zupełnie nie rozumiem, skąd ta „euforia”. Znowu. Jak co cztery lata XXI wieku. Tak było po Atenach, Pekinie, Londynie i Rio de Janeiro. Rywalizacja w Azji odbyła się w 33 dyscyplinach i 339 konkurencjach sportowych.
W 90 procentach dyscyplin Polska nie istnieje na sportowej mapie świata. Pojedyncze sukcesy w żadnym wypadku nie są odzwierciedleniem siły danej dyscypliny, potencjału, systemu szkolenia, a zwykłego przypadku. Niestety... Boks, podnoszenie ciężarów, zapasy czy szermierka dały Polsce w historii olimpiad 125 medali. Obraz tych dyscyplin obecnie jest katastrofalny...
Strzelectwo, judo czy jeździectwo kolejnych 26 krążków. Teraźniejszość to dramat. Może warto byłoby – zamiast otumaniania sportowych kibiców krzykliwymi hasłami o sukcesie – odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak jest?
Od Igrzysk Olimpijskich w Sydney w 2000 r. w polskim sporcie trwa niezrozumiała stagnacja. Zadowalanie się półśrodkami. Od kilkunastu lat w kraju nad Wisłą powstaje imponująca sportowa infrastruktura, polskie władze, ale przede wszystkim bardzo możni sponsorzy, łożą grube miliony złotych, aby wielu mleka i miodu nie brakowało.
Tymczasem... Tymczasem, gdyby nie kapitalny występ 66-osobowej (z czego kilka osób nawet nie powąchało bieżni, rzutni i skoczni, bo byli rezerwowymi) lekkoatletycznej ekipy, Polska mogłaby się równać z przedstawicielami choćby San Marino. W klasyfikacji medalowej nie mielibyśmy szans choćby z Fidżi, Bermudami, Bahamy, Uzbekistanem, etc. Wiem, nie wszystko daje się przeliczyć na medale. Wiem, że niektórym nie dopisało szczęście, że zabrakło metra, minuty, celnego rzutu czy strzału. To tylko sport. Ale i aż sport...
Kiedy, zarywając noce, przez pierwszy tydzień olimpijskiej rywalizacji obserwowałem miny i nastawienie przystępujących do boju kolejnych sportowców z naszego kraju, ogarniało mnie przerażenie. Bo nie byłem w stanie zauważyć sportowej złości, zawzięcia, chęci i możliwości sprawienia niespodzianki.
Zblazowane, zrezygnowane twarze, z tyłu głowy zapewne myśl, że jak przegram, to i tak mam wytłumaczenie, bo rywalizowałam/-em z teoretycznie lepszym od siebie. „Niestety...”, „Nie tak to miało wyglądać...”, „Miało być dobrze, skończyło się jak zawsze...” – to jedyne teksty, jakie można było przeczytać w ciągu 8 dni tokijskiej imprezy o występach polskich sportowców.
Nie przyjmuję argumentacji i zarzutów, że jak jestem taki „mądry”, to niech sam stanę na placu boju. To jest ich zawód. Dość często zarabiają wielokrotnie wyższe kwoty w jeden dzień niż ja w ciągu roku. Wyznacznikiem dobrze przepracowanych miesięcy czy lat jest poprawianie swoich rekordów życiowych.
Zdaję sobie sprawę, że w wielu wypadkach podium byłoby daleko, ale z drugiej strony ile tych „życiówek” padło? Kilka. Czy można w tych wypadkach pokusić się o konkluzję: „gloria victis”, czyli chwała zwyciężonym. Wątpię...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze