Ich śpiew zachwyca donośnością, naturalnością i czystością. Ocalają od zapomnienia tradycyjne utwory pogranicza, wykorzystując technikę śpiewu białego. Galicjanki z Roztocza, działające pod skrzydłami Gminnego Ośrodka Kultury w Narolu, z dumą nazywają siebie spadkobierczyniami archaicznych pieśni. Dzięki nim melodie ubrane w słowa wciąż trwają i trwać będą. – Pałeczka pokoleń musi zostać przekazana dalej – mówią Aleksandra Wołoszyn-Banaś i Urszula Wielgosz, inicjatorki powstania śpiewającego żeńskiego teamu.

Jesteście Panie dość młodą formacją. Od kiedy prowadzicie działalność artystyczną?
A. W.-B.:– Na scenie jesteśmy obecne od 2021 roku. Skład naszego zespołu ulega zmianom. Ja i Ula jesteśmy w nim od początku. Początkowo uzupełniały nas Julita Urbańczyk i Julia Eisenbardt. Potem skład grupy rotował. Pojawiły się nowe dziewczyny: Klaudia Karasińska, Jolanta Fogelgesang, Klaudia Swatek, Paulina Szewc, Ewa Żukowicz, Milena Mazurek. Cztery ostatnie śpiewają z nami obecnie.
Łączy Panie zamiłowanie do śpiewania, a czym zajmujecie się prywatnie?
A. W.-B.:– Ja na co dzień uczę w szkole, Ula pracuje w narolskim GOK. Reszta dziewczyn ma bardzo różne zajęcia i obszary działalności. To na przykład agroturystyka, muzealnictwo czy po prostu prowadzenie domu. Połączyło nas zamiłowanie do śpiewu.
Co było impulsem do powstania „Galicjanek z Roztocza”?
A. W.-B.:– Tak naprawdę do występów przed szerszą publicznością zmobilizowała nas chęć zaprezentowania się w eliminacjach do festiwali ogólnopolskich w Kazimierzu i Bukowinie Tatrzańskiej. Każda z nas miała już na koncie jakieś doświadczenia muzyczne, każda lubiła muzykować. Ja śpiewałam, odkąd pamiętam. Najpierw w kościele, potem już estradowo. Ale najlepiej czułam się w repertuarze ludowym, dlatego poszłam w tym kierunku. Byliśmy rodziną chętnie muzykującą, śpiewała moja mama i jej rodzice. Sama gram też na akordeonie i na pianinie. Ula również pochodzi z domu, w którym obecna była muzyka. Tato grał na akordeonie, a ona sama gra na skrzypcach. Muzyka to coś, co obie tak samo kochamy.
Skąd czerpiecie repertuar do swoich występów estradowych?
A. W.-B.:– Bazujemy na trudno dostępnych publikacjach dotyczących regionu pogranicza. Szukamy ich w antykwariatach, zbiorach prywatnych. Bardzo pomocny w tym zakresie jest pan Bartosz Gałązka – etnomuzykolog i folklorysta działający na terenie Podkarpacia i jednocześnie badacz i znawca śpiewu tradycyjnego południowo-wschodniej Polski. Czerpiemy też z nagrań archiwalnych, jeśli takowe istnieją w danym regionie.
Prowadzicie też badania w terenie...
A. W.-B.:– Staramy się docierać do żyjących jeszcze spadkobierców ludowej tradycji śpiewania. Można powiedzieć, że takie osoby są depozytariuszami dawnej bazy pieśni tradycyjnych. To osoby starsze, od dawna żywiące miłość do muzyki, które przejęły repertuar i styl śpiewania od swoich przodków. Staram się rejestrować rozmowy z nimi i wykonywane pieśni i przekazywać pozyskaną wiedzę dalej – w zespole. Czasami uda mi się dotrzeć do zeszytów, które ktoś trzyma głęboko w szufladzie. Podczas rozmowy próbujemy odtworzyć melodie przypisane zapisanym słowom. Bo pamiętajmy, że ośpiewywanie różnych wydarzeń z życia codziennego było kiedyś czymś naturalnym. To była codzienna praktyka.
O czym śpiewali ludzie?
A. W.-B.: – O pracy, uczuciach, pogodzie. Ośpiewywano wesela, zaloty, swaty, pogrzeby, chrzty, wyśpiewywano kołysanki, śpiewano przy zmarłym, ale też po to, by umilić dobie czas. Niezwykle cenne są również pieśni chachłackie – bazujące na gwarze pogranicza, czyli mieszance języka polskiego i ukraińskiego. Ludzie, z którymi się spotykam, wprawdzie sami się w tym śpiewaniu już nie wychowywali, ale wiedzę o ówczesnych pieśniach zaczerpnęli z ustnego przekazu swoich przodków. Słuchali matek, babć i dziadków i w ten sposób się tych ich nauczyli.
Cała nadzieja w „Galicjankach z Roztocza”. Bo jeśli zarzucicie swoją działalność, pokoleniowy przekaz zginie, nie będzie komu zachować tych pieśni dla młodszych pokoleń...
A. W.-B.: – Dlatego uważamy, że kultywowanie tej tradycji jest niezwykle istotne.
U.W.: – Mamy świadomość, że nasza działalność jest potrzebna i na pewno jej nie porzucimy. Zespół jest dla nas ważny, tym się po prostu żyje. To jest pasja i chcemy się w tym realizować dalej. Kiedy z zespołu, ze względu na plany osobiste, odeszły dwie nasze koleżanki, zaczęłyśmy szukać nowych dziewczyn, które będą świadome tego, co śpiewają, bo warto to nasze dzieło rozwijać. Czerpiemy z tego ogromną radość.
Kultywujecie Panie śpiew biały. Na czym on polega?
A. W.-B.: – To specyficzny, bardzo donośny i wyrazisty śpiew, bez towarzyszenia instrumentów, bardzo pasujący do dawnych pieśni melizmatycznych, Zawierają one charaktrystyczne dla danego regionu wokalne ozdobniki. Można powiedzieć, że są to niematerialne skarby naszego dziedzictwa kulturowego.
Macie na koncie wydaną płytę.
A. W.-B.:– Powstała w ramach projektu „Mistrz Tradycji” i została nagrana przez Centrum Kultury w Przemyślu, z którym współpracujemy. Są na niej utwory ze zbiorów wspomnianego już Bartosza Gałązki, nieżyjącej już Anieli Gmoch – wybitnej śpiewaczki ludowej z Roztocza oraz prowadzonych badań terenowych.
U.W.: – Bardzo byśmy chciały nagrać w przyszłości kolejną, tym razem wyłącznie z kolędami, być może uda się w przyszłym roku.
Prowadzicie warsztaty, by przekazywać innym śpiewaczą kulturę regionu...
A. W.-B.: – Owszem, takie warsztaty prowadziłyśmy na przykład na ubiegłorocznym Festiwalu Kultury Pogranicza „Folkowisko”. Ponadto we wrześniu w Płazowie odbywa się przegląd regionalnych śpiewaków i zespołów. Jego częścią są właśnie warsztaty, na które serdecznie zapraszamy.
U.W.: – Będą to warsztaty związane z kulturą ludową i na pewno będzie można na nich usłyszeć śpiew biały.
Galicjanki występują w pięknych strojach. Same je szyjecie?
U.W.: – Rekonstrukcję strojów, w których występujemy, prowadzimy we współpracy z Muzeum Kresów w Lubaczowie. Nasze szyte są przez panią Renatę Borowską z GOK w Narolu na wzór tych oryginalnych. To osoba zajmująca się rękodziełem. Również hafty na strojach tworzone są na bazie tych pochodzących ze zdjęć. Są to hafty płaskie i krzyżykowe charakterystyczne dla terenów pogranicza. Szycie strojów to bardzo pracochłonne zajęcie. Część zamawiamy, bo ze względu na bogactwo wzorów, wykonanie ich przez jedną osobę zajęłoby pewnie rok.
A. W.-B.: – Jeśli jesteśmy oceniane na konkursach, to liczy się całość prezentacji, także strój. Tu wszystko się musi zgadzać. I gwara w pieśni, i jej pochodzenie, i także strój z nakryciem głowy – musi być z regionu, z którego dana pieśń pochodzi.
Galicjanki z Roztocza mają na koncie liczne nagrody i wyróżnienia. Z których jesteście najbardziej dumne?
A. W.-B.: – Nagród udało się do tej pory uzbierać bardzo dużo – czy to na konkursach regionalnych, wojewódzkich czy ogólnopolskich, wszystkie ogromnie cieszą. Najważniejszymi były 3. nagroda na Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu oraz pierwsza nagroda na Ogólnopolskim Festiwalu Folkloru Polskiego „Sabałowe Bajania” w Bukowinie Tatrzańskiej. To dwa nasze najwyższe wyróżnienia. Nie byłoby ich, gdyby nie wsparcie narolskiego GOK, za które bardzo dziękujemy.
Co „Galicjanki z Roztocza” planują w najbliższym czasie?
A. W.-B.: – Na pewno nie zaprzestaniemy śpiewać. Spotykamy się średnio raz w tygodniu i będziemy to robić dalej. A jeśli zdarzy się kolejna płyta, będzie wspaniale.
Dziękuję za rozmowę.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze