Rozmawiamy z dr. hab. Grzegorzem Makowskim, socjologiem, ekspertem Forum Idei w Fundacji im. Stefana Batorego, adiunktem w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym SGH w Warszawie.
Znów podwyżka dla polityków?
– W projekcie budżetu Kancelarii Sejmu na 2023 rok założono wzrost o 7,8 procent kwoty bazowej, od której naliczane są pensje najważniejszych osób w państwie, w tym między innymi prezydenta i posłów, co oznacza miesięczne podwyżki dla nich od 1 do 2 tysięcy złotych brutto.
To dobry pomysł w sytuacji, jaką mamy?
– Jeśli pyta pani tylko o najważniejsze osoby w państwie: prezydenta, ministrów, parlamentarzystów – to, w sytuacji, gdy inflacja pochłania coraz większą część zarobków zwykłych obywateli, zdecydowanie niedobry. Poza tym pamiętamy, że ta grupa dostała już podwyżki – i to przecież niemałe – w zeszłym roku. To przesada także dlatego, że wiemy, w jakiej sytuacji jest reszta budżetówki: pensje w wielu zawodach są zamrożone od lat, a jeśli nawet są podwyżki, to zwykle nie rekompensują inflacji.
Kogo, oprócz najważniejszych osób w państwie, będzie dotyczyć planowana podwyżka?
– Urzędników służby cywilnej, a więc zatrudnionych w administracji rządowej. I, moim zdaniem, jeśli już komuś podnosić pensje, to[paywall] właśnie urzędnikom. Nie zarabiają wystarczająco dobrze, przez co jest bardzo dużo odejść, zwłaszcza w administracji rządowej. Natomiast z podwyżkami na stanowiskach politycznych powinno się powstrzymać.
Taka podwyżka może mieć przełożenie na wynik najbliższych wyborów?
– Zdecydowanie tak. Ludzie nie zapomną, że w okresie największej inflacji „wierchuszka” państwa podwyższała sobie hojnie zarobki. Znamienne, że dyskusję o podwyżkach, tak samo jak w zeszłym roku, rozpoczyna się w wakacje. Moim zdaniem z premedytacją. Rozumiem, że rząd pracuje nad budżetem właśnie w tym czasie. Ale skoro wiadomo, że to temat wrażliwy dla opinii publicznej, to powinien zostać rozpoczęty przed wakacjami. A nie wtedy, gdy zainteresowanie obywateli sprawami publicznymi jest miejsze.
Prezydent Andrzej Duda zarabia obecnie około 25 tysięcy złotych brutto miesięcznie. To dużo czy mało na tle innych przywódców?
– Takie porównania są dość karkołomne. Pozycja naszego prezydenta jest zupełnie inna niżna przykład kanclerza Niemiec (ten zarabia ok. 144 tys. zł miesięcznie – dop. red.) czy prezydenta USA, który zarabia najwięcej spośród głów państw na świecie (ok. 228 tys. zł miesięcznie – dop. red.). Zakresy odpowiedzialności głów państw są różne, różnią się też przeciętne wynagrodzenia. Inna jest też sytuacja gospodarcza. Natomiast jeśli wziąć pod uwagę kompetencje i odpowiedzialność polskich prezydentów, to nie wydaje mi się, by ich zarobki były jakoś szczególnie wygórowane.
Zwłaszcza, że to pieniądze dla dwojga, bo pierwsza dama nie dostaje uposażenia.
– Po zeszłorocznych zmianach ma opłacane składki emerytalne. Gdyby w Polsce, jak na przykład w USA, pierwsze damy były aktywne, miały do pewnego stopnia sformalizowany zakres obowiązków, łatwiej byłoby rozmawiać o pensji dla nich. Ale u nas nie ma ani takiej tradycji, ani nie jest to sformalizowane. Mieliśmy aktywne pierwsze damy – jak pani Kwaśniewska, ale i bierne, jak panie Komorowska czy Duda.
Posłowie dostają po 17 – 20 tysięcy złotych. To dobre pieniądze?
– Gdy się doliczy wszystkie dodatki, na przykład na prowadzenie biur poselskich (ponad 17 tys. zł miesięcznie – dop. red.), nawet więcej. W relacji do wynagrodzeń zwykłych obywateli to duże kwoty. Natomiast na tle zachodniej Europy nie są jakoś szczególnie przepłacani. Najwięcej zarabiają parlamentarzyści włoscy: około 50 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Niemieccy nieco mniej, ale blisko tej granicy, francuscy – około 35 tysięcy złotych. Ale żeby naprawdę porównać zarobki parlamentarzystów z różnych krajów, trzeba by je zestawić z przeciętnymi wynagrodzeniami w tych państwach. Ale te na Zachodzie też są kilkukrotnie większe od przeciętnych zarobków. Poza tym zarobki należy odnieść do tego, na ile parlamentarzyści są aktywni w tym, czym się zajmują, zaangażowani w sprawy obywateli, których reprezentują.
Jak to wygląda z tej perspektywy?
– Cóż, odnoszę wrażenie, że względu na system partyjny nasz parlament, a w szczególności większość rządząca, w ostatnich latach działa jak maszynka do głosowania. To nie jest Wielka Brytania, gdzie posłowie potrafią się postawić premierowi. Wiadomo, jak skończył Boris Johnson: do odejścia został zmuszony przez własną partię. Tamtejsi politycy są aktywni, dokonują własnych wyborów, słowem – jest tam jakieś życie partyjne. U nas – przeciwnie, bierność i wpatrzenie w wodza. Patrząc na pracę naszych posłów, mam wątpliwości, czy powinni tyle zarabiać, właśnie z tego względu.
Zatem, zamiast podwyżek, trzeba im pensje obniżyć?
– Żeby demokracja parlamentarna funkcjonowała, poseł musi mieć pieniądze: na spotkania, biuro, ekspertyzy, analizy i tak dalej. Są kraje, jak Macedonia, Ukraina czy Czechy, gdzie parlamentarzyści zarabiają niewiele. Przez to nie mają zasobów, żeby prowadzić aktywną politykę w terenie. To nie jest dobre.
Nie należy posłom obcinać pensji, ale trzeba zacząć od nich wymagać, żeby za te pieniądze, które dostają przecież od nas, wykonywali konkretną, polityczną pracę, a nie tylko podnosili rączki, jak im prezes partii nakaże. Ale to też wymaga czegoś o nas, wyborców. Musimy być wobec naszych reprezentantów bardziej aktywni, wymagać od nich, rozliczać ich, jeśli trzeba – krytykować.
Jest też inny powód, żeby nie głodzić polityków i urzędników. Istnieje zależność między niskimi wynagrodzeniami a podatnością na korupcję. Wysokie wynagrodzenie nie stanowi stuprocentowej bariery. Przykładem jest wspomniana już Wielka Brytania: mimo, że parlamentarzyści zarabiają tam sporo, to regularnie wybuchają skandale korupcyjne z ich udziałem. Niemniej jednak jest to istotny czynnik.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze