Pierwsze jej książki powstały pod pseudonimem Mel Lallande. Najnowsze podpisuje już własnym nazwiskiem. Małgorzata Bajorska ze słowem pisanym ma do czynienia już od wielu lat. Wychodzi z założenia, że jeśli chce pisać – musi mieć wiedzę, musi czytać. Na swoim koncie ma już pięć wydanych tytułów. Obiecuje, że na tym nie koniec.
Półtora roku temu na koncie miała Pani wydane dwie książki. Teraz ich liczba wzrosła do pięciu. Co sprawia, że idzie Pani jak burza? To wręcz niemożliwe tempo.
– Średnio piszę dwie książki rocznie, biorąc pod uwagę, że napisałam łącznie dziesięć, może się wydawać, ze to sporo, lecz tak naprawdę to mało, jak dla mnie. Trzeba zaznaczyć, że przeciętny pisarz wydaje jedną lub dwie książki rocznie. Nie wspominając już o Remigiuszu Mrozie, który wydaje kilka książek w ciągu miesiąca.
Pisze i wydaje Pani zarówno w języku polskim, jak i angielskim. Jak Pani daje radę tak się skupiać, by nie tylko nie mylić języków, ale i w każdym jak najlepiej i jak najdokładniej przekazać swoją myśl?[paywall]
– Chciałabym pisać po angielsku, ale aktualnie jest to niemożliwe. Książki, zarówno „Diseases of the soul” i „Lady Death:Intergalactic Tournament” zostały przetłumaczone przez tłumaczy.
W dalszym ciągu koncentruje się Pani na science fiction. Czy inne gatunki również mają szansę wyjść spod Pani pióra?
– Mam napisane kryminały połączone z fantastyką, więc są tacy dla których będzie to bardziej kryminał, a dla kogoś innego – fantastyką. Myślę, też o napisaniu dramatu, który będzie odróżniać od innych oraz biografii o sławnych ludziach.
Uprzednio tworzyła Pani pod pseudonimem. Najnowsze książki podpisuje Pani już swoim imieniem i nazwiskiem. Skąd ta zmiana?
– Myślałam, że pod pseudonimem będzie się sprzedawać więcej książek i że nie będę pomylona z polskimi pisarzami, którzy nazywają się tak samo. W końcu stwierdziłam, że mam dość, gdy ludzie twierdzą, że jestem za młoda na bycie pisarką, bo gdy wpisują nazwisko w wyszukiwarkę internetową, okazuje się, że nie ma tam nic o moich książkach.
Czy ma Pani jakieś rady dla chcących rozpocząć przygodę z pisaniem? Czy powinni traktować to wyłącznie jako pasję, czy od razu startować z myślą o sukcesie wydawniczym?
– Na początku zawsze jest trudno. Szydzenie, że chce się pewnie zostać Fiodorem Dostojewskim i Karolem Dickensem bywa uciążliwe. Jakby nie wystarczało pisać powieści przygodowych dla zabawy. Moja rada: cierpliwości.
Ostatnią wydaną przez Panią książką jest „Lady Death: Intergalactic Yournament”. O czym opowiada?
– To historia o Śmierci, jako kobiecie, która została ukarana i za to ma spędzić całe życie na Ziemi. Gdy przybywa, nie ma tam żadnej żywej istoty. Dopiero z czasem zaczynają się pojawiać gatunki. Gdy mija sporo czasu, na Ziemię przebywają osoby z Turnieju Międzygalaktycznego. Zabierają ją, myśląc, że jest Ziemianką. Teraz Śmierć walczy nie tylko o życie, ale i o wybawienie. Główną nagrodą Turnieju, w którym biorą udział wszystkie inteligentne gatunki, jest możliwość spełnienia życzenia. Oprócz tego historie z Turnieju, przeplatane są z tym, co Śmierć robiła, gdy żyła na Ziemi.
Nad czym Pani obecnie pracuje?
– Piszę o dość skomplikowanej tematyce, gdzie trzeba mieć wiedzę z różnych dziedzin: od przedmiotów humanistycznych po fizykę czy biologię. Dlatego czytam wolumeny popularnonaukowe, aby wydobyć coś z nich i zmienić na część książki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze