Niedawno hollywoodzki gwiazdor Alec Baldwin na westernowym planie filmowym w Nowym Meksyku przypadkowo zastrzelił ukraińską operatorkę filmową, a jednocześnie aktorkę Halynę Hutchins oraz ranił reżysera. Warto przypomnieć, że podobna tragedia na scenie – mimo że nie używano pistoletu – miała miejsce w także w Przemyślu.
Tadeusz Lubicz Czyński przyszedł na świat w Królestwie Polskim w 1863 roku, kiedy trwało powstanie styczniowe. Wtedy matka z 8-miesięcznym dzieckiem musiała wyemigrować do Prus. Jej mąż z kolei musiał się ukrywać z grupką powstańców. Potem dołączył do rodziny. Po licznych tułaczkach cała trójka przybyła do Jarosławia. W nowym miejscu zamieszkania zapisano małego Tadeusza do szkoły. Swoją edukację zakończył tylko na poziomie niższego gimnazjum, ponieważ zatrudnił się w księgarni, a potem w piekarni, by móc zarabiać na chleb, ponieważ carski zaborca skonfiskował jego rodzinie cały majątek.
Po jakimś czasie cała rodzina sprowadziła się do Przemyśla. Potem niespełna dorosły Tadeusz stał się członkiem zarządu Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Nie była to praca zarobkowa, lecz społeczna. Ponieważ posiadał zdolności literackie, czasami publikował wiersze w gazecie lokalnej. „Sokół” co roku czcił rocznicę wybuchu powstania listopadowego (1830 r.). Z tej okazji w 1894 roku przygotowano wieczornicę, która miała się zakończyć przedstawieniem krótkiego fragmentu „Kordiana” Juliusza Słowackiego (powstał w 1833 roku), tj. III aktu – „Spisku koronacyjnego”.
Wypadki, będące tłem wydarzeń w utworze, rozegrały się w Warszawie, w nocy z 24 na 25 maja 1829 roku. Wtedy to do stolicy przybył następca cara Aleksandra, młodszy brat Konstantego – Mikołaj I Romanow, aby koronować się na króla Polski (fakt historyczny). Na placu Zamkowym – według utworu – zgromadzili się tłumnie mieszkańcy, by ujrzeć orszak cara, kiedy opuszczał katedrę św. Jana. W tym czasie w podziemiach katedry – według „Kordiana” Słowackiego – obradowali zamachowcy, planujący zabicie Mikołaja (nie doszło do niego). Dramat odczytywać należało jako wyraz refleksji, wizji artystycznej, fikcji literackiej autora z w kontekście wydarzeń historycznych i przemyśleń nad powstaniem listopadowym.
Krótki spektakl przygotował i wyreżyserował Tadeusz Czyński. 1 grudnia 1894 roku publiczność szczelnie zapełniła salę Stowarzyszenia Rękodzielników Gwiazda (istniało od sierpnia 1869 roku) przy ul. Konarskiego 5, ponieważ siedziba „Sokoła” przy ul. Konarskiego 9 nie miała jeszcze ukończonej sceny. Jednak tuż przed spektaklem okazało się, że aktor Wacław Reger (adwokat) nie mógł przybyć do Gwiazdy, ponieważ przeprowadzał w drukarni Juliusza Styfiego (wydawca i redaktor dwutygodnika „Kuryer Przemyski”) konieczną korektę gazety przed jej wydrukiem.
Program uroczystości realizowano punkt po punkcie. Po utworach muzycznych i chóralnym śpiewie podniosła się kurtyna i rozbrzmiały ze sceny płomienne słowa Kordiana (bohater utworu). Wcześniej aktorzy zostali, stosowanie do wymogów scenicznych, uzbrojeni w sztylety, a stojącemu na straży u wejścia do teatralnego podziemia Solskiemu dostarczył broń Czyński. Zgodnie ze scenariuszem za spiskowcami skradał się carski szpieg. Zapytany o hasło, nie odpowiadał. Wtedy strzegący wejścia aktor Solski miał „zabić” sztyletem tajnego agenta. Kreację tego ostatniego – jak wcześniej wspomniano – miał przyjąć Wacław Reger. Stało się inaczej.
W ostatniej niemal chwili zastąpił go Czyński. Kiedy on wychodził zza kulis w roli szpiega, tak się nieszczęśliwie potknął na schodkach, że upadł na sztylet wymierzony w niego przez stojącego niżej Solskiego. Jego ostrze wbiło się mu w samą aortę. Zgon nastąpił natychmiast. Spektakl przerwano. Nieboszczyka przeniesiono do innego pomieszczenia.
Na miejsce niebywałego i fatalnego zdarzenia przyjechali agenci policyjni, żandarmi i lekarz, by urzędowo zbadać przyczyny śmierci aktora. Naprędce przesłuchano kilka osób, w tym Solskiego, który się mocno zaklinał, że Czyńskiego nie zamierzał zabić, bo – jak stwierdził – był to tylko nieszczęśliwy wypadek, którego nikt nie mógł przewidzieć. W tej sytuacji nie było mowy o aresztowaniu kogokolwiek.
W całym mieście zapanował smutek. Liczni mieszkańcy czuli ból, że 31-letni Tadeusz Lubicz Czyński w tak młodym wieku poniósł śmierć i osierocił synka oraz zostawił bezrobotną żonę. Przemyski „Sokół” sprawił zmarłemu godny pogrzeb i pokrył wszelkie wydatki z tym związane. W dniu pochówku stawili się przed domem żałoby sokolnicy z Przemyśla, druhowie z Łańcuta, Rzeszowa, Jarosławia, Gródka Jagiellońskiego, rodzina zmarłego, przyjaciele i liczni mieszkańcy. Chór „Sokoła” zaintonował marsz żałobny, „popłynęły przodem czarne chorągwie, rozbrzmiewał śpiew duchowieństwa”.
Leonard Tarnawski (adwokat, polityk, działacz społeczny) wygłosił na cmentarzu przemówienie do żałobników. Powiedział m.in.: „(…) Wskutek fatalnego zbiegu okoliczności taki wypadek wstrząsa do bólu. Takiego wstrząśnienia doznało miasto (...), iż Tadeusz Czyński, podczas wieczorku urządzonego ku czci powstania listopadowego, padł bez życia na deskach sceny. Wierzyć nie chciano (...), rozum się buntował (...), sam prosił przyjaciela, by przyniósł swój sztylet, a sztylet był nadzwyczajnie ostry, sam w ten sztylet uzbraja rękę jednego z występujących. W zastępstwie kogo innego wstępuje na schodki, potyka się i pierś jego nadziewa się na sztylet ku niemu wymierzony”.
„Kuryer Przemyski” 6 grudnia 1894 roku (nr 2) zakończył relację z pogrzebu słowami: „Żegnaj nam Sokole! Żegnaj Druhu kochany! (...). Z zapadającym słonkiem, w krwawym blasku zorzy wieczornej złożono w mogiłę serdecznego Druha. Czołem!”.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze