Nie było 10. z rzędu zwycięstwa II-ligowych koszykarzy Przemyskich Niedźwiadków. Bo nikt nigdzie nie powiedział, że hossa trwać będzie wiecznie. Podopieczni Daniela Puchalskiego znaleźli pogromców. Pewnie dla kibiców w nie do końca oczekiwanym momencie, ale każda seria ma swój kres. Zespół KK UR Bozza Kraków tego dnia był zespołem lepszym i wygrał zasłużenie. Żadnej dodatkowej filozofii nie ma powodu do tego dorabiać. Czasami trzeba przegrać, aby coś wygrać!
Nie tam zaraz, żeby się cieszyć, że nieśmiertelny fragment przeboju sprzed lat Anny Jantar jest ponadczasowy. Że doskonale wiedziała ponad 40 lat temu jakie znaczenie ma refren: „Nic nie może przecież wiecznie trwać…” W niedzielny wieczór zderzyli się z nim i poczuli jego siłę koszykarze Niedźwiadków Chemart. Przegrali z nim i… niekoniecznie źle się stało. Bo porażki uczą. Uczą pokory i samodyscypliny. Uczą szacunku i wskazują, że nie ma niedoścignionych. Pod jednym wszak warunkiem: że trzeba umieć porażkę skonsumować. Trzeba wiedzieć, dlaczego i po co się przegrało. Można być pewnym, że popularny „Daniuś” i jego sztab szkoleniowy ma pomysł na skuteczne zagospodarowanie tego niepowodzenia. Można przy tym oczywiście dodać znany sportowy slogan, że „po porażce wrócą mocniejsi…” Tyle, że kompletnie nic się nie stało! To tylko i aż sport.
A teraz do rzeczy. Zespół z Krakowa to nie leszcze. Czołowa ekipa tej ligi nie od tego sezonu. Ekipa, w której co sezon dochodzi do rotacji w składzie, ale rotacji przemyślanej, prowadzącej do rozważnego bilansowania zysków i strat. To zespół, który będąc w formie, jest w stanie upuścić krwi każdemu.
W pierwszych 20 minutach boju z Przemyskimi Niedźwiadkami byli nie do tknięcia. Mieli absolutny „dzień konia”, grając na tak kosmicznym procencie rzutów z gry i dokładając do tego zgrabną, kolektywną i mobilną grę w defensywie, że nie pozostawili wielkiego pola manewru gospodarzom. Gospodarzom, do których można mieć pretensje o to, że na początku zbyt frywolnie, zbyt lekkomyślnie pozwolili krakowianom na wrzucenie szóstego biegu. Wyglądało na to, że nieco zlekceważyli cudowne wejście w mecz rywala. Że liczyli, iż w którymś momencie top level gości spod Wawelu opadnie. Że, nie zwracając za bardzo uwagi na poczynania rywala, zbilansują to swoją konsekwencją. Tyle, że owej konsekwencji brakowało, zwłaszcza w grze obronnej. 60 straconych punktów w ciągu 20 minut to dużo. O wiele za dużo jak na szczepioną i rzeźbioną kolejnymi meczami żelazną defensywę. Zostawiali za dużo miejsca gościom, nie nadążali za sekwencjami zasłon i pick’n’rolli krakowian. W 17. min Niedźwiadki przegrywały już różnicą 20 punktów – 27:47 po „trójce” Patryka Piszczatowskiego. On, ale przede wszystkim Artur Włodarczyk (22 pkt. w I połowie) i Michał Szwedo (15 pkt. w I połowie), byli poza zasięgiem defensywy gospodarzy. Zadaniem przemyślan było takie zminimalizowanie punktowej różnicy, aby w drugich 20 minutach można było rozpocząć remontadę. Stanęło na 25 „oczkach” do odrobienia. To oczywiście było możliwe, bo nie takie odrobione straty basket widział, ale musiało zostać spełnionych szereg warunków.
Pytaniem zasadniczym było: czy krakowianie będą w stanie taką intensywność, taką skuteczność utrzymać? Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem arbitrów można było odpowiedzieć, że oczywiście nie. Pytaniem numer 2 było: jak Niedźwiadki to spożytkują. Od początku II części przemyślanie wzmocnili defensywę. Zmienną, z czasami zoną press, a czasami kryciem na całym placu, ryzykowali. Po wyniku widać było, że się opłacało. Wywierając presję, powodowali straty rywala. Poprawili skuteczność, zwłaszcza spod deski, bo ta w I połowie nie wyglądała najlepiej. W 27. min, po punktach Rafała Kulikowskiego, remontada nie jawiła się już jako idea fix. Było 57:67. Niedźwiadki odrobiły aż 15 punktów. Ale nie poszły za ciosem. Przed finalną ćwiartką strata wynosiła 15 punktów – 60:75.
Przemyślanie podjęli rękawicę. Bardzo mozolną pracą niwelowali różnicę. Na 5 minut przed końcem wydawało się, że dojdą krakowian. Dwojący się i trojący na rozegraniu Rafał Serwański, kolejnym wjazdem pod kosz trafił na 73:78. Niestety, na więcej Niedźwiadków nie było stać. Przyczyn pewnie było kilka, a wśród nich rozwaga i mądrość krakowian. Nie spanikowali. Ciężar gry na swoje barki wziął duet Artur Włodarczyk – Patryk Piszczatowski. Na niecałe 120 s przed finałem ten pierwszy popisał się akcją 2+1, doprowadził wynik do stanu 78:87 i sprawił, że gospodarze stracili wiarę.
Może to zabrzmieć dla przemyskich kibiców basketu jak nonsens, ale taki mecz przemyślanom był potrzebny.
Niedźwiadki Chemart Przemyśl – KK UR Bozza Kraków 82:91 (13:27, 22:33, 25:15, 22:16)
Punkty: R. Serwański 25 (2x3), B. Bal 14, Ł. Uberna 14 (1x3), M. Puchalski 12 (2x3), R. Kulikowski 6, W. Majka 5 (1x3), J. Kucharski 4, K. Strzępek 2, M. Kindlik 0, R. Skubiński 0 (N); A. Włodarczyk 28 (3x3), M. Szwedo 23 (2x3), P. Piszczatowski 17 (1x3), P. Michałowski 14, M. Pieniążek 5 (1x3), M. Jakubek 2, M. Siwak 2, K. Jewuła 0, Nowacki 0 (KK UR).
Sędziowali: Mariusz Godek i Dominik Hałka (obaj z Lublina). Widzów: 400.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze