Reklama

Niedźwiadki czyli… przyszła wizytówka basketu w Polsce (cz. I)

Przemyślanin z krwi i kości. Absolutny pasjonat sportu, a koszykówki w szczególności. Właściciel firmy „Chemart” sp. z o.o. i „AMA Europe”. Dzień, w którym zdecydował o powołaniu do życia zespołu Niedźwiadki Chemart Przemyśl, może być dla nadsańskiego basketu, ale i sportu, przełomowym. Marzy o wielkich rzeczach, a patrząc na pasję, otwartość, wiedzę i skuteczność działania, jest to jak najbardziej realne. W części pierwszej rozmowy-rzeki opowiada m.in. o: swojej fascynacji sportem, perypetiach z Wawelskimi Smokami, czyli koszykarskiej Wiśle Kraków czy momencie narodzin Niedźwiadków Przemyśl.

Rozmowa z właścicielem i prezesem Niedźwiadków Chemart Przemyśl, przemyślaninem Arturem Lewandowskim.


Jak wielka jest Pana miłość do koszykówki?

– Odkąd pamiętam, uwielbiałem sport. Kiedy miałem kilka lat, tata zabierał mnie na mecze rożnych dyscyplin. Najczęściej chodziliśmy na piłkę nożną, na mecze Polonii, Polnej czy Czuwaju, ale pierwsze zawody, które zapamiętałem i nie zapomnę chyba do końca życia, to mecz o awans do ówczesnej pierwszej ligi (obecnie ekstraklasa – przyp. aut.) pomiędzy Motorem Lublin a Resovią, wygrany przez lublinian 4:0 przy nadkomplecie publiczności. Na stadionie było ponad 20 tysięcy ludzi, był 1980 rok, a ja miałem zaledwie pięć lat! Wówczas pokochałem piłkę nożną, w którą zacząłem grać w każdej wolnej chwili, czyli prawie codziennie. Trafiłem nawet do klasy sportowej o tym profilu i kiedy nasz trener Krzysztof Sugier na jednym z treningów, zamiast zwyczajowej gierki w piłkę, zaproponował grę w koszykówkę, popłakałem się i poskarżyłem rodzicom w domu, że nienawidzę tej gry i nigdy nie będę w nią grał. Że kompletnie mi się nie podoba i nie chce z nią mieć nic wspólnego. Nie minęło kilka dni, a tata zabrał mnie na mecz Polonii Przemyśl, wtedy grającej w drugiej lidze i tak mi się spodobało, że zacząłem chodzić na wszystkie mecze Polonii w kosza! Nawet kosztem piłki nożnej. To właśnie wówczas zrodziła się miłość do koszykówki, która trwa do dziś! Można powiedzieć, że się wychowałem na przemyskim baskecie, który ukształtował całe moje życie. Próbowałem nawet uprawić ten sport w szkole średniej czy na studiach, w późniejszym czasie, kiedy miałem problemy z kolanami, żeby być ciągle blisko ukochanej dyscypliny, zacząłem sędziować koszykówkę. Ta miłość pozostanie na zawsze[paywall].

Reklama

Jest Pan przemyślaninem. Z pewnością pamięta Pan czasy pierwszych Przemyskich Niedźwiadków, ich medale mistrzostw Polski? Pana także porwały?

– Pamiętam te mecze jakby to było wczoraj. Zaliczałem ich mnóstwo, nie tylko tych decydujących o awansie do pierwszej ligi czy meczów finałowych. Chodziłem na niemal wszystkie od 1984 roku i byłem z klubem na dobre, kiedy świętowaliśmy sukcesy i na złe, kiedy musieliśmy pogodzić się degradacja do trzeciej ligi, by potem na nowo uzyskać kolejne awanse, aż do gry w europejskich pucharach. To były czasy, kiedy zwykły kibic musiał przyjść dwie, trzy godziny przed meczem, by zająć swoje ulubione miejsce i czekać aż coś się zacznie dziać. Przyszedł ktoś inny, pogadało się, nie było mowy o komórkach czy jakiś atrakcjach. Wszyscy czekali, kiedy na parkiet wyjdą ówcześni bogowie. Na przedmeczowej rozgrzewce pojawiali się już przy pełnych trybunach, witani ogromnymi brawami i ogromnym tumultem zgotowanym przez kibiców. To oznaczało, że zostawało już tylko 30 minut to prawdziwego święta. To były ogromne emocje. W pierwszym sezonie w pierwszej lidze wygraliśmy wszystkie spotkania u siebie aż do pierwszego meczu z Mazowszanką Pruszków. Ten przegraliśmy po bardzo kontrowersyjnych gwizdkach w końcówce meczu. Skończyło się 1:4 dla pruszkowian i musieliśmy czekać kolejny sezon, aby wywalczyć upragnione mistrzostwo. Ale upragnione? Zaraz, zaraz, dopiero co awansowaliśmy do ligi, a już chcemy zdobyć mistrza Polski? Tak, bez żadnych kompleksów, przemyski kibic dostawał wszystko, co najlepsze w sporcie od razu i na tacy! Pierwszy sezon i prawie mistrzostwo, kiedy inni pracują na to kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Wtedy tego nie docenialiśmy i w kolejnym sezonie zamiast cieszyć się z brązowego medalu, mnóstwo ludzi uznało sezon za porażkę. Wówczas zawieszona poprzeczka wciąż wisi bardzo, ale to bardzo wysoko. Teraz, aby myśleć choćby o powtórzeniu wyczynu  z tamtych lat, mnóstwo ludzi, firm, władze miasta czy politycy musi się zaangażować i włączyć w ten projekt.

Reklama

Była taka koszykarska męska ekipa Wisła Chemart Kraków. Awansowała do I ligi i... znikła. Dlaczego?

– Wisła to temat rzeka. Fantastyczny klub, który pokochałem po zmianie miejsca zamieszkania, kiedy przeprowadziłem się do Krakowa. Od razu dodam: Polonię kocham inaczej, wciąż i bezgranicznie. Zamieszkałem przy tej samej ulicy, przy której się mieści stadion oraz hala Wisły. Z okna akademika widać było te obiekty, więc we wszystkie weekendy, kiedy nie udało się przyjechać do Przemyśla, bo Polonia akurat grała na wyjeździe, gdzieś daleko w Polsce, chodziliśmy na Wisłę. Mimo, że ciągle byłem najwierniejszym fanem Polonii, z czasem coraz bardziej przekonywałem się do Białej Gwiazdy. Kibicowałem męskiej koszykówce, byłem na setkach meczów kobiet, ale najchętniej uczestniczyłem w meczach piłki nożnej, łącznie z meczami wyjazdowymi. Zjeździłem z kolegami za Wisłą całą Europę wzdłuż i wszerz. Od Oslo przez Gelsenkirchen, Brukselę aż po Rzym. Kiedy po latach świetności klubowi, zespołowi koszykówki groziło bankructwo i przypadkowo dowiedziałem się, że Wisła może nie wystartować w kolejnym sezonie w rozgrywkach, pomyślałem, iż można odbudować ten klub. Zaproponowałem pomoc. Po kilku miesiącach jednak zorientowałem się, że z ludźmi, którzy zarządzają klubem, niczego nie zbudujemy. Dlaczego? Bo ile by się nie powierzyło im pieniędzy, zawsze było za mało i zawsze na wszystko brakowało. Kiedyś porównałem to do wiadra z kilkoma dziurami, którego nigdy nie napełni się wodą, bo zawsze ta wypłynie. Ten temat z pewnością jest bardzo ciekawy nie tylko dla kibiców z Przemyśla, a przede wszystkim z Krakowa. W kilku zdaniach nie da się tego tak łatwo przedstawić. To jest materiał na książkę. Mam już nawet tytuł: „Moje pół roku w Wiśle, czyli jak powstały Niedźwiadki Przemyśl”. Może kiedyś zdecyduję się ujawnić krok po kroku, co się tam działo. Wielu wiernych wiślaków namawia mnie do tego. Być może przyjdzie na to czas. Dzisiaj w Przemyślu mamy dużo ważniejsze zadania. Pracujemy nad budową klubu, który ma być wizytówką basketu w Polsce, a może nawet w Europie!

Reklama

Nie bał się Pan drugi raz wchodzić do tej samej rzeki?

– Zapewne ma pan na myśli tworzenie nowego klubu koszykówki. Absolutnie nie! Kilka miesięcy pracy dla Wisły pokazały mi, co się dzieje lub co dziać się może z pieniędzmi powierzonymi niewłaściwym osobom, które tak na prawdę nie były i nadal nie są godne pracować dla takiej marki jak Wisła. Mając takie bardzo przykre doświadczenia, postanowiłem założyć nowy własny klub. Od zera, ze stuprocentową kontrolą nad każdym szczegółem. Z możliwością doboru osób, z którymi praca to prawdziwa przyjemność. I tak właśnie narodziły się nasze Niedźwiadki. Po tych pięknych dwóch latach śmiało mogę powiedzieć, że bez Daniela Puchalskiego ten klub nie miałby żadnej szansy zaistnieć na arenie ogólnopolskiej.

Reklama

Co Pan myślał, o czym marzył, kontaktując się z Danielem i proponując mu ten wyjątkowy projekt?

– Zawsze stawiam sobie duże wyzwania. Daniela znałem jako zwykły kibic i, jak wszyscy, pamiętałem jego grę dla Polonii. Wtedy był bardzo młodym koszykarzem, który wraz z Toto Mołłowem oraz Romkiem Rutkowskim i Andrzejem Adamkiem trafili do Przemyśla. Daniel grał wtedy najmniej z tej całej wałbrzysko-krakowskiej trójki, ale poznał wówczas Aśkę, mamę Maćka Puchalskiego i jako jedyny pozostał na zawsze w Przemyślu. Poświęcił całe swoje życie dla  przemyskiego basketu. Kiedy koszykarska Polska powoli poznawała owoce jego pracy, bo przecież były medale mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych, pomyślałem, że to jest naprawdę ktoś wyjątkowy. Wybrałem się na mecz drugiej ligi, w którym Wisła podejmowała Hensfort Przemyśl. Oczom nie dowierzałem, bo naprzeciw dojrzałemu zespołowi gospodarzy pojawiła się drużyna złożona tylko z juniorów, grająca cały mecz jak równy z równym, minimalnie przegrywająca w końcówce. Wówczas wiedziałem, że niebawem przejmę Wisłę, więc odważyłem się podejść po meczu do Daniela i szczerze pogratulowałem mu kosmicznej roboty, jaką wykonał dla Przemyśla. A kiedy już przejąłem Białą Gwiazdę, moje kontakty z Danielem nasilały się z każdym tygodniem. Byłem pod coraz większym wrażeniem jego osobowości oraz wiedzy. Do tego stopnia, że zacząłem go namawiać do przeprowadzki do Krakowa i poprowadzenia Wisły! Daniel był jednak nieugięty i wierny Przemyślowi. Nawet absurdalnie wysokie jak na tamten czas propozycje finansowe nie zachęciły go do zmiany miejsca zamieszkania. A że w Wiśle wyszło jak wyszło, w krótkim czasie wydarzyły się rzeczy, które zaowocowały naszym pierwszym bardzo poważnym spotkaniem i rozmową o budowaniu nowego klubu.

Reklama

Początki były trudne, bo i projekt sporych rozmiarów. Jak Pan ocenił pierwszy sezon? Tak to miało wyglądać?

– Jak w każdej dziedzinie życia i nawet piosence – najtrudniejszy był pierwszy krok! Kilka splotów okoliczności spowodowało, że poznałem bliżej najpierw dyrektora I Liceum Ogólnokształcącego w Przemyślu Tomasza Dziumaka, który zaprosił mnie na otwarcie nowej hali w przemyskim liceum, potem spotkałem się na obiedzie z panem prezydentem Wojciechem Bakunem na zamku w Krasiczynie. Od razu wywarł na mnie spore wrażenie i tak zwyczajnie, po ludzku, polubiłem go. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Kiedy poczułem, że w Wiśle nie ma żadnych szans na zbudowanie czegokolwiek, napisałem do niego, że chciałbym się z nim spotkać i przedstawić mój projekt związany z Przemyślem. Ku mojemu zdziwieniu i niedowierzaniu dwa dni później pan prezydent pojawił się u mnie w Krakowie, w siedzibie firmy Chemart. Spędziliśmy wspólnie prawie 13 godzin, rozmawiając o celach i wspominając, jak to kiedyś było cudownie. Razem oglądaliśmy mecze Polonii o awans, a także o mistrzostwo Polski z Mazowszanką. To tego dnia zapadły pierwsze decyzje oraz pierwsze deklaracje z obu stron o formie i kształcie projektu. Był 12 stycznia 2021 roku. Nakreśliliśmy wspólne cele i założenia nowego klubu. Pierwszy sezon mięliśmy zagrać testowo tylko zawodnikami z Przemyśla. Nie byliśmy pewni, czy Przemyśl wciąż potrzebuje basketu, więc powoli przygotowaliśmy podwaliny pod nowy projekt. Założenie było takie, że po sezonie gry tylko naszymi zawodnikami, w kolejnym wzmocnimy się i wywalczymy awans do pierwszej ligi. Prawda, wtedy to tak łatwo się o tym mówiło, wszystko było takie oczywiste. W pierwszej lidze pogramy dwa lub trzy sezony i kiedy rozpocznie się budowa nowej, pięknej hali na około trzy tysiące miejsc, mocno zaatakujemy i awansujemy do ekstraklasy. Byłem pełen optymizmu. W pewnym momencie sam chciałem wybudować swoją halę w Krakowie, więc kiedy otrzymałem przyrzecznie, że w Przemyślu takowa powstanie, zdecydowałem się zaufać tak prezydentowi, jak i Danielowi. 30 czerwca 2021 roku zarejestrowaliśmy nowy klub seniorski Niedźwiadki Przemyśl. Oczywiście jak zwykle i jak zawsze, największą pracę wykonał Daniel. Przekonał kilku swoich wychowanków oraz kilku zawodników, którzy wychowali się koszykarsko w Przemyślu, żeby zagrali w naszym klubie. Rafał Serwański, Jakub Kucharski, potem kolejni wychowankowie Kacper Walciszewski, Bartek Bal, Michał Kindlik, Konrad Strzępek, Wiktor Majka, młodzi juniorzy. Nie mieliśmy pojęcia, w którym miejscu sportowo jesteśmy, ale po zwycięstwie na inaugurację w Gliwicach, poprzeczka poszła w górę. Powiedzieliśmy sobie, że ten sezon nie tylko przeznaczymy na naukę organizacji meczów czy ogrywanie naszych zawodników i podnoszenie ich kwalifikacji, ale także na awans do fazy play-off. Dzięki systematycznej pracy znaleźliśmy się tam, gdzie zakładaliśmy. W play-off trafiliśmy na pewniaka do awansu, czyli Polonię Bytom, przegraliśmy, kończąc sezon na ósmym miejscu. Chyba wszyscy byli zadowoleni. Basket w wydaniu seniorskim powrócił do Przemyśla, zainteresowanie projektem rosło, a frekwencja na meczu otwarcia  oraz kolejnych pokazała, że kibice są z nami i decyzja o reaktywacji przemyskiego basketu była w stu procentach trafiona.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama