W ubiegły piątek (12 kwietnia) kilkanaście minut przed dziesiątą w Rynku przed kamienicą numer osiem zebrało się kilkanaście osób. Wszyscy czekali na dziesiątą, bo dokładnie o tej godzinie rozpoczynał działalność nowy lokal – Cukiernia Szanter.
Firma z tradycjami sięgającymi 1944 roku dobrze już znana mieszkańcom, którzy odwiedzali cukiernię pod tym samym szyldem na Słowackiego albo lodziarnię na Kazimierzowskiej. Stąd wśród czekających było sporo stałych klientek Szanterów. Przyszedł też prezydent Wojciech Bakun ze swoim zastępcą. Przecięcia wstęgi nie było, ale dla pierwszych klientów były kwiaty i ciastka. Gustownie urządzone wnętrze zapełniło się momentalnie.

Naprawdę było w czym wybierać.
Niektóre panie, stojąc przed gablotą wypełnioną ciastkami, kultowymi rurkami z kremem i innymi słodkościami, miały problem, co wybrać. To samo było z lodami. Który ze smaków będzie najlepszy? Jedna z klientek, która nie mogła się zdecydować, czy spróbować ptysia, czy ciastka wiśniowego, wybrała to drugie i pochwaliła, że bardzo dobre i wcale się nie zmieniło. Na tym właśnie polega tradycja, o którą dbają Szanterowie.

Anna i Krzysztof Szanterowie z personelem przed nową cukiernią.
Historia firmy zaczęła się w 1944 roku. Michał Lubiniecki ma 32 lata, żonę Zofię i marzy, żeby mieć cukiernię. W lipcu marzenie się spełniło i Michał zakłada własną cukiernię na początku ulicy Słowackiego, tam gdzie dzisiaj jest sklep piekarni „Kłos”. Coś wie o tym biznesie, bo fachu cukiernika uczył się we Lwowie. W latach siedemdziesiątych cukiernia robi się za ciasna, więc Lubiniecki, sto metrów dalej, po drugiej stronie ulicy, buduje dom – plombę wciśniętą pomiędzy dwie kamienice i tam przenosi cukiernię. Interes idzie dobrze i roboty jest tyle, że do pomocy staje jego córka Halina Lubiniecka-Szanter. W 1986 roku Michał Lubiniecki umiera i córka przejmuje firmę. W 2008 roku umiera i wtedy interes przejmuje jej syn Krzysztof (wnuk Michała), który od mamy uczył się tajników cukiernictwa i z myślą o kontynuacji rodzinnych tradycji zdobył dyplom czeladnika, a po kilku latach mistrza. Teraz razem z żoną Anną prowadzą rodzinny biznes. Ten w Rynku to już ich trzeci lokal i sądząc po kolejce, jaka w niedzielę ustawiła się przed cukiernią, był to strzał w dziesiątkę.

Również władze miasta pojawiły się, by spróbować kremówek.
J.S
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Firmie powodzenia a przemyślanom smacznych ciastek i lodów życzę. Choć koktajl -baru p.Ciupińskiej nic i nigdy mi nie zastąpi.
Firmie powodzenia a przemyślanom smacznych ciastek i lodów życzę. Choć koktajl -baru p.Ciupińskiej nic i nigdy mi nie zastąpi.