„Sławek wracał z dwudniowej wyprawy do R. i Ż., niezwykle zadowolony z jej wyników. W R., gdzie w maju hitlerowcy urządzili pacyfikację, mordując 208 osób (w tym dzieci i niemowlęta) organizacja AK została całkowicie rozbita. On, myszkując tam przez jeden dzień, zdołał znaleźć ludzi, którzy zgodzili się podjąć pracę nad zorganizowaniem oddziału. Liczył więc, że po pewnym czasie R. przestanie być białą plamą na mapie AK”. – Tak zaczyna się okupacyjne opowiadanie zatytułowane Dym z komina, które napisał Eugeniusz Kordybach.
Kordybach, kierując się zasadami konspiracji, w swoim opowiadaniu nie podaje dat, prawdziwych imion ani adresów, więc wielu faktów możemy się tylko domyślać. Bohater opowiadania działał w podziemiu od listopada 1939 roku, pod pseudonimem „Sławek”, jako kierownik oddziału organizacyjnego Obwodu w P., a pod pseudonimem „Gniewosz” jako komendant oddziału dywersyjno-egzekucyjnego. O tym, jak głęboko był zakonspirowany, świadczy fakt, że jedni podwładni żalili się do niego na „Gniewosza”, a inni na „Sławka”.
Drugim zadaniem, które wykonał Sławek, było przygotowanie do wysadzenia niemieckiego wojskowego pociągu. Jednak okoliczności sprawiły, że powodzenie planowanej akcji i życie „Sławka” zawisły na włosku. Wracał przez pola z Ż. do Przemyśla. Mieszkał, jak wynika z opowiadania, w okolicach Winnej Góry i będąc już na krawędzi wzgórza, widział z góry swój dom. Od furtki dzieliło go niecałe sto kroków, kiedy zwrócił uwagę na pewien szczegół. Było wczesne popołudnie i nad domami unosiły się dymy z kominów, tylko nad jego domem go nie było. Konspiracyjne doświadczenie[paywall] wzbudziło jego czujność. Podczołgał się bliżej i stwierdził, że drzwi do ganku, zwykle szeroko otwarte, są zamknięte na głucho. Na podwórku nie było jego dzieci, a w obórce ryczała Krasula, która powinna być na łące. Obserwował dalej i po chwili zobaczył esesmana, który wyszedł na ganek i rozglądał się po podwórku.
„Sławek”, zachowując jak największą ostrożność, wycofał się i pobiegł do domu dwóch podwładnych. Przekazał im listę adresów tych, których trzeba natychmiast zawiadomić i ostrzec, że u niego jest kocioł. Kilka minut później dwaj podwładni i siostra jednego z nich pobiegli w miasto. Jednym z tych, których wtedy ostrzeżono, był autor opowiadania Eugeniusz Kordybach. Następnie „Sławek” schował się w krzakach koło przejazdu kolejowego i obserwował jedyną drogę prowadzącą do jego osiedla, żeby ewentualnie ostrzec któregoś z podwładnych.
Kiedy zapadła noc, podkradł się pod swój dom i przez szczelinę w zasłonie zobaczył za oknem swojego pięcioletniego syna i Niemca, który siedział przy drzwiach w pokoju rodziców. Po dłuższej obserwacji i sprawdzeniu, czy nikt na zewnątrz nie stoi, na czujce postanowił włamać się do swojego pokoju, który był usytuowany z drugiej strony domu. Scyzorykiem podważył okno i z największą ostrożnością wszedł do wnętrza budynku. Z szafy zabrał plecak z ciepłymi rzeczami i tą samą drogą się wycofał. Godzinę później był już u członka jego drużyny, zaufanego kolejarza w Ż. Jeszcze tej samej nocy wysłał meldunki do komendy obwodu z informacją o nowym miejscu pobytu i z poleceniem obserwacji jego domu.

Autor w mundurze WP (zdjęcie sprzed 1939 roku).
Kiedy „Sławek” przebywał w Ż., dostał informację o tym, że jego podwładni wykonali wyrok na znanym konfidencie i prowokatorze, Romanie K., który został zastrzelony w mieszkaniu łączniczki i był problem z pozbyciem się zwłok. „Sławek” postanowił to wykorzystać. Przez łącznika przekazał swoją marynarkę, w której kieszeni była kenkarta i ausweis i kilka osobistych drobiazgów. Polecił ubrać w nią zwłoki konfidenta, zmasakrować mu twarz i podrzucić ciało w innej części miasta. Liczył, że w ten sposób zmyli Niemców, którzy zlikwidują kocioł w jego domu i w ten sposób ocali rodzinę.
Po tym wszystkim „Sławek”, przebywając w Żurawicy, zajął się przygotowaniem akcji dywersyjnej. Zamierzał zniszczyć tory kolejowe, którymi na Wschód jechały pociągi z zaopatrzeniem dla walczącej tam armii, a przy okazji zniszczyć transport. Miejsce akcji zaplanowano w odległości około kilometra od stacji kolejowej, w kierunku Jarosławia. Tory biegły tam czterometrowym nasypem, co miało spotęgować zniszczenia. Teren został dokładnie rozpoznany, kiedy Niemcy zgonili tam ludzi do robót porządkowych przy torach. Była jeszcze jedna ważna kwestia.
Akowcy spodziewali się ze strony Niemców dotkliwych represji na Polakach, jeśli akcja by się powiodła. Żeby odwrócić podejrzenia od Polaków, kable, którymi miano odpalić dwa potężne ładunki wybuchowe, doprowadzono do komórki przy jednym z gospodarstw w Małkowicach, położonych niedaleko torów. Wioska była zamieszkana wyłącznie przez Ukraińców, bo kilka rodzin polskich wyprowadziło się ze strachu przed ukraińskimi represjami. Kiedy wszystko było przygotowane, należało tylko czekać na informacje o transporcie. Któregoś wieczora kolejarze z Rzeszowa zawiadomili kolegów na stacji w Żurawicy o wojskowym pociągu załadowanym czołgami i amunicją.
„Sławek” uzgodnił z kolejarzami w Żurawicy, żeby przetrzymali inny pociąg jadący w stronę Rzeszowa i puścili dopiero wtedy, kiedy będzie nadjeżdżał wojskowy transport, co miało spowodować jeszcze większe straty. Dwa ładunki oddalone o osiemdziesiąt metrów wybuchły jednocześnie. W niebo uniósł się słup ognia, a po kilku sekundach drugi. To eksplodowały wagony z amunicją. Z nasypu staczały się wagony ze sprzętem i wojskiem. Pod Żurawicą rozpętało się piekło.
Akowcy jeszcze przez chwilę tkwili na swoich posterunkach, żeby zobaczyć skutki i po chwili się wycofali. „Sławek” już nie wrócił do Żurawicy, tylko zamelinował się w innej wiosce, skąd przesłał do komendy obwodu meldunki o wykonanej akcji. Dwa pociągi zniszczone. Niemcy, którzy ponieśli duże straty w sprzęcie i ludziach, najpierw aresztowali wszystkich kolejarzy. Na drugi dzień odnaleźli kabel prowadzący do Małkowic i zwolnili ich, a aresztowali kilkudziesięciu mieszkańców Małkowic, których również po kilku dniach wypuścili. „Sławek” dowiedział się, że Niemcy zdjęli kocioł w jego domu, ale obawiając się aresztowania, wyjechał z Przemyśla, gdzie działał dalej pod nowym nazwiskiem i pseudonimem.
Natomiast w internetowym opracowaniu Przemyśl w II wojnie jest krótka wzmianka o egzekucji konfidenta, której okoliczności są częściowo zbieżne z tym, co napisał Kordybach. 9 kwietnia 1943 r. zlikwidowany został Jan Podolak, przedwojenny sierżant Wojska Polskiego. Po wkroczeniu Niemców zaczął pracować dla gestapo, jako bliski współpracownik innego zdrajcy, Romana Homana, funkcjonariusza Abwehry. Podolak został zastrzelony w mieszkaniu Marceli Klaczyńskiej, w kamienicy u zbiegu ulic św. Jana i 3 Maja. Następnie został przeniesiony na ul. Lelewela i położony naprzeciwko budynku policji.
Być może nasi czytelnicy do tej historii dorzucą nowe informacje.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze